Mentionsy

O PEŁNI podcast
O PEŁNI podcast
15.05.2026 16:10

#10 Ciało - historia osobista - O PEŁNI podcast (seria nr 2)

Druga seria podcastu O PEŁNI jest w całości poświęcona ciału.


„Ciało – historia osobista” to opowieść o:
🌕 kryzysie jako punkcie orientacyjnym,
🌕 dystansowaniu się od własnych opowieści,
🌕 wysiłkowych cyklach towarzyskich i hiperczujności,
🌕 autodestrukcji jako woli życia (w pełni),
🌕 Somatic Experiencing — metodzie, dzięki której możemy skutecznie powiększać liczbę punktów odniesienia/ oparcia w sobie,
🌕 przywracaniu ostrości zmysłów,
🌕 odzyskiwaniu nagości i powolności,
🌕 miareczkowaniu i granicach tzw. doświadczeń naprawczych,
🌕 tym, dlaczego powinniśmy wystawiać się na „dziwne czucie” i o adaptowaniu się do tego czucia,
🌕 nieoczywistych i cennych doświadczeniach warsztatowych („warsztaty pracy z ciałem”, TRE, Feldenkrais, HAKA),
🌕 praktykach energetycznych (w oparciu o praktykę Chi Gong),
🌕 tym, dlaczego czasem trzeba odciąć się od ciała i o tym, dlaczego nie zawsze warto ufać własnemu doświadczeniu.


Dobrego odbioru! 


Jeśli uznacie ten materiał za wartościowy — proszę, podajcie go dalej.


Na ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://bio.site/AgaSowaOPELNI⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠ znajdziesz:


🔵  linki do wszystkich platform 🌜SŁUCHAJ🌛

🔵  transkrypcje wszystkich (in progress) odcinków 🌜CZYTAJ🌛

🔵  Instagram O PEŁNI 🌜OBSERWUJ🌛

🔵  kontakt do autorki 🌜NAPISZ🌛


🖐


Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 47 wyników dla "SE"

Cześć, tu Aga Sowa, a to jest czwarty odcinek drugiej serii podcastu O Pełni.

I to, co pamiętam z tamtego czasu bardzo dobrze, to powtarzający się w kółko tekst zaskoczonych tym nagłym kryzysem przyjaciół dotyczący mojej rzekomej, głębokiej świadomości siebie, którą, jak zdaje mi się, dzisiaj wysnuwali z mojej łatwości do tworzenia lekkich i zabawnych opowieści z życiowych historii ciężkiego kalibru.

I ja tak sobie dryfowałam jeszcze przez dłuższą chwilę, obserwując te wysiłkowe cykle towarzyskie.

Czasem widziałam światło, czasem ciemność, czasem robiło się lekko, czasem ciężko.

niby odmieniona przez wcześniejszy kryzys, ale jednak była to tylko kolejna koncepcja, niby odmieniona, ale wciąż zdeterminowana przez zinternalizowaną presję i oczekiwania innych, bez własnej woli, bez własnego sensu i bez własnej agendy.

Tych ćwiczeń było sporo, nie pamiętam wszystkich, a po każdej nowej sekwencji siadaliśmy w kręgu, żeby wymienić się wrażeniami.

Opowiada historię bardzo źle przeprowadzonej grupowej sesji TRE.

Dla jasności, TRE to Trauma Release Exercises, czyli ćwiczenia uwalniające napięcia i traumy.

Zastrzegam, że moja wypowiedź nie jest głosem przeciw tre jako metodzie, ale głosem przeciw mieszaniu tre z biurem matrymonialnym.

Salka, w której odbyła się grupowa sesja tre, wieczorową porą w okolicach lutego, była oklejona sercami.

Docelowe ćwiczenia poprzedzała seria ćwiczeń polegająca na wpatrywaniu się w osobę partnerską, w moim przypadku zupełnie obcą osobę i ewentualna rozmowa z nią.

Kulminacyjny moment sesji, w którym może, ale nie musi dojść do bardzo widocznego drżenia ciała, został przypieczętowany muzyką.

Tak oto dziesięć dorosłych osób leżało na plecach w malutkiej piwnicznej sali, trzęsąc udami do piosenki Bring Me to Life, Evanescence.

Nadal byłam pod przemożnym wpływem potęgi posępnego czerepu, nie schodząc do serca, nie schodząc do ciała, tego, które znajduje się poniżej głowy.

Mechanizm zwany hiperczujnością, ten sam, który wpasował mnie idealnie w profil wzorowej użytkowniczki szybkich treści, ten sam, który sprawił, że w pewnym sensie scrollowałam zanim w ogóle pojawiły się media społecznościowe, ten sam, który mnie przeciąża, a w rezultacie rozprasza, to ten sam mechanizm, który kiedyś ratował mi skórę, a więc działał na korzyść życia, a nie przeciwko niemu.

To, o czym teraz opowiem, nie wydarzyłoby się bez mojej terapeutki, która podczas naszego wspólnego procesu korzystała z metody Somatic Experiencing, którą dalej będę nazywać SE.

Reprezentanci środowiska psychologicznego i psychoterapeutycznego akcentujący w swoich publicznych wypowiedziach głównie na metodologię i mierzalność podważają SE jako legitną metodę psychoterapeutyczną, uznając jej efekty za niewystarczająco dobrze zbadane.

Na wypadek mojego nieprawidłowego osądu skieruję uwagę na moją terapeutkę, dając wyraz temu, że nie wykluczam, że gdyby moja terapeutka nie korzystała z SE podczas naszych spotkań, uzyskałybyśmy równie satysfakcjonujący terapeutyczny efekt, jaki uzyskałyśmy.

Czy to asekuracja?

Szczęściarze mogą spinać się tylko tyle, ile im potrzeba, bo wiadomo, że czasem trzeba coś podnieść, gdzieś podbiec lub wykonać zdecydowany skok w wybraną stronę.

Konsekwentnie sterowałam dalej ciałem do zaufania, próbując łagodnie rozpuszczać wszystkie niechciane napięcia, które udawało mi się wyłapać.

Starałam się wtedy poczuć całość, ten pierwotny prąd i jak się rozchodzi, lgnąc głęboko do żeber serca, krtani i żuchwy.

Nasze ciała i poszczególne części naszych ciał opowiadają historię, czasem znajome, w mig rozpoznawalne, czasem nowe, zaskakujące.

Bo ja wyraźnie odczuwam jakieś nadmierne poruszenie przy kanapce sera i jestem pewna, że to jest od tej piosenki.

Przetwarzanie bodźców zaczęło zabierać mi dużo więcej czasu niż wcześniej, co czasem skutkowało poczuciem całkowitego zanurzenia w doświadczeniu, takim fajnym flow, a czasem derealizacją.

A przecież czasem musimy zrobić właśnie to, zadziałać wbrew czuciu.

To tylko jedne z nielicznych nawołujących do zuchwałego rozwoju haseł.

Jeden z nich polega na tym, że czasem musimy się najpierw nasłuchać od ciała różnych głupot, przedawnionych historii z czasów krzywdy, kłamstw z czasów niepokoju, które już nam kompletnie nie służą.

Czasem są to nasze osobiste zapisy, czasem coś, co zaciągnęliśmy genotypem lub przez środowiskową osmozę.

Czasem te opowieści podszywają się pod intuicję, pod przeczucie i pod mądrość absolutu, jaką robi popsomatyka z czucia.

Jednocześnie nadal, czasem i bardzo często działam w oporze do tego, co rejestruję.

Nasze ciała i poszczególne części naszych ciał opowiadają jakieś historie, czasem z pamięci, czasem z intuicji, poruszając tym, co osobiste i kolektywne, świadome i mandrujące w podświadomości.

Głęboko wierzę w to, że dopiero kiedy czujemy siebie, w tym miejscu możemy zaczepić się o termin felt sense, odwołujący się właśnie do cielesnego poznania, a zwłaszcza wtedy, gdy rozpoznajemy, kiedy czucie może nas predykcyjnie, w tym kontekście mam na myśli stałą obawę przed przedawnioną krzywdą, oszukiwać, to właśnie wtedy zaczynamy lepiej orientować się w życiu, w oparciu o naszą niezależną agendę i osobisty sens.

Nie chcemy ich ani słuchać, ani tworzyć, uświadamiając sobie dogłębnie, że nawet najbardziej poszerzające opowieści z czasem stają się ograniczeniem.

Pamiętam, jak rozmawiając z moją terapeutką o seksualności kobiet, utknęłam na demontujących patriarchat świadectwach nadużyć.

Z satysfakcją obserwowałam, jak przestaję być przytłoczoną odbiorczynią rzeczywistości, nastawioną na skan otoczenia w celu uniknięcia zagrożeń, a zaczynam być jej przytomną uczestniczką, orientującą się na bieżąco w tym, co we mnie i na zewnątrz.

Nie zapomnę nigdy swojego powrotu do domu z jednego z chigongowych zjazdów, podczas którego uczyłam się klasycznego setu medycznego smok i tygrys.

Nieumiarkowana wczuta w siebie przypomina mi o natręctwie, jakie często obserwuje się w hipochondrii, kiedy zaczynamy snuć paranoiczne opowieści wokół wrażeń.

Umieściłabym to w kategorii neoficka fiksacja, gdzie zamiast swobodnego przepływu i obserwowania wrażeń bez ich interpretacji, ulegamy przymusowi poznawczego domknięcia.

kierowane z zewnątrz do tej osoby dotyczyły lepszego zarządzania stresem, korzystania z różnorakich rozwojowych technik uwalniających napięcie, no a najlepiej to by było, gdyby ta czująca dużo i mocno osoba poszła wreszcie na terapię.

Ta historia jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że czasem zamiast radzić, powinniśmy po prostu się zamknąć.

Tymczasem kończę.

Nie powiedziałam nic o integracji strukturalnej, której jestem fascynatką i znów podobnie jak w przypadku SE nie powiem Wam, czy jest to bardziej zasługa metody czy osoby, której byłam klientką.

Przez wiele lat byłam naczelną sceptyczką integracji strukturalnej, podważając sens tej metody i jej działanie terapeutyczne.

Było tak dopóki na własnej skórze i kościach nie doświadczyłam tego, że po każdej sesji wracałam do swojego ciała jak do najbardziej spokojnego i stabilnego domku.

O niesamowitych tego konsekwencjach, zarówno tych ciężkich, jak i tych wzniosłych i pięknych, chodzi mi tu m.in. o rozpuszczanie ego,

Pozdrawiam Was ciepło, dbajcie o siebie, piszcie listy miłosne do własnych ciał, uwalniajcie brzuchy, pupy, głos, poznawajcie swoje potrzeby i z wyrozumiałością dla innych, którzy nie czytają w Waszych myślach, komunikujcie je, ubiegajcie się o swoją nagość, powolność i przyjemność, otwierajcie okienko na niewygodę i czasem czujcie się przy tym dziwnie,