Mentionsy

Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo
27.07.2025 11:47

Hrabia Monte Christo. 30. 5 września

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 85 wyników dla "Morel"

Zwłoka, na którą się zgodził agent firmy Thompson & French, w chwili kiedy Morel mógł się najmniej czegoś takiego spodziewać, wydała się Morelowi znakiem, że wraca do niego pomyślność, jednym z owych znaków, które oznajmiają człowiekowi, że los zawzięty przestanie go wreszcie prześladować.

Tego samego dnia Morello opowiedział wszystko żonie, córce i Emanuelowi i jeśli nie odrobina spokoju, to przynajmniej promyk nadziei zagościł w tym domu.

Niestety, Morell miał interesy nie tylko z firmą Thomson i French, co tak szlachetnie względem niego postąpiła, a jak sam utrzymywał, w handlu nie ma przyjaciół, tylko wspólnicy.

Na nieszczęście nie wszystkie firmy związane z panem Morelem interesami, czy to z nienawiści, czy przez głupotę, doszły do tak roztropnej refleksji, a niektóre nawet były przekonane o czymś zupełnie przeciwnym.

Przedstawiono więc do kasy weksle z podpisem pana Morela, z największą punktualnością i tylko dzięki prolongacie, jakiej udzielił Anglik, Kokles wypłacał je natychmiast co do grosza i żył jak dotąd w proroczym spokoju.

Tylko Morel widział z przerażeniem, że jeśliby mu 15. przyszło zapłacić panu de Bovilowi 100 tysięcy franków, a 30. wykupić weksle na 32 tysiące 500 franków, na które uzyskał odroczenie terminu, byłby zgubiony bez ratunku.

Cały światek kupiecki w Marsylii utrzymywał z największą pewnością, że Morel nie będzie dalej w stanie wytrzymywać tylu ciosów.

Ludzie jednak nie odzyskali zaufania do Morella i przesunęli termin upadłości jednogłośnie na koniec następnego miesiąca.

Cały ten miesiąc upłynął Morelowi na niesłychanych wysiłkach, aby zgromadzić wszelkie środki, jakie tylko mógł.

Morel chciał wystawić kilka obligów na trzy miesiące, ale wszystkie banki zamknęły przed nim drzwi.

Zniknął na drugi czy trzeci dzień po wizycie u Morela, a skoro podczas pobytu w Marsylii nawiązał był stosunki jedynie z merem, inspektorem więzień i panem Morelem, jego wizyta nie pozostawiła innych śladów, jak tylko różne wspomnienia, jak te trzy osoby z jego odwiedzin zachowały.

Nie spieszył się jakoś z wizytą pana Morela, ale ten dowiedziawszy się o jego przybyciu, sam się do niego udał.

Spostrzegłszy Morela, biedny majtek mocno się zakłopotał, usunął się jak najdalej w kąt podestu, przekładał prymkę to z lewej na prawą stronę, to z prawej na lewą, nie wiedząc gdzie podziać przerażone oczy i uścisnął bojaźliwie rękę, którą pan Morel podał mu ze swoją zwykłą życzliwością.

Morel przypisywał całe to zakłopotanie Penelona wykwintnemu ubiorowi.

— Poczciwi ludzie — rzekł do siebie Morel, oddaliwszy się — oby was tylko nowy pryncypał kochał tak jak ja i żeby mu się lepiej szczęściło.

Sierpień zszedł panu Morelowi znów na próbach odzyskania dawnego kredytu lub otwarcia nowego.

20 sierpnia wiedziano już w Marsylii, że Morel wykupił sobie miejsce w dyliżansie pocztowym.

Ludzie powtarzali między sobą, że pod koniec miesiąca będzie ogłoszona upadłość firmy i że Morel opuści Marsylię dlatego, by nie być świadkiem owego przykrego aktu.

Wbrew jednak wszelkim oczekiwaniom, gdy nadszedł 31 sierpnia, kasę Morela otwarto jak zwykle.

Zdarzyły się nawet dwie wypłaty, które zresztą pan Morel przewidział i te Kokles spłacił, podobnie jak osobiste weksle armatora.

1 września powrócił pan Morel.

Morel liczył na Danglarsa, dziś milionera, któremu się niegdyś mocno przysłużył.

Za rekomendacją bowiem Morela, Danglars został przyjęty przez pewnego bankiera hiszpańskiego i tam zaczął zbijać swoją ogromną fortunę.

Danglars mógł ocalić Morela, nie wyłożywszy jednego grosza z kieszeni.

Wystarczyłoby, gdyby poręczył za niego, a Morel otrzymałby pożyczkę i byłby ocalony.

Od dawna już Morel myślał o Danglarsie.

I Morel rzeczywiście zwlekał ile tylko mógł, nim chwycił się tego ostatniego środka.

Zresztą Maksymilian Morel, choć miał zaledwie 22 lata, wywierał jednak na ojca wielki wpływ.

Morel przejrzał rejestry, otworzył portfel i przeliczył pieniądze.

Pomimo to Morel wydawał się w czasie obiadu zupełnie spokojny.

Spokój ten zatrwożył żonę i córkę bardziej, niż by to uczyniło największe przygnębienie na twarzy Morela.

Panie czuwały nadal w nadziei, że Morel, wychodząc od siebie, wstąpi do nich.

Pani Morel kazała córce pójść spać.

Dziewczyna podeszła do pani Morel.

Pani Morel pochyliła się do dziurki od klucza.

W istocie Morel ciągle pisał, ale czego córka nie dostrzegła, ona zauważyła natychmiast.

Na drugi dzień pan Morel był równie spokojny.

4 września wieczorem Morel poprosił córkę, aby oddała mu klucz do gabinetu.

— Nic, dziecinko, nic — odpowiedział nieszczęsny Morel i łzy puściły mu się z oczu na to tak niewinne pytanie.

Przez całą noc z 4 na 5 września pani Morel stała z uchem przytkniętym do boazerii w swoim pokoju.

O ósmej rano przyszedł do nich pan Morel.

Morel okazywał więcej niż kiedykolwiek miłości żonie i więcej niż kiedykolwiek czułości córce.

Pierwszy to raz Morel powiedział do córki – tak sobie życzę, ale wyrzekł te słowa z tak wielką ojcowską serdecznością, że Julia nie śmiała postąpić ani kroku.

Na ten okrzyk przybiegła pani Morel i rzuciła się synowi na szyję.

— Julio — rzekła pani Morel, dając synowi porozumiewawczy znak — idź i powiedz ojcu, że przyjechał Maksymilian.

– Czy może pana Julia Morel?

Tymczasem pani Morel wszystko opowiedziała synowi.

Za chwilę usłyszał, jak skrzypnęły drzwi od sypialni Morela.

Na widok Maksymiliana Morel krzyknął ze zdziwienia, nie wiedział bowiem nic o przybyciu syna, ale stał nadal nieruchomy, przytrzymując lewym ramieniem jakiś przedmiot ukryty pod surdutem.

— Tego właśnie się obawiałem — westchnął Morel.

— Maksymilianie — powiedział Morel, patrząc prosto na syna — jesteś mężczyzną, jesteś człowiekiem honoru.

Morel zamknął za synem drzwi, przeszedłszy przed pokój, skierował się prosto do biurka, położył pistoletę na brzegu i wskazał synowi palcem otwarty rejestr.

Za pół godziny Morel miał zapłacić 287 tysięcy franków, a posiadał tylko 15 tysięcy 257.

– Czytaj – rzekł Morel.

Morel nie mówił nic, cóż by mógł dodać wymowniejszego niż wyrok tych nieubłaganych liczb.

Wszystko, odpowiedział Morel.

Krew zmywa niesławę, rzekł Morel.

Tak, mówił dalej Morel, bo to twój obowiązek.

Morel chciał się niemal rzucić synowi do nóg.

— Wiesz, że to wszystko nie jest z mojej winy — upewnił się Morel.

— Teraz — rzekł Morel — zostaw mnie samego i postaraj się zatrzymać matkę i siostrę na dole.

Młodzieniec widział w tym spotkaniu swoją ostatnią, cichą nadzieję, ale Morel potrząsnął głową i rzekł.

A teraz żegnaj raz jeszcze, rzekł Morel.

Gdy Maksymilian zniknął, Morel stał jakiś czas nieruchomo, wpatrując się w drzwi.

Myśl, dom Morelli syn zawiesza wypłaty, przygięła go bardziej do ziemi, niż by to zrobiło dodatkowych 20 lat życia.

— Mój dobry, Koklesie — rzekł Morel, a tonu jego głosu niepodobna było opisać — stań tutaj w przedpokoju.

Morel opadł na krzesło, przeniósł wzrok na zegar.

Morel nie odwrócił się, czekał na słowa Koklesa.

– zapytał Morel.

Morel wziął sakiewkę i zadrżał, bo przypomniał sobie jakby przez mgłę, że przedmiot ten kiedyś do niego należał.

Morel przetarł czoło.

Dźwięk ten odbił się echem w uszach Morela, jakby stalowy młotek uderzył go prosto w serce.

— zawołał Morel.

— spytał Morel, przeczytawszy go.

— Panie Morel!

— Panie Morel!

Morelowi zabrakło nagle sił.

— Najdrożsi — wyszeptał Morel — jeżeli to jest prawda, będzie nam trzeba uwierzyć w cud boski.

— rzekł Morel wstając.

W połowie schodów czekała pani Morel.

Ludzie rozstąpili się przed morelem.

Faraon Moreli, syn Marsylia.

Na mostku rozkazy wydawał kapitan Jaumart, a stary Penelon machał przyjaźnie do pana Morela.

Gdy morel ściskał syna przy oklaskach całego miasta, człowiek jakiś, z twarzą do połowy zakrytą czarnym zarostem, ukryty za budką szyldwacha, przypatrywał się tej scenie ze wzruszeniem, a na koniec szepnął – bądź szczęśliwy, szlachetny człowieku.

Stamtąd spojrzał raz jeszcze na Morela, który płacząc z radości kolejno ściskał wyciągnięte ręce i błądząc oczyma po niebie zdawał się jednocześnie szukać swego nieznanego dobroczyńcy i dziękować mu.