Mentionsy

Historia w Radiu Olsztyn
Historia w Radiu Olsztyn
11.08.2025 08:49

Polska samoobrona na Wołyniu

Dr hab. Karol Sacewicz z IPN w Olsztynie opowiada o polskiej samoobronie, organizowanej podczas tzw. rzezi wołyńskiej, w latach II wojny światowej.

Przygotował Mirosław Sochacki.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 86 wyników dla "AK"

Zbrodnie ludobójstwa, jakie na Polakach, mieszkańcach okupowanych polskich ziem wschodnich, popełnili ich ukraińscy sąsiedzi.

Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty i wpajano przez lata swoim współrodakom, hasła tego dekalogu w 1943 były wprowadzone w życie.

Polak, Żyd, Ukrainiec, katolik, prawosławny, unita, żyli obok siebie, często ze sobą.

Takim przykładem jest Paweł Jans, późniejszy mieszkaniec podmorągowskiego Młynowa.

Wszyscy mieli jednakowe prawa i u nas była dosłownie zgoda.

Już od jesiennych dni 1939 roku, jeszcze w czasie wrześniowych walk, dochodziło do pierwszych ataków na Polaków, dokonywanych przez ukraińskie bojówki.

Nie przybrało to jednak wówczas tak ogromnej masowej formuły.

Wszystko zmieniło się w 1943 roku, o czym świadczą świadectwa ocalałych z rzezi Polaków.

W kwietniu 1943 roku zewsząd zaczęły napływać sygnały zwiastujące zagładę Polaków.

Co raz dowiadywaliśmy się o morderstwach dokonywanych na pojedynczych Polakach lub całych rodzinach.

Od maja 1943 swobodne poruszanie się Polaków stało się wręcz niemożliwe.

Niezależnie do jakich relacji tych nielicznych ocalałych zajrzymy.

Jeżeli chodzi o dzieci, to nabijali te dzieci normalnie na te ploty, na sztachety i tak te dzieci konali.

Z tych rąk Polacy ginęli zarówno w 1943, jak i w latach kolejnych.

W ogromie bestialstwa w tym wszystkim był jednak płomyk nadziei.

Ukraińcy, którzy byli z tej samej kolonii, jak coś się miało złagodzić, to ostrzegali.

Owszem, jak któryś Ukraińiec doniósł, że ktoś uprzedził Polaka, to mordowali i tą żonę i jego.

Początkowe pojedyncze napady z roku 1941 czy 1942 przeradzały się w bardziej masową akcję.

Rok 1943 był apogeum zagłady Polaków na południowo-wschodnich Kresach, okupowanej II Rzeczpospolitej.

Z każdym dniem ataki się nasilały.

Brały w nich udział uzbrojone Sotnie UPA, a także tzw.

Początkowo Polaków atakowano w samotnych gospodarstwach, na koloniach czy też podczas pobytu na polach, w pracy.

A później rozpoczęły się ataki na całe polskie wsie.

Taki był scenariusz.

Tysiące takich relacji.

Czy można było powstrzymać ukraińskich morderców spod znaku UPA, OUN, spod symbolu tryzuba?

Kiedy polskie podziemie było rozbijane przez NKWD, a potem w 1941 roku należało je budować od podstaw i jednocześnie unikać ataków niemieckiego okupanta, równolegle z tym wszystkim rozwijały się w sposób bezpieczny ukraińskie bojówki.

Do tego istniała jeszcze ukraińska policja w służbie niemieckiej, biorąca czynny udział w Holokaustie, która w 1943 roku przeszła do współpracy z UPA, czyli mordowania Polaków.

Próby podejmowania rozmów z Ukraińcami przez polskie podziemie kończyły się tragicznie, tak jak to miało miejsce w przypadku podporucznika Zygmunta Rumela, oddelegowanego przez okręgowego delegata rządu RP Kazimierza Banacha na rozmowy z UPA w Kustyczach.

Polska ludność, w tym konspiratorzy, musieli organizować się niejako samodzielnie.

Ta dawała większe szanse na przetrwanie, na obronę, zwłaszcza przed atakami mniejszych grup ukraińskich nacjonalistów i siekierników.

W budowanych ziemiankach, sronach, w domostwach i zabudowaniach gospodarczych brakowało wszystkiego.

Bazy były jednak schłonieniem dla ludzi.

Na Wołyniu w 1943 roku podczas ludobójstwa dokonywanego przez ukraińskich zbrodniarzy na Polakach powstało tylko, a może aż 15 baz samoobrony, które składały się w sumie z 95 placówek.

Ale wobec skali zagrożenia, realiów, wojny i okupacji, bo przecież Niemcy nie zezwalali na powstawanie samoobron i posiadanie broni przez Polaków, to może na tę liczbę 15 baz należy spojrzeć zupełnie inaczej.

Jednym z największych i zdaje się najbardziej uzbrojonym i doskonale zorganizowanym ośrodkiem samoobrony Polaków na Wołyniu była baza w Przebrażu.

Powstała w połowie 1943 roku, początkowo jako niewielka placówka.

Posiadano broń, także dwa działka, wymontowane z wraków czołgów.

Do bazy starano się ściągać jak najwięcej zagrożonych Polaków.

Między innymi z zagrożonego miasteczka Kolki oddalonego od przebraża o około 25 km ewakuowano ponad 3000 osób.

Prowadzono także działania ofensywne, a więc dalekie zwiady, aby uniemożliwić skryte ataki UPA na polskie pozycje.

A te ataki w końcu nastąpiły.

Baza ocalała, także dzięki pomocy oddziałów partyzantki sowieckiej, ale baza to nie tylko miejsce, nie tylko umocnienia, ale przede wszystkim ludzie i to ci, którzy nią zarządzali i dowodzili, jak Ludwik Malinowski z zawodu leśnik, czy porucznik Henryk Cybulski, pseudonim Harry, komendant wojskowy bazy.

To także porusznik Jan Rerutko, dowódca oddziału Armii Krajowej, który wspierał obrońców.

Po 11 lipca, po krwawej niedzieli, kiedy ukraińscy nacjonaliści zaatakowali i zniszczyli około 100 polskich miejscowości, zabijając tysiące Polaków,

którzy po zamordowaniu przez UPA wysłanika delegata rządu, porusznika Zygmunta Rumela, nie widzieli szans na prowadzenie jakiegokolwiek dialogu z wrogiem, a jedynym rozwiązaniem dla nich, aby przetrwać, była zorganizowana walka.

Odkopywano broń po walkach wrześniowych, jak i tych z czerwca 1941 roku.

Przede wszystkim jednak walczono z UPA.

Staczano z nią potyczki i bitwy, jak ta o miejscowość Kupiczów, w którym to uratowano jego czeskich mieszkańców od zagłady, a także zdobyto na wrogu nawet czołg.

Były też i inne, jak Pańska Dolina, Huta Stara, Antonówka Szepelska, Jagodziń Rymcze, Rybcza, Bieliń czy Ostróg.

Stawały się one celem ataków band ukraińskich.

Inne pod naporem Ukraińców musiały zostać ewakuowane, jak między innymi baza w Hucie Starej.

Stała się oczywiście celem ataku UPA.

Bezpardonowa walka, w której zadawano straty nieprzyjacielowi, wymusiła w końcu decyzję o ewakuacji ludności do innej bezpiecznej placówki.

Straty obrońców, głównie podczas tej mimo wszystko chaotycznej ewakuacji, były znaczące – ponad 500 osób.

Były też i takie bazy, które odpierały ataki UPA, a potem były pacyfikowane przez Ukraińców w służbie niemieckiej, m.in.

z SS Galicjen, jak to miało miejsce w lutym 1944 roku w Hucie Pieniackiej.

Walka zakończyła się zwycięstwem strony polskiej.

Do masakry doszło 28 lutego 1944 roku.

Osadę jako pierwsi opuścili sowieccy partyzanci, a później oddziały AK, rzekomo żeby nie prowokować Niemców.

Ale mimo to ludność cywilna, która pozostała w Hucie Pieniackiej, stała się celem ataku.

Do czasu nadejścia frontowych oddziałów sowieckich działały także pojedyncze, mniejsze placówki, jak Młynów, Lubomirka, Klewań, Rokitno.

Z pewnością cud, ale także obecność w pobliżu niemieckich garnizonów lub oddziałów węgierskich.

Nie bez znaczenia był też fakt, że na przełomie 1943 i 1944 roku uaktywniła się polska partyzantka.

Szczególną rolę w tym zakresie odegrała 27.

To zaś oznaczało, że na potrzeby realizacji akcji burza, żołnierze AK walczący w obronie baz samoobrony winni je niestety pozostawić.

A jak pokazała przyszłość,

Jak to zostało już powiedziane, ataki w 1944 roku trwały.

Ale mimo to wciąż mordowano Polaków.

Kiedy zaś front ruszył na zachód, tyłowe jednostki sowieckie pilnowały głównie szlaków komunikacyjnych.

W praktyce oznaczało to, że w drugiej połowie 1944 roku koszmar roku poprzedniego powrócił.

To co na kresach północno-wschodniej Rzeczypospolitej było traktowane jako kolaboracja z nowym, de facto starym okupantem, to na Wołyniu i w województwach południowo-wschodniej Rzeczypospolitej było rzeczą naturalną.

Stąd też dość powszechna służba Polaków w tych pomocniczych batalionach sowieckich.

Więc jak przyszli Rosjanie w 1944 roku, nie patrzyli na wiek, tylko patrzyli na wzrost.

Mondury dawali, dawali te karabiny dziesięciu czołowych i stworzyli oddziały samoobrony, tak zwane istrybiciel bataliony do walki z bandami.

Takie grupy po dziesięć, po piętnaście osób.

I my w ten czas wkroczyliśmy do tej akcji.

To były cele, jakie stawiali sobie członkowie polskiej samoobrony na Wołyniu.

To dzięki nim powstawały, jak po latach mówili uczestnicy tamtych wydarzeń, wyspy życia na oceanie śmierci, jakim stał się wówczas Wołyń.

Bazy te dawały odpór ogromnej sile, która wpierw eliminowała Żydów na kresach wschodnich Rzeczypospolitej, a potem uderzyła w Polaków.

Te wyspy życia, choć było ich tak niewiele, dały szansę na przetrwanie dziesiątków tysięcy Polaków, Czechów i Żydów, którzy z pewnością zostaliby w bestialski sposób zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów.

Posamek bojowców z UPA było ponad 15 tysięcy, do tego tysiące siekierników plus ukraińska ludność cywilna, która uczestniczyła w masowych grabieżach dóbr pozostawionych przez Polaków.

Na samym Wołyniu z ich rąk zginęło ponad 60 tysięcy Polaków.

Ataki na ludność polską trwały i w latach kolejnych.

Potrzeba pojednania, ale pojednania w prawdzie, we wskazaniu ofiar i faktycznych sprawców i ocenieniu tychże sprawców.

O tym wszystkim mówił wielki Polak, święty Jan Paweł II.