Lilianna Mazurek patrzyła z wyrzutem na swojego byłego chłopaka. Niedługo na planecie zostanę tylko ja i Karaluchy. Doprawdy, gratulacje! Sebastian Maciąg wzruszył ramionami, a następnie wychylił się za barierkę i niespokojnie rzucił okiem na trawnik pod parkingiem centrum handlowego. Nie musiał wyślać wzroku, żeby zobaczyć tam malowniczo rozłożone wśród nielicznego kwiecia i bujnego zielska kobiece ciało. Skąd mogłem wiedzieć, że i ona tu przylezie? Zapytał mnie to bezradnie. Mam nadzieję, że nic jej się nie stało. A idź, fuknęła wściekle Liliana. Takiej to nawet wystrzał z działa przeciwpancernego nie zaszkodzi. Daj spokój. Co jej się mogło stać? Przecież spadła na trawę. I to z pierwszego piętra. Z drugiego. Sprostował z troską Sebastian. Ja bym jednak sprawdził. Mogła się uszkodzić.
To jest wysportowana laska. Tenisistka, a nie jakaś Toyota, żeby się miała uszkodzić. Mazurek machnęła niecierpliwie ręką. Co najwyżej będzie miała kilka zarysowań. To znaczy tych, no, zadrapań. Nie ma czasu nad nią deliberować. Musimy się stąd zmywać, zanim pojawi się policja, ćwiek, wilki i kolejne twoje wielbicielki. Chyba w złą godzinę zaproponowałam ci to morderstwo. Mówiłem ci, że się do tego nie nadaje, przypomniał Maciąg z wyrzutem. Od samego początku. Myślałam, że się mylisz, westchnęła Lilianna. A teraz widzę, że idealnie oceniłeś swoje możliwości. Z drugiej strony, skąd ja to miałam niby wiedzieć? Za moich czasów nie byłeś takim fajtłapą. Byłem, tylko się kamuflowałem, przyznał szczerze Sebastian. Od strony wyjazdu z parkingu tak nieelegancko zwanym świńskim truchtem zmierzała do nich zażywna blondynka.
Pokazano wszystkie 2 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.