Mentionsy Mentionsy
Łysy z Rynku - Tomasz Borejza
Łysy z Rynku - Tomasz Borejza

OŁOWIANE DZIECI. Prawda o lekarce, która rzuciła wyzwanie systemowi

05.02.2026 ·43 min 20 s

Ołowiane dzieci to serial, który za kilka dni trafi na platformę Netflix”. To wstrząsająca opowieść o Jolancie Wadowskiej-Król (w którą wciela się Joanna Kulig) i tzw. „Śląskim Czarnobylu”. Jednej z największych katastrof w historii kraju, w której ofiarą padły tysiące dzieci z Szopienic.Ale czy znacie prawdziwe wydarzenia, które zainspirowały tę produkcję?W dzisiejszym odcinku przybliżamy historię tysięcy dzieci z katowickich Szopienic, które przez dekady były zatruwane ołowiem z lokalnej huty. To opowieść o systemowym milczeniu PRL-u, tym jak chroniono perłę socjalistycznej gospodarki i skromnej, ale niezwykle odważnej lekarce – dr Jolancie Wadowskiej-Król, nazywanej „Polską Erin Brockovich”.W tym filmie dowiesz się:🔴 Dlaczego w Szopienicach już w 1912 roku powstała szkoła specjalna i co miał z tym wspólnego ołów?🔴 Jak dr Wadowska-Król „połączyła kropki” i odkryła, że jej pacjenci nie mają genetycznej choroby, lecz są zatruci?🔴 O tajnej operacji badania 5000 dzieci pod nosem SB i władz partii.🔴 O tym jaką rolę odegrała prof. Bożena Hager-Małecka.🔴 Dlaczego huta wyłączała filtry na noc i jak to wpłynęło na mieszkańców osiedla Targowisko?🔴 Jak doszło do ewakuacji całych osiedli i dlaczego niektórzy nie chcieli przeprowadzić się do Sosnowca?To historia o tym, że bohaterowie nie zawsze noszą peleryny – czasem noszą biały fartuch i zwykłą lekarską torbę. Poznajcie kobietę, która rzuciła wyzwanie systemowi, by ratować najmłodszych.I WYGRAŁA. Zatrzymując jedną z największych katastrof środowiskowych w historii Polski.🎬 Serial „Ołowiane dzieci” zadebiutuje na Netflix już niebawem. Sprawdź, co wydarzyło się naprawdę!

OŁOWIANE DZIECI Netflixa to opowieść o tzw. Śląskim Czarnobylu. O tysiącach dzieci z Szopienic, dzisiejszej dzielnicy Katowic, które przez wiele, wiele lat były zatruwane ołowiem pochodzącym z lokalnej huty cynku, a później huty metali nieżelaznych. Ale to też opowieść o niesamowitej odwadze, o niesamowitej niepokorności i pracowitości. Jednej lokalnej lekarki, dr Jolanty Wadowskiej-Król, która jak niewielu innych ludzi w Polsce w ostatnich dekadach nadaje się do tego, by stawiać ją na pomniki i opowiadać o niej na lekcjach historii w szkole. Czemu pani to robi? Bo tak trzeba. I ja się bardzo cieszę, że ten serial powstał, bo uważam, że Polska potrzebuje nowych bohaterów.

I to dokładnie takich ludzi, jak dr Jolanta Wadowska-Król, nazywana niekiedy polską Erin Brockowicz. Bo za scenariuszem Netflixa stoi prawdziwa historia, która jest i piękna, i pouczająca, i warta tego, żeby ją znać i się nią inspirować. Bo dr Jolanta Wadowska-Król to nie jest taki bohater, o jakich nas zwykle uczą, Człowiek jest z gwiazd, tylko to jest normalna, to była normalna, skromna babka, normalna, skromna lekarka w przychodni rejonowej, która swoim uporem, niezwykłą pracowitością, taką codzienną rzetelnością zrobiła coś absolutnie niesamowitego. Uratowała tysiące szopienickich dzieci, zrobiła coś, czego nie potrafili zrobić profesorowie, politycy, wszyscy ci wielcy ludzie, których na co dzień pokazuje się nam jako

Dzień. Przy czym nie chodzi tutaj o plotki. Sama Jolanta Wadowska-Król, ta doktorka będąca bohaterką serialu Netflixa, opowiadała, że znała taką historię, w której na targowisko trafił szczeniak. Tylko, że ten szczeniak przeżył tam zaledwie kilka tygodni, bo po jakimś czasie zaczął chorować, po krótkim czasie zaczął chorować, zaczął mieć problemy z układem nerwowym, zaczął mieć różne problemy neurologiczne, a wreszcie bardzo szybko Nic tam też nie rosło. Nie było żadnej zieleni, też żadnej zieleni, która oddzielałaby domy mieszkańców Targowiska od znajdującej się za płotem huty. Nie bez powodu, bo skażenie było tam tak duże, że rady nie dawały nie tylko psy i kanarki. Rady nie dawały tam także drzewa. Dobrze, radziły sobie tam tylko szczury, no i w jakimś stopniu radę dawali ludzie.

Mówię w jakimś stopniu, bo byli w stanie tam żyć, ale mnóstwo dzieciaków umierało, a te, które przeżywały, były w fatalnym zdrowiu. Fatalnym. I to życie w cieniu huty toczyło się tam przez 120, 130, ponad 130 lat. Aż do momentu, w którym bohaterka serialu Netflixa dr Jolanta Wadowska-Król zorientowała się, że coś jest nie tak. Jolanta Wadowska-Król była skromną lekarką, skromnym pediatrą, która pracowała w przychodni na Dąbrówce Małej w katowickich Szopienicach. Pracowała na początku lat 70. I kiedy zaczęła pracę jako pediatra, to szybko zauważyła, że coś w tej dzielnicy Katowic jest nie w porządku.

Oprócz normalnych chorób wieku dziecięcego, jak różyczka, Kasia Odra, której wtedy było jeszcze więcej niż dzisiaj. Przeziębienia, Katary i tak dalej. Większość dzieciaków, które do niej trafiały, cierpiały na jakąś dziwną formę anemii. Wadowska-Król nie wiedziała, nie wiedziała o co chodzi, nie wiedziała jakie są przyczyny tej anemii. Odsyłała dzieciaki do specjalistów, próbowała diagnozować je same. Diagnozy były różne. Ale to, co łączyło dzieci, które trafiały do tej przychodni pediatrycznej w Dąbrówce, dzieci z Szopienic, to było to, że kiedy stawiano diagnozę, próbowano terapii. Terapia zwykle nie pomagała, więc dzieciaki kierowano np. do szpitala. Po krótkim nawet pobycie w szpitalu ich stan się poprawiał.

Poprawiał się dość szybko i wyraźnie, ale kiedy wracały do swoich domów rodzinnych, natychmiast zaczynały chorować. Dlaczego? No bo szpitale były z dala od tej huty, a domy rodzinne były zaraz za jej płotem. Ale wtedy jeszcze Wadowska-Król nie połączyła kropek. Chociaż były różne diagnozy, to żadna z nich nie była właściwa. Na przykład najczęstszą była muko-polisacharydoza, choroba genetyczna, która powoduje problemy z przemianą materii. Niby się tu wszystko zgadzało, jak chodzi o objawy, ale były z tym dwa problemy, które zauważyła właśnie Wadowska-Król. Jeden był taki, że standardowa terapia na to schorzenie nie działała, a drugi był taki, że mucopolysacharydoza to jest choroba skrajnie rzadka.

Ona dotyka, choroba genetyczna, ona dotyka mniej więcej jednego dziecka na 100 tysięcy, a w Szopienicach chorowałyby na nią Wszystkie dzieci. Dokturka, jak ją nazywano, była zaniepokojona, ale nie wiedziała o co chodzi. Swoimi obawami dzieliła się z konsultantką wojewódzką, z profesor Bożeną Hager-Małecką, która też tej historii odegrała dużą, no i generalnie bardzo pozytywną, Przy czym początkowo także konsultantka wojewódzka nie wiedziała o co chodzi. Aż nadeszło wydarzenie, które zmieniło wszystko. W 1974 roku do gabinetu w przychodni rejonowej w Dąbrówce wpadła matka z dzieckiem, do gabinetu dr Jolanty Wadowskiej-Król. Przerażona matka wprowadziła tam swojego syna, który ledwo stał na nogach. Miał zczerniałe zęby, czarne obwódki na dziąsłach, nie mógł ustać na nogach, miał wyraźne problemy

I powiedziała, ratuj doktorko, bo mój bajtel chyba tym razem już kipnie. Wadowska-Król znała tego pacjenta, on wracał do niej ciągle z anemią, on wraz z rodziną mieszkał właśnie bezpośrednio zaraz za płotem huty metali nieżelaznych w Szopienicach. Nie wiedziała co zrobić, czuła bezsilność z powodu tego, że dzieciak wraca do niej kolejny raz. Ona nie jest w stanie nawet postawić diagnozy, już nie mówiąc o tym, że nie jest w stanie mu w ogóle w żaden sposób pomóc. Wypisuje skierowanie do Zabrza, do kliniki pediatrycznej na obserwacje, żeby tam ludzie, którzy mają na jej zdaniem większą wiedzę, mogli chłopakowi pomóc. I traf chce, że dzieciak ląduje u profesor Hager-Małeckiej, która chwilę wcześniej była na konferencji naukowej w Szwajcarii, na której prezentowano przypadek dziecka chorego na ołowicę.

No i ona łączy kropki. Zaczęło się od chłopca z ulicy Westerplatte. Wracał do mnie z nawracającą anemią. W końcu odesłano go do prof. Hager-Małeckiej do Zabrza. Okazało się, że to ołowica. Wraca do Jolanty Wadowskiej-Król i mówi jej, masz pacjenta z ołowicą. Ale jeżeli masz jednego pacjenta z ołowicą, to bardzo możliwe, że jest więcej dzieciaków w okolicy, które cierpią z jej powodu, że te twoje wątpliwości, które masz dotyczące tego, skąd bierze się ta dziwna anemia, no to jest właśnie kwestia skażenia środowiska. Zleca badania, które Wadowska ma zrobić po cichu. Profesor Małecka zleciła mi zrobienie badań dzieciom z Szopienic szybko i po cichu. Nie spodziewała się, że wykonam ją na taką skalę. Dlaczego po cichu?

No bo obie kobiety mają obawy, że kiedy władza ludowa dowie się, że ta perła PRL-owskiej i śląskiej gospodarki huta metali nieżelaznych w Szopienicach truje okoliczne dzieciaki, no to będą mieć gigantyczne problemy, a sprawa zostanie zamieciona pod dywan. I nikomu, nikomu nie uda się wtedy. No i się zaczęło. Doktor Jolanta Wadowska-Hager zaczęła zwracać uwagę na to, co dzieje się w jej otoczeniu, co dzieje się z jej chorymi, młodymi pacjentami, jak chodzi o ich kontakt ze środowiskiem. Chciałabym zwrócić uwagę, że ostatnio mamy więcej zachorowań dzieci mieszkających w dzielnicy Targowisko. No i wtedy nasza doktor Jolanta Wadowska, nasza doktorka, bohaterka serialu Netflixa już wiedziała na co patrzeć i zaczęła dostrzegać wzory.

Znaczenie miała więc nie tylko bliskość huty, ale też to, że najgorzej było w miejscach, gdzie warunki mieszkaniowe były Najgorsze. No i jak to zobaczyła, wiedziała już, że idą w dobrym kierunku. Rozpoczęła badania epidemiologiczne, gigantyczne epidemiologiczne badania, które trzeba było przeprowadzić po cichu, bez zwracania na siebie uwagi. Po cichu tak bardzo, że nie używano w nich w ogóle na przykład słowa ołowica. Na żadnym z kwitków przygotowanych przez panią Wadowską-Król nie ma tego słowa. Chodziło przecież o przebadanie 5 tysięcy dzieci w 3 miesiące, tak, żeby władze się o tym nie dowiedziały. Nawet w rozpoznaniu nie wolno mi było wpisywać ołowica. Bano się, że jak partia albo OSB zorientuje się, że wyniki badań mogą rzucić złe światło na to narodowe dobro, jakim jest huta, to może się to skończyć źle, no i dla badanych, bo nikt im nie pomoże, i dla badających, bo kto wie, co się z nimi stanie.

No nikomu. Wtedy może jeszcze bardziej ufało się tylko księdzu. No i wzięła te wezwania, wzięła torbę, no i chodziła. Miesiącami chodziła po klatkach schodowych, doręczając własnoręcznie wezwania swoim młodym pacjentom, a dokładnie to ich... Dnie spędzała pobierając próbki, wysyłając je do laboratorium, a wieczory spędzała na ulicach i klatkach schodowych tej no nie najbezpieczniejszej jednak dzielnicy Katowic. Dzięki temu w krótkim czasie udało jej się zebrać tysiące... Próbki lądowały w laboratorium, które też po cichu oznaczało, jaka jest zawartość ołowiu, metali ciężkich we krwi dzieciaków z Szopienic. Wyniki były później opracowywane przez Wadowską, przez naszą doktórkę, zgodnie z jej autorską metodologią, bo nie mogła stosować żadnej innej, także dlatego, że w całych tych badaniach nie mogło się pojawić słowo ołowica.

Która także pokazała taki sam wynik. Wielokrotne przekroczenie zawartości ołowiu we krwi. Gość był w szoku. Dlaczego? Bo na drugą próbkę przyniósł mocz swojego 18-miesięcznego syna. Tak, żeby to przeszło badanie i żeby mógł wrócić do roboty i zarabiać więcej. No i kiedy Wadowska opracowała te wyniki, zobaczyła co z nich wyszło, zamarła. Było gorzej niż w jej najczarniejszych koszmarach. Gorzej niż mógł przypuszczać ktokolwiek. To była prawdziwa katastrofa. Mieliśmy tysiące chorych ludzi, mieliśmy setki tysiące dzieciaków chorych na ołowicę, której skutki były nieodwracalne. A przypomnijmy, ołów upośledza m.in.

centralny układ nerwowy, prowadzi do niewydolności nerek, organów wewnętrznych, może prowadzić do zgonu. Toksyczne działanie ołowy polega na upośledzeniu funkcji, szczególnie układu krwiotwórczego i nerwowego. I tak właśnie było. Dzieciaki tam umierały, chociaż nikt nie wiedział dlaczego, a nawet jakby wiedział, to nie było wolno o tym głośno mówić. Nawet mówili, że pani doktor Król miała iść do aresztu za to, żeby ta choroba. No bo tak oddali, że wykryła za to, że wykryła, a to były takie czasy, że nie można było. Wszyscy wtedy powinni być zdrowi. Nie było chorób. Nie było wolno mówić do tego stopnia, że sprawą badań Wadowskiej zainteresowały się oczywiście służby, służba bezpieczeństwa PRL-u.

były przerażone. Zaczynały więc narastać niepokoje społeczne. I sprawie trzeba było też zaradzić. Wniosek był jeden. Trzeba je natychmiast ratować. Więc Wadowska-Król, którą w hucie potraktowano tak, jak potraktowano, zwróciła się do jedynej osoby zaangażowanej w te badania, która miała odpowiednie koneksje. Do wspomnianej wcześniej profesor Bożeny Hager-Małeckiej. Na profesor Hager-Małecka miała dojście do śląskiego wojewody generała Jerzego Ziętka. Człowieka, który mimo, że był komunistycznym wojewodą, to na Śląsku jest dotąd wspominany tak dobrze, że w Parku Śląskim, będącym zresztą jego dzieckiem, do dzisiaj, jeszcze dzisiaj, można się przespacerować jego aleją.

Gierek podobno się z nią zapoznał i kazał lokalnym czynnikom partyjnym, jak to się wtedy mówiło, działać. I zadziałano. Po cichu, oczywiście. Ale w miarę skutecznie. Już w 1975 roku na Targowisko, na osiedle tych starych, poniemieckich domów robotniczych wjechały buldożery. A jaka była satysfakcja. Proszę pani, wyburzono domy. Mieszkańców okolic huty przeprowadzono do nowych mieszkań. Przydziały, na które dostawali według wskazań, według listy ważności, według listy potrzeb przygotowanej przez Wadowską-Król. Ta brała pod uwagę to, jak bardzo zatrute są dzieci, to ile jest dzieci, to wskazania medyczne tutaj decydowały, żadne inne.

I to jakoś ominęła, opisując wszystko procentami, tak żeby nie kuło nikogo w oczy. Ale to nie pomogło. Doktoratu i tak nie dostała. Powołano w tym celu specjalną komisję recenzencką złożoną z profesorów, którzy uchodzili za raczej posłusznych władzy. I oni uznali, że te badania Wadowskiej-Król są niedostateczne na doktorat. A samą pracę doktorską schowano w sejfie, żeby nikt nie mógł się zapoznać z zawartymi w niej wynikami. Nie zrobiła więc kariery naukowej, została lekarką w rejonowej przychodni. Hobby, którym było wcześniej ratowanie ludzi i badania, zastąpiła haftowanie. Zamiast środków uspokajających zaczęłam haftować i to jest chyba moje lepsze hobby.

No więc pani doktor Jolanta Wadowska-Król dostała kopa od salonu, ale jednocześnie na każdym kroku spotykała ją wdzięczność ludu. Potrafiła się nią cieszyć i to naprawdę da się szanować. Pani doktor Król to była rzeczywiście dobra lekarka. Ona we wszystkim pomagała. Dzięki niej właśnie mamy te mieszkania i te dzieci do tego sanatorium. Jest na to też całkiem niezły przykład, bo już w latach osiemdziesiątych Jedna z pań należących do medycznego salonu Katowic postanowiła umniejszyć zasługi doktórki. Tego było tam zresztą całkiem dużo, bo myślę, że było trochę tak, że ci profesorowie i znani lekarze zazdrościli jej trochę tych badań, które zrobiła, bo nikt z nich nie potrafił czegoś takiego

W każdym razie była taka babka, która zazdrościła jej chyba wyjątkowo mocno i ukuła takie określenie, puściła je w świat, że Wadowska-Król to jest Matka Boska Szopienicka. Zrobiła to po to, żeby umniejszyć osiągnięcia doktórki, żeby ją trochę ośmieszyć. Ale to określenie podłapał szopienicki lud i Matka Boska Szopienicka to stał się przydomek bohaterki serialu Netflixa, ale nacechowany szacunkiem i miłością. A nie ośmieszający tę lekarkę, do której został przyklejony. Do dziś są zresztą filmy, jeżeli wrzucicie w YouTube, znajdziecie tam filmy właśnie o Matce Boskiej Szopienickiej. A teraz tę historię Matki Boskiej Szopienickiej opowie też Netflix.

Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.