"Pełnosprawne serce" - reportaż Martyny Kozak
W "Klice" – Katolickim Stowarzyszeniu Osób Niepełnosprawnych i ich przyjaciół granica między wolontariuszami, potocznie nazywanymi "fizycznymi", a podopiecznymi jest zatarta, bowiem każdy może dać drugiej osobie coś z siebie – uśmiech, swój czas, dobre słowo.
Naprawdę, jak ja bym na początku roku, to by mi powiedział, że będę takie rzeczy robił, że będę tutaj przy transportach właśnie takich, że na Ukrainę, czy że będę rozmawiał z tyloma osobami po rosyjsku, wysyłał ludzi na wakacje, tłumaczył w aptece, że to powinienem zaprezentować. Chyba najważniejsze w tym wszystkim to było tzw. rozpoznanie bojem. Jakbym się za dużo zastanawiał i przygotowywał, to człowiek nie jest w stanie się do tego przygotować. Albo w to wchodzisz i robisz, albo nie. Nas w stowarzyszeniu osób, które myślały w podobny sposób było więcej. Wpadliśmy na pomysł, żeby w siedzibie naszego stowarzyszenia właśnie na ulicy Estery w Krakowie otworzyć punkt w zamyśle koordynujący wsparcie dla osób z niepełnosprawnością.
Wyobrażaliśmy sobie to tak, że w ciągu paru dni zbierzemy informacje, Jeżeli potrzebujesz dostępnego mieszkania, zgłaszasz się tutaj. Potrzebujesz wsparcia asystenckiego tutaj, rehabilitacji, leczenia, tłumaczenia dokumentacji medycznej i że my będziemy po prostu dyżurować i będziemy kierować w odpowiednie miejsca, tak żeby osoby z niepełnosprawnością miały w jednym miejscu zebrane wszystkie informacje, których potrzebują. Dokładnie 28 lutego uruchomiliśmy ten punkt i w takim przekonaniu, że tak będzie nasza praca wyglądała wytrwaliśmy jakieś półtora dnia. Po czym się okazało, że jeżeli czegoś sami nie zorganizujemy, to nie będzie niczego. Nie będzie dostępnych mieszkań, nie będzie transportu, nie będzie leczenia, nie będzie rehabilitacji, nie będzie pampersów, nie będzie cewników, nie będzie wózków, nie będzie chodzików, nie będzie kul, nie będzie insuliny, nie będzie...
Nie będzie lekarstw, nie będzie lekarstw psychotropowych, bo przecież takie też były potrzebne, nie będzie wsparcia psychologicznego, niczego nie będzie. Wiesz, a nie będziemy kierować ludzi, tylko okazało się, że trzeba zacząć te wszystkie sprawy organizować. Aha, no to zaczęliśmy. Puknąłem takie powiedzenie, nie ma znaczenia czy ktoś jest sprawny, czy niepełnosprawny, jeżeli chodzi o pomoc, no bo niepełnosprawnym można mieć tylko serce, Nazywam się Bartosz Remlin, działam w Katolickim Stowarzyszeniu Osób Niepełnosprawnych Przyjaciół Klika z Krakowa. Studenci tam w latach 70., którzy byli zgromadzeni przy akademickim duszpasterstwie, postanowili po prostu, że warto byłoby wyciągnąć osoby niepełnosprawne z domu.
Pojawiły się pierwsze wspólne wyjazdy, takie obozy, no i tak to się ciągnie z pomocą boską i przy wsparciu ojców dominikanów i wolontariuszy już 50 lat. Każdy człowiek może coś od siebie dać. Swój czas, swój umysł, swoje serce. Nie tylko wysiłek i pracę fizyczną. Są ludzie, którzy chcą coś zrobić dla innych. Przenikanie się tych dwóch środowisk, środowisk osób niepełnosprawnych i sprawnych jest bardzo głębokie. Są małżeństwa, które się poznały w klice i jedna osoba jest niepełnosprawna, druga jest pełnosprawna. Ja nie mam takiego patrzenia, że w Klice pomagają wolontariusze i my jako Klika robimy to jako wolontariusze, bo mnóstwo osób z niepełnosprawnością jest zaangażowanych i to w takie historie, których ja bym nie przeprowadziła od A do Z. Chociażby sprowadzanie kobiety na operację biodra z Ukrainy.
To finalnie się nie powiodło, bo ta kobieta w ostatniej chwili się wycofała, ale Anka, dziewczyna, która jest na wózku i miałaby pełne prawo siedzieć i narzekać, jak jest jej źle, zorganizowała to od A do Z. Czy jej sprawność miała tu jakiekolwiek znaczenie? Może trudniej było jej pisać maile, bo jej to więcej czasu zajmowało, ale stan ciała naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. Ja z racji tego, że poruszam się na wózku inwalidzkim, więc mam jakieś tam doświadczenie, jeżeli chodzi o sprzęt rehabilitacyjny, sprzęt taki ortopedyczny też. W szkole uczyłem się trochę języka rosyjskiego, więc rozmawiam po rosyjsku. No zgłosiłem swoją kandydaturę, no i wiele innych osób, które poczuwały się do tego, odpowiedziały na to działanie, no i tak się zaczęło to kręcić.
No dużo mnie to nauczyło i pracę właśnie Z człowiekiem takim wystraszonym, czasem też człowiekiem troszkę nerwowym, ale no, jakaś sytuacja, to jest też wojna, to nie jest jakaś tam, nikt tu nie przyjeżdża na wycieczkę. Brutalnie, ale łatwiej jest uciec z osobą, która ma jakąś tam niepełnosprawność, nie wiem, umysłową czy jakąś taką niepełnosprawność, mniej, mniej ingerencują w sprawność. Myśmy się też bardzo szybko zorientowali, że ludzie z niepełnosprawnością nie przyjeżdżają, że ich powinno być statystycznie dużo, dużo więcej, że jeżeli w Polsce jest w tym momencie dajmy na to 20 tysięcy osób z Ukrainy, to jeżeli nie wyjeżdżają
Mężczyźni w odpowiednim tam przedziale wiekowym, to statystycznie osób z niepełnosprawnością przynajmniej z 7 tysięcy powinno być. Jednym z podstawowych pytań było takie, gdzie oni są? Nie ma ich w punktach recepcyjnych, nie ma ich na granicy. Zaczęliśmy ich szukać, zaczęliśmy szukać ich też na Ukrainie. Wpadliśmy na pomysł, żeby tam pojechać, jakby to była trochę moja inicjatywa, żeby zobaczyć na miejscu jak to wygląda i właśnie 7 marca ruszyliśmy z jakimś przypadkowym konwojem, który gdzieś tam znaleźliśmy. Gdzieś od początku wojny też miałam takie pragnienie, żeby jechać i być tam z ludźmi, właśnie w kontekście niepełnosprawności, tylko wtedy jeszcze mi się wydawało, że to jest niemożliwe w trzy dni zamknąć sprawy i jechać, a teraz już wiem, że bywa różnie.
No i to się udało. Zaczęło się przed wjazdem do Żytomierza, tam zajechaliśmy już dość późno w nocy i okazało się, że trafiliśmy na pierwszy oszczoł Żytomierza. Z daleka było widać te światła takie czerwone cały czas i jak staliśmy właśnie na wjeździe do Żytomierza byli bardzo, bardzo nerwowi żołnierze. Wcześniej to było na zasadzie, że Polacy humanitarnie klepali nas po plecach wręcz. A tam zupełna nerwowość. Wyskoczyli do nas, żebyśmy zgasili jak najszybciej światła. Oni zawołali komendanta, on to w ogóle zupełnie zdenerwowany, że takiej pomocy to my nie chcemy, że po co wy tu przyjeżdżacie, narazicie nas, was, siebie, po co to wszystko? No ale wjechaliśmy ostatecznie do tego miasta. Nie jest łatwo znaleźć osoby z niepełnosprawnością na Ukrainie.
Trzeba było jakimś łańcuszkiem do tego dojść. W Rzeczpomierzu udało się zdobyć takie cztery, cztery, cztery osoby. Ja miałem jakieś doświadczenie z osobami z niepełnosprawnością. Jakoś przeżywałem ich tutaj dramaty, jakieś różne historie. Tak połączenie niepełnosprawności z wojną trochę mnie rozłożyło. To było ciężkie spotkanie z Marią i Swietą. No i właśnie relacja mamy tej Marii z płaczem, że one nic nie mogą zrobić, jak jest alarm bombowy. No bo jak? Nie mają się gdzie schować, więc po prostu siedzą i się modlą. Te historie tyczą się prawie każdej niepełnosprawności na Ukrainie. KONIEC! Po kolei zdobywałem właśnie od Żytomierza, po Zaporoże, aż w końcu wylądowałem w Charkowie, gdzie już siedzę grubo około 4 miesięcy.
No jest Natasza z porażeniem mózgowym. Rozumie co się do niej mówi. Uśmiecha się, jest pełna w ogóle ciepła. Zobaczyłem jaki ma wózek w ogóle inwalidzki. Nie wiem czy u nas w muzeum są takie, czy to już dosłownie taki relikt. Duże koła z przodu, małe z tyłu. W jednej klatce mieszkają trzy matki z dziećmi z niepełnosprawnością. Jedna z nich to jest mała dziewczynka Swieta z encefalopatią. Oprócz tego pozostałe dwie matki no to już mają dorosłe cuchki. Jest Żenia z zespołem Dauna. I trzeciej dziewczyny nie pamiętam imienia. Ona ma reumatoidalne zapalenie stawów. Oprócz tego z nimi tam mieszka też sąsiadka, która nie ma nic wspólnego z niepełnosprawnością, ale jest niesamowicie serdeczną, ciepłą kobietą i wspiera te rodziny jak tylko może.
Jest Ola. Byliśmy tam dwa razy. To jest młoda dziewczyna. To co się udało, to udało jej się przywieźć wózek i ona chyba pierwszy raz, nie wiem czy w życiu, czy od bardzo dawna, no bo jednak ta bariera językowa nie pozwala się tak precyzyjnie porozumieć, ale ona pierwszy raz na pewno od dawna dostała taki wózek, na którym była w stanie się samodzielnie poruszać i byłaby w stanie wyjechać samodzielnie z pokoju. Bo my mówimy o takim poziomie. One mieszkają na jakimś piątym piętrze, winda nie pracuje, żadne wyjście z domu, właściwie nie wchodzi w grę. Śliczna dziewczyna, uśmiechnięta, z takimi iskrami w oczach.
Byliśmy z Grażyną w miejscu, gdzie ludzie nie chcieli w ogóle wychodzić z piwnicy. Byli tak przerażeni. W pewnym momencie oni nie tylko zaczęli wychodzić, ale spotykać się razem. Ludzie, którzy byli sąsiadami, ale znali się tylko z widzenia, Jak się zaczęła wojna, to dalej to było jakieś takie jeszcze wszystko niezgrane, a pod koniec jak żegnali Grażynę, to powiedzieli mi trzy osoby, do mnie podeszły, że jesteście osobami, które jakby stworzyły tą grupę teraz, że my teraz ze sobą rozmawiamy, potrafimy ze sobą się bawić, my swobodnie wychodzimy na zewnątrz.
Między blokami jest taki plac zabaw dla dzieci. Ojcowie, którzy tam żyją, którzy tam zostali, zaczęli ten plac malować. No i tu jest właśnie nasz, już były niestety, punkt na estery. No a ja tak trafiłem do kliki zresztą, właśnie przechodząc któryś raz tą ulicą i idąc za szybą jakichś ludzi, cały czas próbowałem się tutaj przemóc i zapukać, aż za którymś razem to zrobiłem i tak się ta historia tutaj zatoczyła. Tu się działo bardzo dużo, to było takie, oprócz tego, że to był sklep z ceramiką, to było takie
Centrum pomocowe, humanitarne, cały magazyn z wózkami, tu pakowaliśmy transporty, tutaj ludzie przychodzili, tu tętniło życie po prostu. Nie da się nad każdym pochylić oczywiście, zbyt dużo jest tych dramatów, dalej są momenty zrezygnowania i braku mocy po prostu, ale to chyba normalne jest w takim miejscu. Tam trzeba być po prostu. Nie mówię, że każdy powinien być, bo nie o to chodzi, ale akurat my jako klika, cały to, bo ja tu jestem tylko wierzchołkiem tej góry. Co mnie tam pociągnęło? Bycie z ludźmi. Bycie z ludźmi w ich trudnych momentach, w ich granicznych sytuacjach.
A to jest jakiś wulkan serca, który odnalazłam. Muszę coś z tym dalej zrobić teraz. Ale jeszcze nie wiem co.
Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Stworzenie punktu wsparcia dla osób z niepełnosprawnością w Krakowie i pierwsze wyzwania związane z organizacją pomocy.
Opis działań Katolickiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych Przyjaciół Klika z Krakowa i zaangażowania osób z niepełnosprawnością.
Przygotowanie do pomocy osobom z niepełnosprawnością w trakcie wojny, organizacja transportów i kontakt z Ukrainą.
Opis podróży do Żytomierza i kontaktu z osobami z niepełnosprawnością w trakcie wojny.
Spotkania z osobami z niepełnosprawnością w Żytomierzu i opis ich sytuacji.
Opis sytuacji w Charkowie i spotkania z osobami z niepełnosprawnością.
Opis pracy w centrum humanitarnym wsparcia dla osób z niepełnosprawnością.
Podsumowanie doświadczeń i plany na przyszłość.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.