Monika Malec "Serce piekarza"
To będzie reportaż o tradycjach piekarniczych i trudnych, ale odważnych decyzjach. Gdyby 30-ści lat temu ktoś powiedział Marioli i Tadeuszowi Zubrzyckim, że będą kontynuowali rodzinną tradycję, to by nie uwierzyli. Ona pracowała na uczelni, a on w biurze projektowym. Dziś zajmują się rodzinnym biznesem i prowadzą warsztaty dla dzieci, by pokazać im pracę w piekarni i być może rozpalić pasję do tego zawodu.Fot. Wypieki zrobione podczas warsztatów piekarniczych prowadzonych z dziećmi z klasy III szkoły podstawowej w Kalinówce.
Ale w życiu bywa tak, że koniec staje się początkiem. życie pisze swoje scenariusze, nie pytając nas o zgodę. Zmarł tata, dużo, dużo wcześniej jej mama i troszeczkę sentymentu gdzieś tam w sercu zostało. No przecież nie można tego zostawić. Wróćmy więc do początku, czyli ubrania, czepka i fartucha, by wejść wraz z Mariolą Zubrzycką na salę produkcyjną w piekarni.
Ptaki umierają od tego. Bierzemy do rączki i turlamy przez środek tak, żebyśmy mieli dwie kuleczki na bokach. Do czego to jest podobne? Taki właśnie piękny hantel wywałkowujemy sobie w rękach. Trudne to jest? No tak trochę. Dla niektórych może być bardzo trudne, dla niektórych trochę łatwe. To twoja pierwsza wizyta w piekarni? Tak, pierwsza. Bardzo fajnie tu jest. I moi drodzy, rozklepujemy ogon. Tadeusz Zubrzycki od najmłodszych lat związany jest z piekarnią. Jaki obraz pozostał mu w pamięci z tych dziecinnych lat?
Pierwszym piekarzem w rodzinie był brat mojego taty, Albert, który wspólnie z ojcem zaczęli prowadzić piekarnię w Dołęczowie. To był stary budynek, tam od państwa górskich zakupiony. Już w czasie wojny tam funkcjonowała piekarnia. Na Łęczów był takim miasteczkiem, czy miejscowością, gdzie Niemcy będący na froncie przyjeżdżali na dwutygodniowe, tygodniowe urlopy. I piekarnia Zubrzycki piekła chleb na potrzeby wojska, czy tamtych... pseudo kuracjuszy niemieckich. Dzięki temu mieli możliwości zdobycia różnych artykułów rzędnościowych niezbędnych do funkcjonowania typu kawa, herbata, cukier, których nie można było kupić w sklepie.
Ale tam się zaczęły początki właśnie tego piekarstwa rodziny Zubrzyckich. Później na mocy ustawy z roku 1947. bo zaraz po wojnie wszystkie zakłady prywatne mogły być uruchomione. Jak już zostały uruchomione, wtedy właśnie na mocy tej ustawy zostały upaństwowione. Ponieważ w dokumentach jako właściciel funkcjonował ojca brat Albert, więc jemu nie wolno było pracować w tej swojej piekarni, on nie mógł tam w ogóle pojawiać się. Ale na krótki okres pozwolono ojcu być kierownikiem piekarni. No ale później też władza ludowa dopatrzyła się, zaczęła się podróż ojca po różnych piekarniach państwowych już. Ponieważ był dosyć dobrym fachowcem, powierzano mu rozruch taki techniczno-technologiczny nowo wybudowanych piekarni.
Ani szefcy, ani krawcy, ani kowale, ani lekarze, ani prawnicy, ani inżynierowie. Jak myślicie, dlaczego piekarze dostali koronę? Ani przedstawiciele innych zawodów? Brawo! dlatego że król docenił ciężką pracę pikarzy. Król, legenda tak ogłosi, Kazimierz Wielki zdjął ze swojej głowy koronę i podarował pikarzom. Gdy Tadeusz Zubrzycki ma kilkanaście lat, pytany o to, kim chciałby zostać jak dorośnie, odpowiada krótko – na pewno nie piekarzem.
Kajzerki robimy z ciasta zwykłego, czyli wyborowego. Tam też idzie odrobina cukru, tłuszczu, margaryna zazwyczaj, woda, drożdże, sól. To jest taka stara kajzerkownica, jeszcze jak nie było maszyn elektrycznych. Tu mamy w środku taki znaczek, widzicie? Znajomy, nie? To ten właśnie wierzch kajzerki. Mały kawałeczek ciasta tutaj kładli. Zobaczcie, dogniatam, zwalniam i ona sobie wylatuje. Zobaczcie, jest kaizerka, tak? Jest znaczek? Kto chce spróbować? Ona jest maszyną z końca XIX wieku. Czy to maszyna należąca do dziadka Zubrzyckiego? Tak.
Tadeusz Zubrzycki wybiera studia na Politechnice Kieleckiej. Ponieważ startował na Politechnikę Warszawską, ale ze względu na to, że ojciec miał prywatną inicjatywę, wtedy to były takie czasy, że nie miał tak zwanych punktów za pochodzenie. I mimo tego, że bardzo dobrze zdał egzamin, to dla niego zabrakło po prostu miejsc i dostał do wyboru uczelnię, na której mógłby studiować. No i Kielce były wygodne. Tak najbliżej Lublina, najbliżej tutaj Kraczewic, więc zdecydowali rodzinnie, że będzie studiował w Kielcach na Politechnice. Ale papiery czeladnicze Tadeusz zrobił jeszcze jako nastolatek. Natomiast papiery mistrzowskie zrobił już na studiach, jak był. Tatuś wymagał takich właśnie zasad.
Stąd też dobrze jest takie miejsce odwiedzić. Dobrze, że to jest, że nie tylko pieką chleb, ale też pokazują jak to się kiedyś robiło, jak to się robi teraz. W latach 80. Mariola i Tadeusz Zubrzyccy mieszkają w Lublinie. Ona pracuje na uczelni i w telewizji, on jako inżynier. Ponieważ tak urodził się nasz syn, miał niesamowite problemy ze zdrowiem, ja pracowałam wtedy na uczelni, mąż pracował w elektroprojekcie. Bardzo dobrym projektantem był, świetnie się zapowiadająca kariera. No i niestety umiera teść. No i jest piekarnia.
I takie piękne arcydzieła, takie ciasto, to wszystko zostało wymyślone tyle czasu temu i że to tyle przetrwało. Dopiero za 15 minut 240 stopni. My te warsztaty prowadzimy od 1998 roku, także prawie 30 lat, a jeszcze wcześniej dziadek Zubrzycki też przyjmował tutaj dzieciaków. Inaczej wyglądały te warsztaty niż teraz, bo dzieci tylko oglądały starą piekarnię, która była pod domem, jeszcze zupełnie inaczej opalana, zupełnie inne piece były, bo były piece ceramiczne. I dzieciaki dostawały z piekarni bułeczki albo drożdżóweczki, natomiast nic same nie robiły. I my z mężem wpadliśmy na pomysł, że można byłoby reaktywować te warsztaty, żeby tak jak pan Adam, pan piekarz nasz, pan mistrz piekarski powiedział, żeby ci młodzi ludzie poczuli to ciasto, żeby wiedzieli, że chleb jest z piekarni, że bułka jest z piekarni, a nie z marketu.
A jak Agnieszka Zubrzycka, córka, pamięta swoje dzieciństwo w piekarni? Może nie będzie to pierwszy, ale to jest taki obraz z dzieciństwa, który towarzyszy mi bardzo, bardzo często. Jestem na wakacjach u taty w piekarni, ponieważ wtedy było tak, że klienci uwielbiali chleby, które były jak lotnisko, bez żadnego pęknięcia. Więc te, które były popękane, nie szły do sprzedaży. I pamiętam, był taki piekarz, który jeszcze pracował u mojego dziadka. Wyjął taki chleb, który był popękany. Ja oderwałam sobie skórę, taki jeszcze gorący ten chleb. Poszłam w pole, zrywałam pomidora, szczypior razem z dymką i ten świeży chleb. I to jest dla mnie takie wspomnienie tego zapachu, tego smaku.
Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
To będzie reportaż o tradycjach piekarniczych i trudnych, ale odważnych decyzjach. Gdyby 30-ści lat temu ktoś powiedział Marioli i Tadeuszowi Zubrzyckim, że będą kontynuowali rodzinną tradycję, to by nie uwierzyli. Ona pracowała na uczelni, a on w biurze projektowym. Dziś zajmują się rodzinnym biznesem i prowadzą warsztaty dla dzieci, by pokazać im pracę w piekarni i być może rozpalić pasję do tego zawodu.
Fot. Wypieki zrobione podczas warsztatów piekarniczych prowadzonych z dziećmi z klasy III szkoły podstawowej w Kalinówce.