Piotr Müldner-Nieckowski w Nieregularniku literackim - 29.03.2026 r.
Jakimi sposobami można dziedziczyć historię? Czy doświadczenia przodków przenikają do świadomości kolejnych generacji? W czym objawia się pamięć pokoleniowa?To tylko niektóre zagadnienia poruszone przez profesor Anną Nasiłowską, prezes SPP, w jej eseju memuarystycznym pt. "Węzeł rodzinny".Co w rubrykę zawód wpisuje Piotr Müldner-Nieckowski?Ile czasu zajęła mu praca nad "Wielkim słownikiem frazeologicznym języka polskiego"?Czy literatura i medycyna potrafią iść w parze?O tych - i innych - kwestiach opowiada w rozmowie jubileuszowej (80-urodziny!) Piotr Müldner-Nieckowski.
Typowa memorystyka to jest o, to jak byłam młoda albo coś takie. Tego typu ujęcie. Tutaj tego ujęcia nie ma. No oczywiście jest postać dziecka, dziewczynki, bo to jest mi potrzebne, żeby pokazać, że dziecko bardzo często odbiera trochę inaczej wspomnienia, które słyszy, np. Mój tata tak lekko opowiadał niektóre rzeczy dość tragiczne na temat II wojny światowej, typowo zupełnie, a ja z tego czytałam jakiś taki egzystencjalny dramat. Mnie się nasunęło tutaj takie porównanie z tym sięganiem w przeszłość, że był taki pisarz, który napisał, znalazł w papierach po swoim chyba pradziadku czy dziadku z czasów pierwszej wojny światowej.
Więc jak ja z tym aparatem pojechałam pierwszy raz do Paryża, to do tej pory nie czuję, ale trochę mnie to nadwyrężyło. No tak, ale tutaj wspomniałem o tym sięganiu w głąb dziejów. No to tu się pojawiają rzeczy sprzed wieków nawet, jakieś sygnały. No dziwne nawet. Rzadko się spotyka, że była aż tak gruntowna ta memuarystyka, takie historie jak nawiązanie do Bitwy pod Grunwaldem chociażby. To zawdzięczam z kolei opracowaniu niejakiego pana Mariana Nasiłowskiego ze Szczecina.
Widocznie ten motyw gdzieś krążył. Ale jak wielu Polaków, pani Żyłach też jest trochę domieszka krwini polskiej, chyba niemieckiej. Nie wiadomo, naprawdę nie wiadomo. Trudno powiedzieć. Na pewno ta rodzina ze strony matki miała ogromny szacunek dla techniki i kultury niemieckiej. I nie przeszkadzało temu również to, że podczas wojny zetknęli się z ogromną brutalnością. uznali, że to byli ludzie, którzy nie byli ludźmi kultury, że to byli ludzie, którzy pozwolili sobie na tego typu agresję z powodu nieszczęścia, jakie spotkało kraj, z powodu przywódcy i tak dalej.
Nawet nie zdecydowaliśmy się na danie zdjęcia, jak ja tam stoję, bo tam nic nie ma. Tam jest trawnik? Tak, tam są czaki. Ileś lat temu, to jest między dwoma blokami taka zupełnie anonimowa przestrzeń, przy czym myśmy patrzyli dokładnie na mapach, jak to, no więc ta nasza działka wjeżdża trochę w wejście do bloku. No w każdym razie gdyby to przetrwało, to zapewne by zostało może odebrane i znacjonalizowane po wojnie. No tak, został znacjonalizowany ten plac i co jakiś czas przypominano o tym dekretem Bieruta.
A ludowa historia Polski bardzo często lasuje obraz bardzo uproszczony. Jak tak zaczynamy to streszczać? Ja nie polemizuję z tym. To to toczy się swoją drogą. Za jakiś czas będzie inna moda intelektualna, więc nie ma sensu. Przeminie ta. Nie wydaje mi się słuszne sprowadzenie historii Polski do historii ludowej. To też jest zresztą historia ludowa. To, co ja opisuję, to są dzieje dość skromnych rodzin, które były biedne, miały jakieś tradycje, jakieś nawet herby, ale to o tym się mówiło tak półgębkiem trochę, raz może.
Wytłumaczyć, na czym ona się opiera. No zobaczymy, jak to będzie. Właściwie ta książka jest trochę takim echem książki Konik-Szabelka, gdzie mi wytłumaczono np. o co chodziło z tym konfliktem wokół 3 Pułku Ułanów. A co tu właśnie było? Czy po takim, nie wiem czy to dobre słowo, antrakcie właśnie rodzinnym, teraz przyszła pora na jakąś kolejną pracę naukową, jeśli pani może zdradzić? Oczywiście tak. Co jest w planach? Tak, no nie mogę jeszcze zdradzić, ale jest zamówienie wydawnicze, a ta książka się jakoś tak, a wcale nie jest chuda.
Warto. Teraz jeszcze nie ma łagodniej, a ta jest najlepsza. Ale jak się nazywa odmiana? No widzi pani. Sama sadziłam, ale to było rok wcześniej. Mówili, ale zapomniałam. No pani wymieni, jakie są odmiany, może pamięć mi się wróci. Pani wymieni, a ja jestem od literatury. Szczęśliwie coś mi w głowie na ten temat zostało. Bolska? Nie. Sochaczewska? Nie. Kątem oka zobaczyłam, że na sąsiednim stoisku reklamują cebulę zwykłą. Może Rawska? – spytałam bez wiary. Oto, to, to, to!
Sprzedająca rozgdakała się jak kura, która zniosła jajko. Właśnie to! To była wspaniale łagodna cebula mojego dziadka. Kupiłam kilogram i codziennie jadłam na kanapkach, ciesząc się smakiem mojego dzieciństwa. Nie umknęło mi jednak, że cebula trochę się wyrodziła, bo nasady korzeni były zbyt wysadzone, ale bez wątpienia była to ta cebula. Część dałam córkom, żeby chociaż spróbowały. Mama już nie żyła, ale jestem pewna, że wzruszyłaby się równie mocno jak ja. Napisałam też na Facebooku post, ale pojawiło się niezrozumienie, bo przecież cebula jaka jest, każdy wie.
Dla większości cebula dzieli się na tę zwykłą i jakieś niezwykłe, jak czerwona czy słodka. A to nie tak. Wszystkie rośliny uprawne są niezwykłe. I to nie dlatego, że mają magiczne właściwości, choć niektóre faktycznie je mają. Chodzi o co innego. One nie zostały stworzone przez Boga Ojca z portretu nad moim łóżkiem w czasach, gdy był jeszcze młody. Ale przez ludzi, którzy przez staranną selekcję wzmacniali ich cechy w kolejnych pokoleniach, uzyskując coraz lepsze rezultaty. Czy potraficie rozpoznać dziką marchew?
Kwitnie obficie przy drogach i na trawnikach. Na tych drugich, odkąd w ramach walki z ociepleniem klimatu przestano je kosić nawet częściej. Ma baldaszkowate kwiatostany, ale korzeń ledwie, ledwie nie gruby, przeważnie jak szczurzy ogon i nie pomarańczowy, tylko biały lub lekko żółty. To człowiek zmusił marchew do wytwarzania grubej części podziemnej, spowodował jej przerost, aby móc ją przechowywać przez zimę i jeść. Roślina wytwarza korzeń jako magazyn energii by przetrwać zimę, a następnego roku wypuścić kwiat i wydać nasiona.
Jak to było? Ojciec przed wojną skończył prawo, bo jego ojciec wymagał jakichś rzetelnych studiów, ale dziadek też malował wspaniałe obrazy, tylko uważał się za amatora. Natomiast mój ojciec chciał być plastykiem zawodowym. No i został. Był przede wszystkim rzeźbiarzem, ale jak trzeba było narysować czyjś portret, taki jak na zdjęciu, to robił to w trymiga i po prostu miał to w genach. Ja myślę, że ja i mój brat też to mamy, znaczy mieliśmy, bo mój brat niestety już nie żyje.
To były albo rekonstrukcje rzeźb, które były przed wojną, albo zupełnie oryginalne, od zera robione. No tak. I myśmy w tej atmosferze w domu żyli. Pełno plastyków ciągle się przewijało, poetów, malarzy, rzeźbiarzy. Taka cygeneria. I muzyków, słucham? Cygeneria tak. Tak, tak, tak, bo to nie było standardowe życie na pewno. Chociaż na czwartym piętrze bez windy, ale jednak. Ale tam niedaleko Brzechwa mieszkał, artyści na Ochocie przy ulicy Filtrowej, tam dużo było. Na przykład mój kuzyn Andrzej Szczepkowski mieszkał, Jan Parandowski.
Czyli jego teść. Tak, a na moim piętrze Irena Kwiatkowska z Bursikiewiczem mieli mieszkanie. Co prawda ja miałem 7 czy 8 lat, kiedy się wyprowadzili do lepszego mieszkania, ale byli. Pamiętam, ich świetni sąsiedzi to byli. No, ale skąd ta medycyna się pojawiła w pana życiorysie? To po prostu wybór praktycznego zawodu? Tak jak prawo pana tata, że praktyczny zawód, to tutaj medycyna z uniwersalnym fachem. Nie, to był przyludny przypadek. Ale jak się później okazało, bardzo przemyślany przypadek. Mianowicie wpadła mi w rękę książka propedeutyka medycyny. To w czasach licealnych jeszcze?
Jest to rzecz monumentalna, wymagająca ogromnej benedyktyńskiej pracy. W jakich okolicznościach ta polonista, jaka Pana zaformowała? To po tych studiach medycznych zaraz? To właśnie przez literaturę, przez poezję? Ja dość szybko się zorientowałem, że rzeczą lekarza jest znajomość tylu języków, ilu jest pacjentów. Co pacjent, to inny język. To po pierwsze. Po drugie, jak się z nimi dogadać? Jak im powiedzieć, co mają robić? Ja pamiętam na pierwszym... Roku, w ciągu pierwszego miesiąca usłyszałem mnóstwo różnych takich informacji, które mnie zdumiewały, ale które dawały wiele do myślenia. Na przykład rzadko który pacjent realizuje zalecenia lekarza.
Trzeba tak na niego wpływać, żeby je realizował. Jak? No znając jego język przede wszystkim. Trzeba wiedzieć jak to zrobić, jak go namówić na to. To jest ta pierwsza rzecz. Druga. Nieraz pacjent opowiada o jakichś swoich kłopotach i tak dalej. Mówi takim językiem, że nie wiadomo o co naprawdę mu chodzi i o czym on mówi. To druga sprawa. A trzecia to taka, że jednak obowiązkiem lekarza jest Walka o jego zdrowie, a przede wszystkim o jego życie. To jest takie zobowiązanie, bo głowa puchnie, kiedy się myśli o tym, ile można nawalić, kiedy się nie zna na przykład języka. Nie zrozumie się tego, co on mówi, co pacjent mówi.
I to jedno. Drugie, że jednak mój słownik ma ponad 200 tysięcy wyrażeń, zwrotów, a z korupki tylko dwadzieścia parę tysięcy niestety. Także to jest dziesięć razy mniej niemal. Ile to lat pracy? 40. No właśnie. 3 godziny dziennie. 200 dni razy 3 godziny. Łatwo sobie policzyć ile to godzin było. Kilkadziesiąt tysięcy. Ale wszystkie bardzo cierpliwie wykorzystywane i tak dalej. Nie posądzają siebie o to, że mam taki Sitzfleisch, jak to mówią Niemcy, czyli zdolność siedzenia w krześle.
No ale trzeba było jednak ją w sobie wykształcić i tak się stało. Ale jednocześnie pan stawał diagnozy pacjentom w przychodni przy ulicy Płockiej. Ona się nazywała kiedyś chyba Lumumby też jeszcze jak pan zaczynał. Ta ulica, tak. Ja byłem tam kierownikiem na tej przychodni, ale pracowałem w szpitalu kilkadziesiąt lat, 30 lat w szpitalu. Czyli szpital, przychodnia, polonistyka, no to w ogóle czasu na odpoczynek nie było żadnego. Na poezję kiedy pan pisał? Między wypisaniem recepty a operacją pan pisał tę poezję, wiersze? Nie, ja w operacji akurat nie byłem chirurgiem. Nie pozwolili mi być chirurgiem. Bo tam wtedy wyznaczali kto co ma robić.
Natomiast do woja mnie skierowali. Chyba za karę. Ale nie żałuję, bo jak byłem w wojsku to się bardzo wielu W fantastycznych rzeczy nauczyłem i to po pierwsze, a po drugie byłem w Grudziądzu, dokąd zapraszałem przyjaciół, kolegów, pisarzy, poetów różnej maści, artystów i tak dalej i poznałem dzięki temu wspaniałą gwardię polskiej literatury. Bardzo mi to pomogło w życiu literackim i również i lekarskim. O ile się nie mylę, był pan też związany z wydawnictwem lekarskim medycznym Akcjonowa Polski. Tak, byłem naczelnym redaktorem PZWL, Państwowego Zakładu Wydawnictw Lekarskich.
Chyba już nie istniejący. Istnieje, tylko się inaczej troszeczkę nazywa. Wydawnictwo Lekarskie PZWL. Tak, byłem naczelnym redaktorem, no ale nie bardzo się podobałem władzy i władza mnie z tego stanowiska w pewnym momencie przesunęła w niebyt, zakazując mi jeszcze innej pracy, każdej pracy. Tak było. To był 1986 rok. Akurat wtedy dostałem stypendium amerykańskie i wyjechałem do Stanów. Byłem półtora roku w Stanach, bardzo dużo się nauczyłem w Ameryce. Po pierwsze zorientowałem się, że medycyna amerykańska wcale nie jest tak nadzwyczajna jak polska.
A taka jest opinia? Tak, w zakresie nadzwyczajnych technik i rzadkich chorób. To tak. Jeśli chodzi o technikę, to fenomenalnie. Ale taka codzienność? Absolutnie. Nie, pacjent wcale tam nie jest kimś ważnym. Chyba, że jest dobrym dostarczycielem pieniędzy. To tak. I oczywiście medycyna polska jest bardziej nastawiona na Nie wiem jak to dzisiaj jest, bo to coraz bardziej maleje ten dobry stosunek medycyny do pacjenta. No to widać po działaniach ministerstwa na przykład, pacjent przestał się liczyć, liczy się wyłącznie.
W 1989 roku z tego utworzyłem wydawnictwo, już takie prawdziwe, ze składem tekstów, z redagowaniem książek, z wydawaniem książek. Nawet do 30-40 książek rocznie się wydawało. To całkiem jak na firmę jednoosobową. Dobrze, bo nawet miałem dwóch, chyba czy trzech pracowników w pewnym momencie. Pracowniczek, tak lepiej powiedziane. I to szło, ale potem przyszedł normalny czas i znowu zostałem lekarzem w szpitalu, zastępcą dyrektora szpitala, potem miałem przychodnię, kierownikiem przychodni byłem. No fajnie, wszystko było dobrze, dopóki... Nie zgłosił się do mnie jeden z profesorów z UKSW, Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, czy nie objąłbym katedry jako jeszcze doktor, tylko doktor nauk medycznych na polonistyce.
My sobie świetnie dajemy radę i zapewniamy to, czego nie zapewnia jednak państwo. Inne kraje, takie jak, począwszy od Stanów Zjednoczonych, Francji czy Niemiec, czy Włoch, na Mołdawii skończywszy, wszystkie dbają o pisarzy, o literaturę. W Polsce tego nie ma. Nie wiem, nie wiem, co się dzieje, dlaczego tak jest, ale widzę, że zarówno prawica, jak i lewica, jak i środek nie dbają o to i uważają, że to jest coś... To podobnie jak ze służbą zdrowia. Coś te dwa obszary kulturowo-socjalne są zaniedbywane. Dziwne to jest i moim zdaniem z punktu widzenia politycznego niezbyt mądre, bo przecież starożytni wiedzieli, że od pisarzy trzeba dbać i że literatura jest dźwignią nie tylko handlu, ale i polityki właśnie.
Nie wiem, nie wiem dlaczego tak jest. No w każdym razie ja myślę, liczę na to, że jeszcze za mojego życia to się zmieni, że ktoś się obudzi i zauważy, że jednak warto z pisarzami żyć dobrze. Pisarze wbrew wszelkim pozorom mają równie silny wpływ na postawę społeczną jak dziennikarstwo. A nawet w niektórych sytuacjach... Zresztą to widać tam, gdzie to pisarstwo zaczyna za mocno działać np. na patriotyzm albo na jakieś sprawy związane z życiem itd. To próbują to wymazywać z literatury.
Takich, co z miejsca na miejsce rwą się do rzeczy, kleją, odklejają, biją, tłuką. Albo się zorientuj, że wpakowałeś ją w jakiś antybiotyk, by przeprowadzić analizę chemiczno-fizyczną, psychiczną tej wojny gazowej wymyślonej przez ludzi, by stworzyć laboratorium niszczenia trucizny w nią wymierzonej. Ileż to miała pracy i rozgryzania problemów. Chyba nie masz pojęcia w tym swoim łóżku w samo południe, jak pracowała, żeby wyjść na swoje. A na aerob. Nawet jeżeli wkładasz tam palec tak zdrajco, widziałem jak to robisz, zgodnie ze swoją wolą, ona...
Albo wbrew woli walczy i z radością dostrzega, co ma robić, że cię coś w brzuchu gniecie lub niżej, bo broń Boże, twoja krótkostrzelna broń już nie zabija jej braci. Oj, chyba nie wiesz, czy anaerob ten myśli, czy jest tępy jak koleżanka z trzeciej klasy, z którą masz pierwsze dziecko. A pies, a kot? A ty z tym swoim ptakiem na ramieniu. No, jak to będzie? Kiedy sens twojego bytu ciebie też wezwie do walki o życie? Śpiewak stał na scenie z mikrofonem w dłoni i śpiewał.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Jakimi sposobami można dziedziczyć historię? Czy doświadczenia przodków przenikają do świadomości kolejnych generacji? W czym objawia się pamięć pokoleniowa?
To tylko niektóre zagadnienia poruszone przez profesor Anną Nasiłowską, prezes SPP, w jej eseju memuarystycznym pt. "Węzeł rodzinny".
Co w rubrykę zawód wpisuje Piotr Müldner-Nieckowski?
Ile czasu zajęła mu praca nad "Wielkim słownikiem frazeologicznym języka polskiego"?
Czy literatura i medycyna potrafią iść w parze?
O tych - i innych - kwestiach opowiada w rozmowie jubileuszowej (80-urodziny!) Piotr Müldner-Nieckowski.