Mentionsy Mentionsy
Plac Gry
Plac Gry

Mistrzowskie Finały cz. 1 (Seria Legia Mistrz)

20.12.2025 ·1 godz 7 min · 1 rozdział · 1 sponsor

To był najbardziej pasjonujący finał polskiej ligi od lat. Spotkały się Legia, czyli wielka marka czekająca na tytuł od 56 lat, oraz Start Lublin – underdog i największa niespodzianka rozgrywek. Jeszcze 105 sekund przed końcem decydującego, siódmego meczu nie było wiadomo, kto zgarnie złoto. Posłuchaj historii o tym, jak tytuł trafił w ręce zespołu z Warszawy. O wzlotach, upadkach i kulisach mistrzowskiego sezonu. Opowiadają koszykarze, właściciele klubu oraz uznani eksperci. Partnerem serii „Legia mistrz!” jest m.st. Warszawa. Sprawdź ⁠www.legiakosz.com⁠, aby dowiedzieć się więcej.Produkcja oryginalna ⁠⁠Earborne Media

Piotr Wesołowicz i Legia Warszawa zapraszają na serię podcastową celebrującą mistrzowski tytuł koszykarskiej Legii. Legia Mistrz. Partnerem Mistrzowskiego Podcastu jest miasto stołeczne Warszawa. Mistrzowskie Finały cz. 1. Do końca meczu pozostawała minuta i 45 sekund. Wciąż nie było jasne, kto zostanie najlepszą drużyną w kraju. Legia Warszawa, czyli teoretyczny faworyt finału, czy Start Lublin, underdog i największa niespodzianka rozgrywek? Tablica wyników dokładnie odzwierciedlała to, co działo się w trakcie siedmiomeczowej, najbardziej pasjonującej i wyrównanej serii finałowej od lat.

0:10 · miasto stołeczne Warszawa 15

Prowadziła Legia, ale tylko jednym punktem – 80 do 79. Hala Globus kipiała od emocji. Tym bardziej, że na delikatnej fali był Start, który na finiszu czwarty kwarty zaliczył serię 16-6. Szalał zwłaszcza gwiazdor lublinian Courtney Ramey, co i rusz dziurawiąc kosz Legionistów. Ale ten mecz, ten finał i ten sezon miał innego bohatera. 197 cm wzrostu. Na koszulce numer 0 białe buty, biały rękaw na prawym ramieniu. Znaki szczególne? Warkoczyki zaplecione na głowie oraz, jak mówi się w sportowym żargonie, brak układu nerwowego albo po prostu nerwy ze stali.

105 sekund przed końcem czwartej kwarty Cameron McGusty wziął na swoje barki losy całego sezonu, choć w jego przypadku patos jest zbędny. 28-letni Amerykanin w końcówce zagrał z taką lekkością, jakby trafianie najważniejszych rzutów było dla niego kolejnym dniem w pracy. McGusty po podaniu Oyarsa Silinsha wyszedł na obwód. Naprzeciw siebie miał Filipa Putta, dobrego obrońcę i doświadczonego kapitana startu. Oszukał go, kozując między nogami. Wyszedł w górę, trafił Cilic poczeka na swojego lidera. Start, ma jeszcze jeden faul do dyspozycji, ale Maggasti bierze rzut za trzy i trafia z faulem! Cameron Maggasti! No czy to już nie jest decydujący rzut?

Kibice Legii oszaleli z radości. Po czteropunktowej akcji Maggastiego zrobiło się 84-79. I choć w końcówce ważny rzut, pieczętujący tytuł zdobył Silinx, a Legia wygrała ostatecznie 92-82, to akcja Camerona stała się symbolem triumfu Legii. Mistrzem Polski jest Legia Warszawa, po raz ósmy w historii dominator w latach 50. i 60. Wtedy zdobyli siedem tytułów mistrzowskich, a teraz mają ósmy, wygrywając w Lublinie 82 do 92, końcowy wynik. Triumfu, na który Warszawa czekała 56 lat i po który sięgnęła po sezonie pełnym trudnych decyzji, rozstań, rewolucji, ale i debiutów oraz olśnień.

Nie ma tego czasu takiego na analizę, czy to jest kluczowe, czy nie. Bardziej, czy udało się coś zrobić, czy raczej nie. Ale w tamtym momencie też tak sobie pomyślałem, że trafiając ten rzut tak naprawdę punktowo może nie zrobiliśmy jakiejś niewiadomo przewagi, której nie da się po prostu stracić, ale mentalnie myślę, że to był moment, w którym wiedzieliśmy, że chyba już tego nie oddamy. Bo dobrze, jeżeli dobrze pamiętam, to chyba później też Oyarz trafił trójkę, która tak naprawdę praktycznie chyba już zamykała mecz, więc wydaje mi się, że to był taki moment, w którym po prostu wiedzieliśmy chyba, że już tego nie oddamy. Komentujący siódme starcie Legii ze startem Adam Romański ekscytował się nazywając MacGastiego panem cierpliwym, który na swój mecz, na swoją najważniejszą akcję czekał do samego końca.

O to spytaliśmy asystenta trenera Heiko Ranuli, Macieja Jamrozika. Bardziej było to wywołanie sytuacji miss-match z czwórką, czyli z Filipem Putem i zostawianie go w sytuacji izolacyjnej, więc to trochę było zarządzanie pewną sytuacją. Chcieliśmy doprowadzać do tych sytuacji, czuliśmy, że mieliśmy tam przewagę, natomiast na końcu jest to głównie warsztat zawodnika, że jest w stanie wykorzystać taką sytuację i zdobyć punkty. McGusty siódme spotkanie ze startem zaczął od pudła za trzy. Tyle, że dosłownie chwilę później przechwycił złe podanie rywali i skończył akcję lewym dwutaktem.

Bardziej myślałem o tym, co będzie, jak przegramy i tak dalej. Bardziej, żeby nie nastawiać się na to, że wygraliśmy. I ten rzut Camerona to był taki pierwszy moment, kiedy naprawdę tak szczerze uwierzyłem, że już chyba wygramy. Że po czymś takim, że to już jest ten gwóźdź do trumny i to, co się później wydarzyło, te kolejne trafienia, to już była konsekwencja tego. Ale to był taki pierwszy moment, kiedy naprawdę uwierzyłem, że mimo, że przed tym meczem wydawało mi się, miałem dużo pewności, że powinniśmy to wygrać obiektywnie, że jesteśmy lepszą drużyną, że mamy więcej talentu, lepszych Polaków, co jest bardzo ważne. Gdy było już jasne, że Legia do Warszawy wróci z pucharem dla najlepszej drużyny w kraju, pojawiły się łzy wzruszenia. Był sączący się z głośników utwór We Are The Champions zespołu Queen. Było też confetti i wspólne świętowanie w pustoszającym z kibiców startu Globusie.

Pełni jeszcze to wszystko skonsumowałem wewnętrznie, bym powiedział. Może też dlatego, że dosyć szybko zacząłem pracę nad nowym sezonem. Ja umiem dosyć szybko się odciąć, jakby przejść na taki tryb profesjonalnej osoby, menadżera, zarządzającego, że szybko już trzeba zająć się tym, co jest ważne, a na to jeszcze przyjdzie czas i być może jeszcze cały czas to w sobie gdzieś tam pomalutku celebruję. Odetchnąć mógł też Aaron Cel. Debiutujący w tym sezonie w roli dyrektora sportowego, były reprezentant Polski. To on firmował swoim nazwiskiem nie tylko budowę składu, ale także zmiany na ławce trenerskiej. Cel mógł poczuć podwójną satysfakcję, bo to on stał za sprowadzeniem Magastiego do Warszawy. Ale o tym za chwilę. Najpierw posłuchajmy, co dyrektor Legii czuł po ostatniej serenie w Lublinie i jak smakował mistrzowski szampan. Tak, zasmakowałem szampana, oblany byłem szampanem.

Przynajmniej w moim przypadku, nie wiem jak u innych, ale u mnie tak było, że dopiero, no mówię, po jakiś ponad tygodniu, jak się już spokojnie usiadło na tą kanapę przysłowiową, spojrzało się przysłowiowo w sufit, to zaczęły wracać te wspomnienia, emocje i dopiero wtedy był taki prawdziwy moment, kiedy się to wszystko konsumowało. A tak o niespodziewanej serii finałowej mówi dziennikarz sportowy i kibic Legii Tomasz Smokowski. To było nadzwyczajne wydarzenie myślę z kilku powodów. Po pierwsze nikt przed rozgrywkami nie wymyśliłby sobie w finału Legia Warszawa, Start Lublin, bo jedni i drudzy byli raczej, zwłaszcza Start myślę, nie był drużyną, którą ktokolwiek by tam widział. A co za tym idzie i jedni i drudzy mieli prawo myśleć o wygraniu tej serii choćby z takiego faktu, że o rany boskie nie ma Trefla, nie ma Kinga, nie ma Anwilu, nie ma Śląska.

Trzeba to wygrać, bo taki drugi raz się może nie zdarzyć. Oglądałem te mecze. Bardzo blisko drużyny, ponieważ na każdy mecz jeździłem z prezesem Jarkiem Jankowskim i wracając z Lublina zawsze oglądaliśmy sobie powtórki tych meczów. Widziałem, jak on to mocno przeżywał. Ja to przeżywałem z lekkim dystansem, mimo wszystko. No nie jestem prezesem klubu. Starałem się raczej tonować jego emocje, ale i mnie się udzielały. No, teraz powiem to bardzo żartem, czuję się współtwórcą tego sukcesu. Nie było mnie na trybunach, nie było mistrzostwa. Jestem ja, jest tytuł. Kto w trakcie sezonu przypuszczałby, że to Start i Legia stworzą finałowy duet? Legia, mimo że nikt nie ma wątpliwości, iż tytuł zdobyła zasłużenie, była finalistą sensacyjnym.

Natomiast pozostałe ruchy wydawały mi się właśnie takimi ruchami, jak zatrudnienie trenera Skalina. Czyli bezpieczne ruchy, które mają nam dodać pewien poziom, ale na pewno... Nie myślałem, że one zagwarantują mistrza Polski. No i w gruncie rzeczy nie zagwarantowały, bo przecież działo się w trakcie tego sezonu sporo. Jeszcze przed samymi play-offami ta Legia przegrywa u siebie z GTK Gliwice i to przegrywa kilkudziesięcioma, kilkunastoma punktami. No w każdym razie jakby poddaje mecz totalnie bez walki. Jeszcze jakby zapala mi się wtedy taka żaróweczka nad głową. No gdzie ta Legia zajdzie w tych play-offach? Ale w tych play-offach z każdym kolejnym meczem jest coraz lepiej, jest fantastycznie. No a jeżeli chodzi o same finały, no i rywalizację ze Startem, no to miałem Legię wyżej zdecydowanie.

Latem, przed startem sezonu, w Legii rzeczywiście doszło do rewolucji. Zmiany dokonały się na najważniejszych stanowiskach. Z pracą w roli trenera pożegnał się Marek Popiołek, a w jego miejsce przyszedł Horvat i Wica Skelin. Horvata z kolei sprowadził do klubu nowy dyrektor Aron Cel. Były reprezentant Polski jeszcze kilka tygodni wcześniej biegał po parkiecie w koszulce twardych pierników Toruń, ale tuż po swoim last dance przywdział garnitur i zajął miejsce w legijnych gabinetach. Mówi Kosmazatorski. Ten sezon 2024-2025 to był taki jakby nowy rozdział w historii Legii, bo przede wszystkim zabrakło w nim Wojciecha Kamińskiego, głównego budowniczego całego zespołu i było widać, że ta organizacja trochę idzie w inną stronę. Przede wszystkim prezes Jankowski postanowił zatrudnić dyrektora sportowego.

Wynik tego spotkania, niemal tak samo jak w przypadku finałowego meczu nr 7 ze startem, wahał się do ostatniej sekundy. Zadecydowała ostatnia akcja. Piłkę w rękach, przy wyniku 73-72 dla Górnika, miała Legia. Odpowiedzialność wziął na siebie Andrzej Pluta. Oddał trudny rzut, ale jest w nich specjalistą. Piłka odbiła się od obręczy, od tablicy i wypadła z kosza. Reszta jest historią. Górnik sensacyjnie zgarnął trofeum, a Legia równie szybko podjęła decyzję o zmianie trenera. O Heiko Ranuli, czyli następcy Skellina, opowiemy za chwilę.

Ten sezon był trudny, bo ja jestem w Legii prawie 15 lat i pierwszy raz usłyszałem gwizdy na hali w tym sezonie. W sezonie, w którym zrobiliśmy Mistrzostwo Polski, znaczy nigdy czegoś takiego nie było. Po meczu bodajże z Czarnym i Słupsk, tak mi się wydaje. Plac Gry, Start Lublin, Warszawa, Earborne Media W mojej wizji zarządzania klubem on mi daje zrozumienie sportu, którego ja nigdy nie będę miał, dlatego że nigdy nie byłem zawodnikiem. Nigdy nie rozumiem wielu rzeczy, które są skomplikowane, które on mi wyjaśnia i które on mówi, że czasami trzeba zrobić tak, czasami trzeba poczekać.

Nasze drużyny grały tak w kratkę, tak różnie, że tutaj trochę taka loteria była, kto będzie tym mistrzem polskim. Zresztą ten finał, w którym to też był Start Lublin, który pokonał i tam Trefla po drodze, który był dużo wyżej notowany. Sukces rodził się w bólach. Momentami potężnych. Po drodze przyszły ligowe porażki z Czarnym i Słupsk, Treflem Sopot czy GTK Gliwice. Dopiero przed play-off Legia się odbiła, wygrywając trzy mecze z rzędu. Z Arką, Śląskiem i Kingiem Szczecin. Do najważniejszej części sezonu legioniści przystępowali z czwartego miejsca.

Oddać miało w play-off, do którego Legia przystąpiła za Anwilem, Treflem Sopot oraz Startem Lublin. W pierwszej rundzie poradziła sobie z Górnikiem Wałbrzych, rewanżując się za porażkę z Pucharu Polski i ogrywając Beniaminka w serii 3-1. Maggasti pod kosz i do pluty. Silinż za trzy, zamyka temat tej serii. Ojar Silinż, Legia w dogrywce, rzuciła mnóstwo punktów. Jeszcze Goczer, nic z tego. Schody miały zacząć się w półfinale, gdzie Legia trafiła na Anvil, najmocniejszy zespół sezonu zasadniczego. Włocławianie kończyli go z kosmicznym bilansem 24-6.

Pokazano wszystkie 16 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.