Mentionsy Mentionsy
Materiał dowodowy
Materiał dowodowy

"Mój dom jest moją twierdzą". Mariusz Trynkiewicz i jego zbrodnie

24.09.2024 ·31 min 18 s · 2 rozdziały

Podcast kryminalny Radia ZET "Materiał dowodowy". Zaprasza Mateusz Kapera

0:00 · Wprowadzenie i przedstawienie 25

Materiał dowodowy. Podcast kryminalny Mateusza Kapery. Dzień dobry, przed mikrofonem Mateusz Kapera zapraszam na kolejny odcinek Materiału Dowodowego, a w nim jedna z najpotworniejszych postaci w historii polskiej kryminologii. Mariusz Trynkiewicz, znany jako Szatan z Piotrkowa. Kim były jego ofiary? Jak polował i atakował? I wreszcie dlaczego zabijał? O tym już za chwilę usłyszycie w podcaście Materiał dowodowy. Zanim przejdziemy do tej historii przypomnę tylko, że wszystkie odcinki podcastu dostępne są na kanale Radia ZET w serwisie YouTube. i na playerradiozet.pl, a także na platformach streamingowych Spotify i Apple Podcast.

Oceniajcie, komentujcie i zgłaszajcie nam sprawy, o których chcielibyście usłyszeć w kolejnych odcinkach. Każda Wasza reakcja, komentarz czy udostępnienie odcinka pomagają nam docierać do nowych słuchaczy. Mariusz Trynkiewicz urodził się w Piotrkowie Trybunalskim w 1962 roku. Jako dziecko nie sprawiał problemów wychowawczych. Był pilnym, starannym i obowiązkowym uczniem szkoły podstawowej. W 1976 roku zakończył naukę podstawową i trafił do I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim. W ogólniaku Trynkiewicz nie był dobrym uczniem jak w podstawówce.

Opuszczał zajęcia bez usprawiedliwienia. Nie zależało mu na ukończeniu szkoły. Nic nie dawały rozmowy z ojcem, który próbował przekonywać syna do wzięcia się za naukę. W końcu mężczyzna zabrał ze szkoły papiery Mariusza i przeniósł go do technikum. W 1981 roku Trynkiewicz ukończył szkołę. Nie powtórzył wyniku z podstawówki, ale poprawił swoje oceny i zachowanie w stosunku do ogólniaka. Nie wyróżniał się na tle kolegów ze szkoły. Był raczej zamknięty w sobie, niechętny do rozmów i uczestniczenia w życiu klasy. Nie miał kolegów i koleżanek. Po technikum trafił do wyższej szkoły pedagogicznej w Kielcach. W 1986 roku uzyskał absolutorium o specjalności nauczanie początkowe.

Nie obronił jednak pracy magisterskiej. Na uczelni Trynkiewicz również nie miał znajomych. Studenci określali go jako odludka. Niedługo później Mariusz Trynkiewicz rozpoczął pracę w szkole podstawowej jako nauczyciel. Prowadził też kółko fotograficzne. Aktywnie działał w Lidze Obrony Kraju, której był członkiem. Stworzył w jej ramach koło strzeleckie. Był lubiany przez swoich uczniów. Ich sympatię zdobył dzięki temu, że nie wprowadzał na lekcjach surowej dyscypliny, co było powszechne w tych latach. Chętnie wyjeżdżał z dziećmi na kolonie. Wyróżniał się na tle innych wychowawców innowacyjnym podejściem do organizowania podopiecznym wolnego czasu. Trynkiewicz zmieniał się nie do poznania, gdy prowadził obowiązkowe zajęcia w szkole.

Był powolny, małomówny, a nawet ponury. Nie tryskał energią i optymizmem, jak bywało to podczas zajęć poza szkolnymi murami. Nauczyciel często zapraszał uczniów do swojego domu. Dopytywał ich, czy rodzice wiedzą, gdzie się udali. Chłopcy lubili go odwiedzać, bo miał w swoim mieszkaniu wiele rzeczy, którymi mogli się zainteresować, m.in. gry planszowe, wiatrówkę czy akwarium z rybkami. Rodzice jednego z uczniów z niepokojem obserwowali jak dziecko cieszy się z wizyt u mężczyzny. W pewnym momencie, obawiając się złych intencji nauczyciela, zakazali chłopcu odwiedzin. Mariusz Trynkiewicz nie miał dobrych relacji z kobietami. Dopiero w czasie studiów nawiązał bliższy kontakt z jedną z koleżanek.

Była to jednak tylko przyjaźń, choć według kobiety mogła przerodzić się w coś więcej. Mimo, że spędzali ze sobą wiele czasu, to nigdy nie doszło między nimi do zbliżenia. Jak tłumaczyła dziewczyna, Trynkiewicz rozmawiając z nią był skryty, czasami wstydliwy, a nawet dziecinny. Mimo to podobał się jej. Gdyby zaproponował jej małżeństwo, to zgodziłaby się na nie. Trynkiewicz zamiast tego w końcu zerwał kontakt z kobietą. 2 września 1986 roku Trynkiewicz został powołany do odbycia służby wojskowej w Szkole Podchorążych Rezerwy. Niespełna 4 miesiące później ukończył szkolenie i 5 stycznia 1987 roku miał stawić się w jednostce wojskowej w Modlinie.

Po wejściu do środka przywiązał chłopca do krat okna. Wystraszone dziecko zaczęło głośno płakać, ale przestało, gdy bezwzględny Trynkiewicz uderzył je prosto w twarz. Mężczyzna zaczął wypytywać chłopca o to, gdzie są jego rodzice. W końcu po trzech godzinach wypuścił ofiarę na wolność. 27 stycznia, mimo przebywania na służbie wojskowej, Trynkiewicz samowolnie opuścił jednostkę wojskową i ponownie przyjechał do Włodzimierzowa. W tym samym celu, co wcześniej. Obezwładnił 14-letniego chłopca i przetrzymywał go w domku letniskowym przez kilka godzin. Podobnie jak wcześniej wypuścił dziecko na wolność. Tym razem nie uszło mu to na sucho.

Niedługo później został zatrzymany w domku letniskowym. Prokuratura Wojskowa oskarżyła go o popełnienie czynów lubieżnych na małoletnich. 6 maja 1987 roku Mariusz Trynkiewicz został skazany przez Wojskowy Sąd Garnizonowy w Łodzi na karę jednego roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Tym samym mężczyzna nie trafił za kratki, ale nie mógł przez rok pracować jako nauczyciel. Pozostawienie Trynkiewicza na wolności okazało się błędem. Miesiąc po usłyszeniu wyroku na jednorazowej przepustce pojechał do Piotrkowa Trybunalskiego odwiedzić rodziców. Dzień później, gdy czekał na pociąg powrotny, zauważył na dworcu dwunastoletniego chłopca.

Zagadał do niego, przedstawiając się jako trener piłki nożnej. Powiedział mu, że ma problem, bo jeden z jego rzekomych zawodników doznał kontuzji i nie ma kim go zastąpić. Zaproponował dwunastoletniemu Szymonowi, żeby to on wszedł na miejsce kontuzjowanego piłkarza. Chłopiec początkowo nie chciał się zgodzić. Zmienił zdanie, gdy usłyszał, że otrzyma za to pieniądze i piłkę. Trynkiewicz pojechał wraz z chłopcem do domku letniskowego we Włodzimierzowie. W środku zaczął szkicować postać dwunastolatka, co zdziwiło Szymona. Trynkiewicz nagle zagroził mu, że jeżeli się nie rozbierze, to nie wyjdzie z domku. Przerażony dwunastolatek zrzucił z siebie ubranie i położył się na tapczanie.

Po chwili poczuł na swoim ciele dotyk nowo poznanego mężczyznę. Chłopiec zdołał się sprzeciwić Trynkiewiczowi i zagroził mu, że o wszystkim powie milicji. To spowodowało, że mężczyzna wypuścił go z pułapki. Chwilę później Mariusz Trynkiewicz był już w rękach milicjantów. 4 marca 1988 roku Trynkiewicz ponownie stanął przed Wojskowym Sądem Garnizonowym w Łodzi. Sędzia skazał go na rok i 6 miesięcy pozbawienia wolności i zakaz wykonywania zawodu nauczyciela przez 3 lata. Odwieszony został również poprzedni wyrok, co oznaczało, że Trynkiewicz w więzieniu miał spędzić łącznie ponad 2,5 roku. Niespełna miesiąc później skazany opuścił jednak więzienne mury na 4 miesiące.

Sędzia uznał, że osadzony potrzebował leczenia neurologiczno-psychiatrycznego. Mariusz Trynkiewicz opuścił tymczasowo zakład karny i w sobotę wielkanocną przyjechał do rodzinnego domu. Marzył jednak, aby mieć swoje mieszkanie. W końcu jego babcia zgodziła się oddać mu swoje lokum. Szczęśliwy Trynkiewicz od razu zaczął urządzać własne M. Najbardziej zaskakujące było to, co mężczyzna zrobił z drzwiami wejściowymi. Zamontował dodatkowe zamki, aby mieć ich łącznie sześć. Na wewnętrznej stronie drzwi napisał w języku angielskim Mój dom jest moją twierdzą. Obok napisu powiesił tabliczkę, na której namalowany był tygrys z obnażonymi kłami.

Z prawej strony na bryłę zachodzącego słońca przysłoniętą zapaloną gromnicą najeżdżał jeździec na koniu. Na sobie miał skrzydła szatana lub anioła. Wystrój przedpokoju dopełniała namalowana czarną farbą podkowa z napisem szatan w języku angielskim. Trynkiewicz ozdobił również zewnętrzną stronę drzwi wejściowych, co nie uszło uwadze sąsiadów. Nie rozumieli, dlaczego mężczyzna zamontował dodatkowy wizjer, który i tak zakleił folią z rysunkiem imitującym kraty. Dziwiła ich też ozdobna deska pod klamką drzwi, na której widniały cztery ozdobne gwoździe tapicerskie. Nie mówiąc już o wizerunku końskiego łba, który również znalazł się na drzwiach.

Sąsiedzi skarżyli się również na głośną metalową muzykę dobiegającą z mieszkania Trynkiewicza. Mimo sądowego nakazu Mariusz Trynkiewicz nie podjął w tym czasie leczenia neurologiczno-psychiatrycznego. Nie przekonywały go argumenty rodziców. Zaprzeczał, że jest homoseksualistą, choć przyznał, że korespondował z mężczyznami o tej orientacji seksualnej. Często w listach przedstawiał się pseudonimem Maciej Górski. Trynkiewicz wymieniał listy nie tylko z dorosłymi mężczyznami, ale również z chłopcami w wieku 11-12 lat. Dzięki doświadczeniu pedagogicznemu potrafił nimi manipulować. Wiedział, jak zachowują się dzieci w tym wieku i jakie mają zainteresowania. Na wymianie korespondencji Trynkiewicz nie poprzestał.

Wziął ze sobą wiatrówkę i udał się w okolice jeziora Bugaj. Miejsca nie wybrał przypadkowo. W tamtym rejonie często można było spotkać chłopców łowiących rozwielitki, którymi karmi się rybki. Nie inaczej było tym razem. Trynkiewicz spotkał nad jeziorem dwóch chłopców, którym zaproponował dołączenie do Koła Strzeleckiego. Ci od razu się zgodzili. Następnego dnia spotkali się z mężczyzną. W jego mieszkaniu podpisali oświadczenia o zachowaniu w tajemnicy wszystkiego, czego się dowiedzą i co będą robić. Trynkiewicz odebrał od nich dane personalne, a także poprosił o informacje o ich rodzicach. W czasie wizyty chłopcy mogli postrzelać z wiatrówki do specjalnej tarczy.

Na kolejne wizyty przychodził już tylko jeden z chłopców. Podczas nich Trynkiewicz przeprowadzał specyficzny trening. Chłopiec musiał przebierać się w strój gimnastyczny. Spodenki zakładał będąc jeszcze we własnym domu. Rozgrzewka przed treningiem polegała na masowaniu przez Trynkiewicza łydek i ud chłopca. Podczas ostatniej wizyty dorosły mężczyzna zaproponował dziecku rozebranie się do naga. Chłopiec sprytnie wybrnął z tej oferty, odpowiadając, że rozważy taką formę zajęć w domu. Nigdy więcej nie pojawił się w mieszkaniu Mariusza Trynkiewicza. Mężczyzna nie ustawał w polowaniach na chłopców. Zawsze robił to w ten sam sposób, zachęcając do dołączenia do Koła Strzeleckiego.

Gdy dochodziło do spotkania, wyciągał od nich dane personalne i odbierał oświadczenia o obowiązku zachowania tajemnicy. Trynkiewicz pozwalał sobie na coraz więcej. Zawiązywał dzieciom opaskę na oczy, zaciskał paski na ich mięśniach i w końcu nakazywał im rozbierać się do naga. Gdy do tego dochodziło, onanizował się i obmacywał chłopców. 4 lipca 1988 roku Mariusz Trynkiewicz po raz pierwszy zabił. Około godziny 14 wyszedł z mieszkania i poszedł odpocząć nad jeziorem Bugaj. Dobra pogoda skłoniła wielu mieszkańców do kąpieli w wodzie czy łowieniu ryb. Trynkiewicz spośród nich wypatrzył samotnego chłopca.

Nawiązał z nim rozmowę w dobrze sobie znany sposób. 13-letni Wojciech Pryczka ucieszył się na myśl, że będzie mógł postrzelać z broni. Poszedł wraz z mężczyzną do jego mieszkania. Trynkiewicz tradycyjnie załatwił z chłopcem formalne sprawy. Skłonił go również do napisania listu do swojej matki. – Kochana mamusiu, jestem w bezpiecznym miejscu z ogłoszenia i zarabiam trochę pieniędzy i niedługo wrócę – brzmiała wiadomość. Jak później Trynkiewicz wyjaśnił w sądzie, zjadł z chłopcem kolację, a po niej udusił go. Zrobił to, bo Wojtek miał nagle zacząć krzyczeć. Mężczyzna tłumaczył, że być może przestraszył się jego wzroku. Aby uciszyć trzynastolatka, postanowił wepchnąć mu gąbkę do ust, a następnie zacisnąć dłonie na jego gardle.

Czekać spokojnie do 15 sierpnia 1988 roku. Jeżeli MO zawiadomione, odwołać. Grzybek za mostem obok strzelnicy wierzeje w Piotrkowie, brzmiał anonimowy list napisany przez Trynkiewicza. Zawierał błędy ortograficzne, o które trudno byłoby posądzić nauczyciela. Żądanie okupu mężczyzna wysłał do matki Wojtka wraz z kosmykiem włosów chłopca. Oba listy, od Wojtka i anonim, miały w zamyśle Trynkiewicza uspokoić matkę ofiary i zmniejszyć czujność milicji. Rodzina chłopca zgłosiła jego zaginięcie na milicję już następnego dnia po tym, jak trzynastolatek nie pojawił się w domu. Po kilku dniach matka Wojtka odebrała listę od syna i anonim.

Funkcjonariusze zastawili pułapkę. Po okup nie zgłosił się jednak morderca, a przyrodni brat Wojtka. Trynkiewicz z łatwością ograł służbę. Ciało Wojtka wywiózł na motocyklu marki Jawa do lasu za dzielnicą Wierzeje. Tam ukrył je w naturalnym zagłębieniu. 29 lipca 1988 roku Trynkiewicz dopuścił się kolejnych morderstw. Wiedział, że zostały mu ostatnie dni na wolności, które przysługiwały mu w ramach przerwy w odbywaniu kary. Być może to spowodowało, że nie miał oporów pozbawić życia trzech chłopców. 11-letni Tomek Łojka i 2 i 12-latkowie Artur Kawczyński i Krzysztof Kaczmarek udali się tego dnia nad jezioro Bugaj.

Był upalny dzień, więc najlepszym zajęciem dla chłopców była kąpiel w orzeźwiającej wodzie. Na ich nieszczęście nad jezioro przyjechał motocyklem również Mariusz Trynkiewicz. Nawiązał kontakt z chłopcami w znany sobie sposób. Szybko przekonał ich, żeby przyszli do jego mieszkania. Włączył muzykę i poprosił chłopców, aby czuli się u niego jak w domu. Tak też zrobili. Grali w gry, oglądali papużki w kuchni, w końcu usiedli na krzesłach i zaczęli między sobą rozmawiać. Jak później Trynkiewicz wyjaśnił śledczym, nagle poczuł się pobudzony. W tego typu sytuacjach zwykł przyjmować środki uspokajające. Tym razem tego nie zrobił. Dlaczego? Jak sam powiedział, gdyż w różny sposób osoby reagują na przyjmujących lekarstwa.

Zamiast wziąć leki, wolał wypić prawie cały półlitrowy garnuszek zimnej wody. Gdy chłopcy oznajmili, że zaraz będą musieli iść już do domu, Trynkiewicz chwycił leżący na biurku nóż myśliwski i bez opamiętania zaczął zadawać ciosy siedzącym na krzesłach chłopcom. Ciosy te zadawałem po kolei, w każdego z chłopców, w sposób chaotyczny. Uważam, że ciosów tych zadałem dużo. Liczby ich nie jestem w stanie określić. Czas zadawania ciosów mógł trwać do jednej minuty, mówił milicjantom Trynkiewicz tuż po zatrzymaniu. W późniejszych wyjaśnieniach Trynkiewicz będzie utrzymywał, że w momencie ataku chłopcy cały czas siedzieli na krzesłach, nie uciekali. Okoliczności tej zbrodni będą długo tematem niekończących się dyskusji i analiz.

Czy Trynkiewicz sam byłby w stanie zabić w ten sposób trzech chłopców? A może ktoś mu pomagał? Sąsiadka z tej samej klatki schodowej usłyszała przeraźliwy krzyk dziecka, które wołało – ludzie, ratunku, ratunku, ratunku! Głos chłopca szybko się urwał. Dobiegł jednak do ludzi siedzących pod blokiem. Nikt nie podjął jednak żadnego działań. Trynkiewicz przez kilka kolejnych godzin pakował zwłoki chłopców. Użył do tego foliowych toreb, ręczników, poszew i prześcieradeł. O 17 musiał przerwać pakowanie zwłok. Miał zaplanowaną wizytę u rodziców. Umył się z krwi i wyszedł z domu. Wrócił dość szybko, ale jedynie zażył leki uspokajające.

Gdy to się działo, zwłoki chłopców cały czas leżały w piwnicy. Trzy dni później Trynkiewicz pojechał do Łodzi na rozprawę w sądzie wojskowym. Po czterech miesiącach przerwy Trynkiewicz miał wrócić za kratki. Tak się jednak nie stało, bo sąd garnizonowy nieoczekiwanie przedłużył mu ten okres. Chodziło o dalsze leczenie? Otóż nie. Trynkiewicz oświadczył przed sądem, że odbył już leczenie amulatoryjne i za kilka dni miał przestać brać leki. Dodał jednak, że prosi o przerwę w odbywaniu kary więzienia, bo musi opiekować się chorą matką. Wyjaśniał, że kobieta cierpi na zaawansowaną jaskrę i poważną chorobę serca. Jak twierdził, jej stan zdrowia się pogorszył i pojawiło się ryzyko utraty wzroku oraz zawału serca.

W najbliższym czasie matka Trynkiewicza miała mieć zaplanowaną operację w warszawskiej klinice. Sąd przyjął wyjaśnienia skazanego i 2 sierpnia 1988 r. udzielił mu przerwy, aby mógł opiekować się swoją matką w chorobie. Wówczas nikt nie zdawał sobie sprawy, że Trynkiewicz pozbawił życia czterech chłopców. Morderca po rozprawie wrócił do swojego mieszkania. Sprawdził, czy w piwnicy dalej leżały zwłoki chłopców. Nikt jednak nie zainteresował się, co znajduje się w pomieszczeniu Trynkiewicza. Wieczorem kolejnego dnia podjął decyzję o wywiezieniu zwłok z piwnicy. W nocy z 3 na 4 sierpnia samochodem marki Wartburg, który należał do jego ojca, przetransportował ciała chłopców do lasu w pobliżu wsi Koło.

Mieszkańcy Piotrkowa byli wstrząśnięci okolicznościami zbrodni. Gdy ojciec Trynkiewicza dowiedział się, że w lesie ujawniono zwłoki dzieci, od razu udał się do syna. Bał się, że Mariusza szybko odwiedzą milicjanci ze względu na to, że w przeszłości został skazany za przestępstwo na dzieciach. Ojciec poprosił syna, żeby wyrzucił wszystkie noże z domu. Ten postanowił je ukryć w mieszkaniu. W domu Trynkiewiczów często rozmawiano o popełnionej zbrodni. Gdy rodzice stwierdzili, że za brutalnym morderstwem mogą stać sataniści, Mariusz nerwowo reagował. Zaprzeczał istnieniu sekty. Do rozwiązania sprawy została powołana specjalna grupa operacyjna. Funkcjonariusze sprawdzali wszystko, co miało związek z przestępstwami na nieletnich.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.