Mentionsy Mentionsy
Mapa zbrodni. Przestępstwa analogowego świata
Mapa zbrodni. Przestępstwa analogowego świata

Sprawa Profesora Tarwida,  czyli Toksyczna Miłość 

25.11.2025 ·35 min 48 s

Dzisiejsza trasa prowadzi nas do połowy lat 50. i komunistycznej Polski, w samo serce toksycznej relacji, w której główną rolę odegra miłosna… chemia. Styczeń roku 1955, nie żył już na szczęście Towarzysz Stalin, ale w ostatnią podróż do Moskwy nie udał się jeszcze Bolesław Bierut.  Warszawa, Nowy Świat, godziny wieczorne... co wydarzyło się w mieszkaniu uznanego chemika i jego młodszej, drugiej już żony. także chemiczki. Fatalna pomyłka, samobójstwo, czy zaplanowana misterna zbrodnia? Jaką w tej historii rolę odgrywają muchy i muszki?  Opowiedzą Państwu Marcel Woźniak i Grzegorz Kalinowski 

Oczywiście Kazimierz Tarwid ląduje na milicji, a jego żona w chłodni. Zaraz rozpocznie się śledztwo i pytania rodem ze Stanisława Lema, skąd w domu wziął się cyjanek. No a no stąd, że Tarwid ma go pod ręką na Wydziale Ekologii Uniwersytetu Warszawskiego. Znany jest jako badacz mufówek, tworzy tzw. zatruwaczki na owady, to też będzie istotne za chwilkę. Miało ponoć mu zabraknąć cyjanku w jego zakładzie, a że jak wspomnieliśmy jest to związek operty na chemii, jego małżonka również chemią się para, to też poprosił ją, aby ona ze swojego laboratorium przyniosła słoiczek z tą samą substancją. Zwyczajna, normalna wymiana małżeńskich przysług.

Wiemy więc, skąd się wziął Cyjanek w domu małżeństwa Chemików. Wiemy, że profesor miał go wziąć na zajść ze sobą na wyjazd. A gdzie był Kazimierz, kiedy Teresa łykała Cyjanek? Ukazuje się, że Kazimierza miało nie być w domu. Otóż po wyjściu gości, tych wspomnianych profesorów, sam wybrał się był do swojej matki, która ponoć chciała z nim się rozmówić na stronie odnośnie do jakichś finansów. No i według jego wersji zdarzeń, kiedy wrócił do domu, troszkę później niż planował, drzwi były zamknięte. Od środka. Wyjął więc swój zestaw kluczy, odkluczył, wszedł do mieszkania. Dzieci już spały, swoje kroki skierował więc do sypialni i tam miał znaleźć nieprzytomną żonę Teresę leżącą na kanapie.

Badają hipotezy o samobójstwie, ale i tu Kazimierz Tarwid zaprzecza, że ona była szczęśliwa i nie miała powodów, by targnąć się na swoje życie. Pozostaje zatem nieszczęśliwy wypadek, ślepy los, roztargnienie, łyknięcie nie tej pastylki. Jeśli bowiem Teresa pokazywała gościom, co potwierdzili podczas upiornej skądinąd zabawy, jak upchnąć sproszkowany cyjanek do kapsułki, to co się stało z ową kapsułką? Sąd przychyla się do tej wersji. Opinia prokuratury brzmi. Okoliczności śmierci Tarwidowej nie zostały wyjaśnione mimo wyczerpania wszystkich środków zmierzających ku temu i brak jest dostatecznych dowodów. Sprawcą śmierci był Kazimierz Tarwid i w związku z tym postępowanie należy umorzyć.

Ale jak było naprawdę? To miał ustalić dopiero sąd. 11 września 1956 roku śledztwo zostaje wznowione, a Tarwid tymczasowo aresztowany i skierowany na długie badania psychiatryczne. W ich trakcie zostanie odkryte przez psychiatrów, że Tarwid jest osobnikiem psychotycznym, który jednak miał mieć świadomość tego, co robi, być może w trakcie feralnej nocy 21 stycznia. Nie to jednak staje się podstawą aktu oskarżenia, a opinia biegłego farmaceuty. Bo odpowiadając na zadane wcześniej pytanie, tak stwierdzono, że zgon Teresy Biesiekierskiej nastąpił od zatrucia cyjankiem. Ale badania wątroby wykazały, że ilość substancji jaką musiała przyjąć Teresa była większa niż to, co znajdowało się w owym słoiczku.

Tutaj odsyłamy znów do kryminałów Stanisława Lema, bo to doprowadziło sąd do konkluzji, że zabił ją nie tylko ten cyjanek, który był w domu, ale też jakiś inny cyjanek, który musiałby być w tym domu, bo ilość tego cyjanku w jej organizmie była większa niż ten, który był w owym słoiku, a zatem ktoś musiałby ten cyjanek do domu dostarczyć, do domu pod adresem Nowy Świat 52. I dlatego po wysłuchaniu biegłych 27 maja 1957 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Kazimierza Tarwida, profesora Kazimierza Tarwida na 15 lat bezwzględnego więzienia.

Będą się jednak Państwo sądzą, że to koniec. Zapowiadaliśmy na początku, że to historia procesu trwającego 5 lat, a minęło przecież dopiero 2,5 roku. To półmetek. Obrońcy Tarwida nie dają za wygraną. 1 lutego 1958 r. udaje się przekonać Sąd Najwyższy, a więc wyższą instancję, aby ponownie zbadano sprawę, aby np. wzięto pod mikroskop nie tylko wątrobę, ale i żołądek dynatki. A jak wiadomo, to tamtędy wjedzie droga do serca, chociaż nie wiem, czy dowiedziono, że także przez żołądek może wjeść droga do zemsty i złamanego serca. Realizator Andrzej znów na nas patrzy czujnym okiem zza szyby, ale drodzy Państwo, między miłością a zbrodnią zapewniamy, granica jest naprawdę bardzo cienka.

Otóż okaże się podczas eksperymentu procesowego, że tego cyjanku w tej kapsułce dałoby się wsadzić dużo, dużo więcej. I tym samym legła w gruzach teoria, że profesor Tarwid musiał zdobyć dodatkową porcję trucizny z innego źródła, by upozorować samobójstwo żony. Okazało się, że to, co miało go pogrążyć, zaczęło przemawiać na jego korzyść i teraz sąd, który wcześniej odrzucał wersję o samobójstwie, uznał ją nie tylko za możliwą, ale wręcz za prawdopodobną. Czy popełniłaby samobójstwo, mając dwie córeczki i męża? A może chodziło o zazdrość? Kazimierz wyszedł, a ona musiała zostać dzieckiem. Dopiero co pierwsza z córeczek wymagała opieki bytności Teresy w domu, a zaraz potem zjawiło się na świecie drugie dziecko.

12 stycznia 1960 roku profesor Kazimierz Tarwid zostaje uniewinniony przez Sąd Najwyższy. Będzie jeszcze rewizja tego wyroku przez prokuratora generalnego, ale ona nie zmieni losu profesora. Przypominam sobie książkę Listy do Pani Z. Kazimierza Brandysa poświęconą między innymi temu właśnie procesowi. Nic dziwnego, chemiczna zagadka miłosna przeszła do historii polskiego sądownictwa. Posłuchajmy, co pisał Włodzimierz Dzięciołowski w piśmie Palestra w roku 1966, odwołując się do wspomnianego Brandysa. Odrębność ocem sądów jako specyficznej grupy społecznej wyraża się chyba najjaskrawiej w wypadkach, kiedy w procesie karnym można ująć nagromadzony materiał w dwa różne warianty.

Jeden przemawiający za tezą oskarżenia, drugi za uniewinnieniem, przy czym każdy z nich wykazuje takie same walory logiki i prawdopodobieństwa wydarzeń. Orzecznictwo i literatura opisując tego rodzaju sprawy uwypuklają Sam fakt istniejących sprzeczności i ciężar gatunkowy dowodów nie zajmują się jednak zagadnieniem dlaczego sędzia skłonił się w stronę aktu oskarżenia z pominięciem zasady domniemania niewinności oskarżonego. Tematem tym zajął się Kazimierz Brandys opisując proces profesora Tarwida. Podkreśla on słusznie, że sądy w sytuacjach, w których powinny powiedzieć nie wiem i uniewinnić oskarżonego wymierzają na ogół łagodne kary tworząc jakby nowe pojęcie winy wyobrażeniowej.

Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.