Mentionsy Mentionsy
KrymiKrąg
KrymiKrąg

PROROCTWO - DANUTA MATUSIK | KrymiKrąg | #111

11.08.2025 ·33 min 25 s

Był początek marca 2000 roku. W mroźne, zimowe popołudnie Rybnik zdawał się tonąć w ciszy. Danuta Matusik — 39-letnia sprzątaczka szkolna, matka czworga dzieci — szykowała się do kolejnej zmiany w Zasadniczej Szkole Zawodowej. Jak zwykle dotarła do pracy, by rozpocząć dyżur około południa i zakończyć go późnym wieczorem.Tamtego dnia, po uprzątnięciu pomieszczeń, już wieczorem, wyszła na zewnątrz wyrzucić śmieci. Minęło zaledwie kilka minut, a jej współpracownicy zaczęli się niepokoić. Nie było jej ani na korytarzach, ani na terenie szkoły. Dopiero później, w pobliżu szkolnego śmietnika, odnaleziono jej ciało. Mimo intensywnych działań, w maju 2001 roku postępowanie zostało umorzone. Sprawa wstrząsnęła mieszkańcami miasta. Kilka tygodni później niemal tysiąc osób, głównie młodych, przemaszerowało ulicami Rybnika w milczącym, czarnym marszu, domagając się sprawiedliwości i większego bezpieczeństwa.Dodatkowym, niepokojącym elementem tej historii była tajemnicza przepowiednia. Nikt wówczas nie potraktował tego poważnie. Dopiero wydarzenia z marca 2000 roku sprawiły, że przepowiednia zmieniła się w proroctwo.Patronitehttps://patronite.pl/krymikragMateriały źródłowe:https://docs.google.com/document/d/1d8hyIxv2tAZfDaSL0vkqYUV_ZD8wYogMHsC-83CuqCw/edit?usp=sharingPOLUB ❗ SKOMENTUJ ❗ SUBSKRYBUJ

Ten odcinek powstał m.in. dzięki wsparciu Ogni w Krymikręgu na Patronite. Dołącz do nich już teraz na patronite.pl ukośnik krymikrak i stań się częścią tego projektu. Zostań moim patronem. Danuta była kobietą spokojną, małomówną, ale pogodną. W życiu prywatnym od 1982 roku żona, a później także mama czwórki synów, w życiu zawodowym pani sprzątająca w zasadniczej szkole zawodowej w Rybniku. Rodzina Matusików od 1986 roku mieszkała w jednym z wieżowców w Rybniku. Żyli dość skromnie, chociaż starali się to wszystko spinać. Na pewno nie bez znaczenia pozostawał fakt nieszczęśliwego wypadku męża Danuty, Widolda. Mężczyzna pracował przy robotach drogowych na niewielkim dźwigu przenoszącym materiały budowlane aż do 1990 roku.

Zgodnie z wersją, którą na własne potrzeby przyjęła prokuratura, życie Danuty i Witolda po wypadku miało wyglądać następująco. Witold miał świadomość, że jego stan zdrowia, fakt niemożności podjęcia stałego zajęcia nie ułatwia. Próbował co prawda wspomagać żonę, podejmował się różnych prac dorywczych, ale okazywało się to niewystarczające. Być może z frustracji, a może z racji czasów, w których przyszło im żyć, środowiska i stylu życia, który wielu mężczyzn wówczas praktykowało, Witold miał zacząć pić. Jak można się domyślać, ten fakt miał nie być obojętny dla życia rodzinnego i małżeńskiego. W domu przestało być spokojnie, Danuta i Witold często się kłócili, ewidentnie ich życie zaczęło się rozpadać. Tak mijały kolejne tygodnie, potem miesiące, Witolda pochłaniały zakrapiane spotkania, Danuta trwała, dzieci czekały na cud.

Postanowił wrócić do domu. Wypisał się na własną rękę na tak zwane żądanie. Danuta nie była tym faktem uszczęśliwiona. Wiedziała, że ze zdrowiem nie ma co i grać, a że atak był poważny, jej zdaniem mąż powinien zadbać o siebie i zostać w szpitalu. Niewykluczone, że mogło jej zależeć na wydłużeniu czasu spokoju, bez kłótni i upojenia, niemniej to, że Witold opuścił szpital było kolejnym powodem do awantury. Sytuacja między małżonkami była napięta, nie potrafili się dogadać, nikt nie chciał odpuścić. Witold twierdził, że nic mu nie jest. Danuta miała mu zasła, że nie chciał zostać w szpitalu. Zgodnie z wersją prokuratury dotyczącą wspólnego życia małżonków, 2 marca 2000 roku sytuacja w jej domu w ogóle się nie poprawiła. Witold zachowywał się jak zwykle.

Danuta była zła, poddenerwowana również tym, że mąż postanowił opuścić szpital. Mimo konfliktu, niechęci i zmęczenia codziennością, Danuta realizowała wyznaczone na konkretne dni cele. Czwartek 2 marca był jej dniem pracującym, zazwyczaj rozpoczynała pracę o godzinie 12, kończyła o 20. Tego dnia wstała jak zwykle, ogarnęła to, co było do ogarnięcia, wyszukowała się do pracy, m.in. przygotowując ubrania, posiłek dla dzieci i jedzenie, które chciała ze sobą zabrać. Wyszła z domu o tej porze co zwykle. Jej rutyna niczym nie różniła się od tego, co robiła w inne dni. No może poza jednym. Tego dnia Witold jej mąż zaproponował, że odwiezie ją na przystanek autobusowy. Tak najprawdopodobniej chciał poprawić sytuację, może wynagrodzić.

Nadal nie rozmawiali normalnie. Podczas podróży wymienili kilka zdań, ale nie były one ani przełomowe, ani nad wyraz serdeczne czy troskliwe. Pożegnali się z dawkowym słowem cześć. W czwartek 2 marca, jakąś chwilę po dotarciu do miejsca pracy, czyli do szkoły, Danuta zrobiła coś, czego nie robiła nigdy. Opowiedziała o swojej sytuacji rodzinnej koleżankom z pracy, dziewczynom, które nie były jej przyjaciółkami, od znajomych jak ich wiele. Danuta skupiła się na mężu. Miarka się przebrała. Mimo, że wcześniej tego nie robiła, tego dnia Danuta chciała rozmawiać, zwierzyć się ze swoich obaw, trosk, problemów z mężem. Opowiadała o tym, jak wygląda jej życie, jaką rolę odgrywa w nim Witold, co ją boli, co uwiera, co sprawiło, że w ogóle pojawił się taki temat.

Nie wiem, czy uzyskała jakąkolwiek poradę. Niemniej czasem tak jest, że wystarczy chwila wysłuchania, moment skupienia bez zbędnych słów i obietnic lepszego jutra. Danutę pochłonęły jej obowiązki zawodowe. Być może przez wielu uważane za obłaczające, może i znieważające, a w gruncie rzeczy tak bardzo niedoceniane i tak bardzo potrzebne. Dzień w pracy przebiegał tak, że nie miała ani na co narzekać, ani czym się radować. Dzień jakich wiele. Pochłonięta swoimi obowiązkami, być może nie od razu zauważyła siedzącą na korytarzu Kasię. Może nie usłyszała pukania do głównych drzwi szkoły, a pukało dwóch młodych mężczyzn, którzy chcieli wiedzieć, czy druga klasa jest już po lekcjach. Usłyszeli, że zajęcia trwają do 19, choć miały skończyć się kwadrans wcześniej i że uczestniczyła w nich zupełnie inna klasa.

W sali lekcyjnej siedzieli uczniowie klasy trzeciej. Mniej więcej w tym samym czasie na jednym ze szkolnych korytarzy siedziała Kasia. Mimo, że mogłaby już wrócić do domu, to nie chciała tego robić w pojedynkę. Czekała na swojego chłopaka, który miał ją odwieźć pod sam dom. Dziewczyna się bała. Potrzebowała wsparcia, obstawy, bo nie czuła się bezpiecznie. Wcześniej zaczepiali ją jacyś chłopacy. Samotny powrót do domu o zmroku mógł być ryzykowny. Nastolatka siedziała nieopodal szkolnej portierni. Widziała Danutę. Zamieniły nawet kilka zdań. Kasia widziała, jak Danuta zmywa podłogę, że idzie wylać wodę z wiaderka z zamiarem nalania czystej, że zabiera worki ze śmieciami z dwóch koszy, a następnie idzie w stronę drzwi wyjściowych, najpewniej po to, by wyrzucić je do kontenerów przy budynku szkoły.

Chwilę po wyjściu Danuty Kasia również postanowiła opuścić szkołę. Wyszła kilka minut po niej, ale wróciła. Zapomniała butów. Po wyjściu ze szkoły szła w konkretnym kierunku. Zmierzała do malucha, czyli Fiata 126P, którym podjechał jej chłopak. Podczas tego jakże krótkiego spaceru wydarzyło się coś, co ją zaniepokoiło. Ktoś krzyknął, ej ty! Ale ona nie odpowiedziała. Jedyne co zrobiła, to przyspieszyła kroku. Chciała jak najszybciej znaleźć się w ciepłym i bezpiecznym maluszku swojego chłopaka. Odjechali spod szkoły około godziny 19.25. Z tego co uda się ustalić w późniejszym czasie wynika, że poza tym, że Danuta chciała wyrzucić śmieci, miała jeszcze zakręcić wodę w całym budynku. Zawór znajdował się w piwnicy. Nie wiem czy jest to standardowa praktyka, czy tak się robiło na początku laty 2000.

Jeśli wiecie coś więcej, podzielcie się tym proszę w komentarzu. Niemniej zarówno wyrzucenie śmieci, jak i zakręcenie wody powinno jej zająć nie więcej niż 5 minut. Gdyby jednak z jakiegoś powodu się to przeciągnęło, to wszystkie czynności nie zajęłyby jej więcej niż 10 minut. Ponieważ 39-letnia Danuta nie wracała przez dłuższy czas, jej koleżanki, doskonale znające specyfikę pracy i czas wykonywania konkretnych zadań, zaniepokoiły się jej nieobecnością. Zaczęły jej szukać, sprawdziły wszystkie korytarze i sale, w których Danuta mogłaby być, Ponieważ jej nie znalazły, wyszły na zewnątrz. To, co je zaniepokoiło, to śmieci rozrzucone w okolicy kontynerów na asfalcie. Nie wróżyło to niczego dobrego, tym bardziej, że Danuta wyszła ze szkoły m.in. po to, by wyrzucić worki zgromadzonych w szkolnych koszach śmieci.

Zastany widok tak bardzo zaniepokoił jej współpracownicę, że jedna z nich postanowiła wezwać pomoc. Zanim jednak odpowiednie służby dotarły na miejsce, poinformowany o obawach koleżanek z pracy Danuty mąż jednej z nich pojawił się w pobliżu szkoły. Miał za sobą latarkę, poza nim na miejscu pojawił się też zięć jednej z pań. Akcja poszukiwawcza nie trwała długo. Ciało Danuty, jej twarz była nie do poznania. Ktoś skumulował na niej cały swój gniew. Miała rany w okolicy oczu, gdy ją odnaleziono leżała na plecach. Ten fakt potwierdzili świadkowie, technik natomiast uwiecznił na zdjęciach. W chwili odnalezienia miała rozciągnięte ręce i otwarte oczy, które pustką spoglądały w niebo. Nieopodal ciała leżały klucze z napisem piwnica.

Zabezpieczono je do badań, ale nie było na nich żadnych śladów. Na miejscu pojawiły się służby z psem tropiącym. Pies podjął trop dwukrotnie, ale za każdym razem go gubił. Wraz ze służbami niemal natychmiast zjawiły się tam także nad wyraz zainteresowane rozwojem sytuacji tłumy gapiów. Każda z tych osób chciała widzieć i wiedzieć. Służby przystąpiły do standardowych czynności. W sali numer 225 znaleziono rzeczy należące do Danuty Matusik. Był tam jej płaszcz i torebka, w której zabezpieczono pieniądze, perfumy, szminkę, lakier do włosów, a także relikt przeszłości, czyli książeczkę ubezpieczeniową jej dzieci. Służby próbowały poznać okoliczności. Wiadome było, że Danuta była spokojną kobietą, żoną, matką i współpracownicą, nie szukającą konfliktów jej właśnie ani z przypadkowo spotkanymi osobami, ani ze znajomymi.

Nic nie wskazywało na to, że miała otwarty konflikt, jakąś niewyjaśnioną sprawę. Nic poza tym, co działo się na jej własnym podwórku. Bardzo szybko wyszło na jaw, że Danuta nie miała wrogów, ale równie szybko śledczy otrzymali informacje o relacji z mężem. Uwzględniając zebrany materiał dowodowy i statystyki, Nie wykluczyli go z kręgu podejrzanych. A statystyki mówią jasno. Najczęściej innymi okazują się najbliżsi. Już po godzinie 20 do mieszkania rodziny Matosików zapukała policja. Funkcjonariusze poinformowali o tym, że Danuta nie żyje. Jej bliscy, również mąż, przeżyli szok. Ostatnie, czego mogliby się spodziewać. Wyparcie, brak zgody, niedowierzanie. Witold miał zapytać, co się właściwie stało. Nie dostał odpowiedzi.

Jest to zrozumiałe, w tamtym momencie uważano go za głównego podejrzanego i każde słowo funkcjonariuszy i informacje przekazane w przepływie chwili mogłaby zaburzyć dalszy przebieg śledztwa, utrudnić, a może i uniemożliwić poznanie szczegółów. Witold został zatrzymany. W tym samym czasie, w którym bliscy Danuty próbowali zrozumieć, co się właściwie stało, funkcjonariusze przeszukiwali dom rodziny Matusi. Nie znaleźli jednak niczego znaczącego dla sprawy, ale zabrali ze sobą Witolda. Jego stan trzeźwości umożliwił im podjęcie kolejnych czynności. Co istotne, to jak mogło wyglądać życie rodziny Danuty po wypadku męża, o tym, że miała tak poważne problemy w małżeństwie, bo mąż popijał i w pewnym momencie mogło dojść do kłótni, która wymknęła się spod kontroli, było interpretacją prokuratora.

Witold był szczególnie zainteresowany tym ptactwem. On i jego kolega mieli dwa gołębniki. Witold wrócił do domu około godziny 19.30, wyszedł jeszcze na chwilę, zapomniał czegoś z samochodu. Nie było go 10 minut. Pewnym jest, że mąż Danuty nie ma nic wspólnego z tym, co się wydarzyło. Wykluczono go z kręgu podejrzanych. Przebieg ataku na Danutę był wyjątkowo dynamiczny. Wyniki przeprowadzonej autopsji wskazywały na 115 ran, w tym 48 ran głowy, 36 ran szyi, 15 ran klatki piersiowej, 16 odkryto na innych częściach ciała. Ustalono, że narzędziem przestępstwa był scyzoryk lub nóż o krótkim ostrzu. Niestety, żadnego z wymienionych przedmiotów nie udało się odnaleźć.

Wyniki autopsji wskazywały bezsprzecznie, że Danuta próbowała się bronić i uciekać, o czym świadczyły ślady na jej plecach. Złoty łańcuszek na jej szyi pozostał nietknięty. Dzień po tragedii emanuje refleksją, ciszą, zadumą. W kolejnych dniach natomiast pojawiły się nowe informacje. Okazało się, że dwa dni po ataku jedną z fryzjerek przy ulicy Zebrzydowickiej zaczepił nieznajomy. Miał pytać o Kaśkę. Nieśmiało przypomnę, że dziewczyna o tym samym imieniu obserwowała postęp prac Danuty w zasadniczej szkole zawodowej w Rybniku. Wspomniana fryzjerka była zaskoczona takim pytaniem, ponieważ nikt o imieniu Kasia z nią nie pracował. Usłyszała odpowiedź, co ty ciularz widziałem ją dziś rano.

Dotarł tam po wszystkim. Po rozmowie z nim, ustaleniu faktów, potwierdzeniu jego wersji stwierdzono, że nie ma żadnych podstaw do tego, by ograniczać mu wolność. Został wypuszczony i oczyszczony z wszelkich zarzutów. 12 marca pojawiły się kolejne informacje. Policjanci odebrali telefon od anonimowej osoby, od której usłyszeli, że najpewniej winni są ci, którzy pobili Witolda, męża Danuty. Rozmówca wskazał, że te dwa zajścia mogą, a nawet mają ze sobą wiele wspólnego. Mudrowi podjęli trop, ale ustalenia nie doprowadziły do przełomu. W takim zawieszeniu minęły kolejne dwa miesiące. Nadal brakowało informacji, ale wydarzyło się coś, co chyba wszystkim było potrzebne. W geście solidarności, braku zgody i proteście przeciwko takim zdarzeniom uczniowie szkoły, w której Danuta pracowała, przeszli się ulicami miasta w ramach Czarnego Marszu.

Zaprosili do uczestnictwa także inne placówki edukacyjne. Uczniowie nieśli ze sobą czarne kwiaty z papieru i transparenty z ręcznie wypisanymi hasłami Nie będziemy bierni, bezpieczna szkoła. W marszu szli także bliscy Danuty, a na czele stanął jej mąż Witold. Przestępstwo określił dziełem szaleńca, którego zdecydowanie nie powinien oglądać. Tak mu doradziła lekarka wykonująca autopsję. Wiscy Danuty bardzo przeżyli to, co się stało, zapewne przeżywają to do dziś. Na Witolda spadła trudna rola, ojca, który musi wychować czterech synów sam. Dzieci, gdy straciły mamę, były bardzo małe. Problemy finansowe, problemy zdrowotne, to wszystko było codziennością rodziny. Co prawda Witold otrzymał odszkodowanie, które mogło trochę ułatwić.

Dzieciom kupił komputer i wieżą stereo, wymienił też samochód na nowszy. Pieniądze może i pomogły, ale rana chyba nigdy się w pełni nie zabliźniła. Uczniowie, pracownicy szkoły, nauczyciele też mieli prawo się bać. Wiele wskazywało na to, że Danuta była przypadkową ofiarą, a dopóki sprawca lub sprawcy korzystali z wolności, nikt nie mógł wykluczyć opcji, że historia zatoczy koło, bo winny zechce powtórzyć swój czyn. Podobno tak jest, że gdy ktoś w tym zasmakuje, trudno będzie mu sobie odmówić emocji, doznań, może nawet euforii. Nie bez powodu mówi się, że kto raz przekroczył tę nieprzekraczalną granicę, będzie zdolny zrobić to znowu. W kolejnych miesiącach o sprawie Danuty przycichło.

Był nawet moment, w którym mogło wydawać się, że wszystko stanęło w miejscu. W sierpniu 2000 roku w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie powstała opinia opisująca potencjalnego sprawcę. Z profilu wynikało, że należy szukać mężczyzny z wykształceniem podstawowym. Człowieka, który charakteryzuje się najwyżej przeciętną inteligencją, pochodzi z rodziny o niskim statusie społecznym, zaniedbanego, niedbającego o swój wygląd, znającego okolicę o niewielkiej przewadze fizycznej. Niewykluczone, że korzystającego z nielegalnych środków, których za życie mogło skutkować pobudzeniem i wyzwoleniem w postaci ataku. Określono też, że w kontekście historii Danuty atak był spontaniczny, niezaplanowany, raczej nie miał związku z kłótniami i waśniami z przeszłości. I choć podjęto starania z wiarą, że to przyniesie oczekiwany efekt, to przyznacie sami, że jest to opis, w którym mogłoby się przejrzeć mnóstwo ludzi.

Obaj trafili do tej samej celi. Co ciekawe, Daniel wiedział, kim jest Jan, zanim się spotkali. Miał o nim słyszeć jeszcze na wolności, a treść plotek była wyjątkowo łatwa do zapamiętania. Daniel słyszał, że to Jan jest tym, którego szuka raciborska policja w kontekście sprawy Danuty. Gdy relacja między panami się umocniła, naprali wzajemnego zaufania, Daniel spróbował poruszyć temat 39-latki. Był ciekaw, co Jan mu powie. Początkowo nie był chętny do podjęcia tego wątku, ale pewnego dnia na spacerniaku Jan nieco się otworzył. Po rozmowach o wszystkim i o niczym, po narzekaniu Jana na jego wyrok, Daniel postanowił wykorzystać moment i rzucić niby nic nieznaczące hasło, a prowadzące do tej najbardziej interesującej go kwestii.

Stwierdził niby od tak, że raciborska policja ma stuprocentową wykrywalność przestępstw. Na to Jan miał odrzec, że jest to 99%, bo nadal nie rozwiązali sprawy Danuty. Daniel zareagował na to słowem, że jest wykryta. Wówczas Jan odpowiedział, że nie. bo się z tego wywinął. Daniel Wu skomentował to wyraznem uznania, stwierdzając, że skoro tak jest, to ma szczęście. W tamtym momencie rozmowa się zakończyła, ale temat powrócił jeszcze tego samego dnia i tym razem to Jan nawiązał do historii Danuty. Miał powiedzieć, że ma świadomość tego, że za 10, może 15 lat może trafić do więzienia za to, co jej zrobił. Gdyby się tak zastanowić, to opis jego osoby, sposób życia i przeszłość idealnie wpisywały się w przygotowaną przez specjalistów opinię dotyczącą domniemanego sprawcy.

Próbował im zaimponować. Jednemu opowiedział, że ukradł klucze do mieszkania, by je podpalić. Po godzinie 11 pojechał autobusem do Jastrzębia Zdroju. Tam spędził czas chyba na niczym, choć niewykluczone, że chciał kogoś okraść. Chodził bez celu w pobliżu dworca głównego, po kilku ulicach miasta, po czym wrócił do Rybnika. Około godziny 16 pojawił się w pobliżu szkoły, w której była już wtedy Danuta. Zaczynała pracę o godzinie 12. Jan ponownie spotkał kolegów. Wśród nich był ten, któremu ukradł klucze do mieszkania, Najpewniej z tego powodu doszło między nimi do szarpaniny. Akcja skończyła się około godziny 18.30. Jan pokonany i upokorzony odszedł. Po kilkudziesięciu minutach Jan dotarł w okolicę tragedii.

Zobaczył pracę służb. Ktoś powiedział mu, co się stało. Na opisany przebieg zdarzenia odpowiedział tylko, że musi się napić. Noc spędził na klatce schodowej w jednym z bloków. Gdy się obudził, na dzielnicy aż huczało od plotek o jego sprawstwie. Jako motyw wskazywano na fakt, iż Danuta przyłapała Jana na próbie włamania się do szkoły. Według nich miał motyw. W tej wersji powstała luka. Nie wiadomo, co robił przez kilkadziesiąt minut, zanim pojawił się przy policyjnej taśmie odgradzającej miejsce przestępstwa. Zapytany odpowiadał niespójnie, często zmieniając wersję. W jednej z nich już o 18.30 miał być na przystanku autobusowym oddolonym od szkoły, w której pracowała Danuta o jakieś 4 kilometry. I on nawet spotkał swojego znajomego, który przychodził obok niego ze swoją dziewczyną.

Wyszedł na zewnątrz w tylko sobie znanym kierunku. Nie tylko zeznania Daniela Wu wskazywały na sprawstwo Jana. Pojawiły się wspomnienia jednego z lokalnych biesiadników z tydnia tragedii. Mężczyzna zapamiętał, że w czasie, w którym przebywał w barze nieopodal szkoły, w której pracowała Danuta, wchodząc do łazienki zauważył młodego chłopaka w wieku 16, może 17 lat, który mył ręce. Miał na nich coś w kolorze czerwonym. Mężczyzna założył, że nastolatek najpewniej z kimś się pobił. Nie pytał, co się stało. Wyszedł z ubikacji i wrócił do stolika tak, jakby niczego nie zauważył. Po jakimś czasie do lokalu weszli policjanci. Legitymowali wszystkich siedzących. Mężczyzna nie wspomniał o tym, co widział. Bał się, że przez wypowiedzenie zbyt wielu słów spadnie w kłopoty.

Ta sprawa nie dawała mu jednak spokoju. Jakiś czas później poszedł pod szkołę w nadziei, że spotka nastolatka z łazienki. Nie spotkał. W październiku 2000 roku wydarzyło się coś, co go wystraszyło. Gdy wychodził z baru, zaczepiło go czterech młodych chłopaków. Z nieznanego mi powodu zaczęli go gonić, zdążył uciec, a na miejscu pojawiła się policja. Wtedy opowiedział im o sytuacji sprzed kilku miesięcy, o łazience i chłopaku myjącym ręce. Sporządzono ogólny portret pamięciowy, ale nastolatka nie odnaleziono. Poza tymi doniesieniami pojawiły się też wspomnienia trójki chłopaków, którzy mieszkali niedaleko szkoły, w której pracowała Danuta. Byli szczerze zainteresowani postępami w sprawie, w końcu w miejscu, które miało zapewnić im bezpieczeństwo, było ich domem, ktoś tak okrutnie postąpił z Bogu ducha winną kobietą.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.