Mentionsy Mentionsy
Kartkując mikrofon
Kartkując mikrofon

Szatan z siódmej klasy rozdz. 12

18.09.2026 ·28 min 55 s

Zajrzyjmy do Bejgoły i sprawdźmy, co wydarzyło się pod nieobecność Adasia.Jeśli podoba Ci się to, co robię, możesz postawić mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia

Pani Gąsowska natomiast okazała żywe zainteresowanie. Profesor zaczął czytać głośno, najpierw bardzo szybko, potem coraz powolniej. Skończył i spojrzał na wszystkich zdumionym wzrokiem. — Dziwny list — rzekł po namyśle. — Jakiś sztuczny i wymyślny. — O mnie nie raczył pamiętać — zagrzmiał matematyk. — Mniejsza oto — rzekł profesor zniecierpliwiony. Prawdę mówiąc, mógł napisać więcej. To serdeczne chłopczysko, a list jest niemalże oschły. Odczytał go szeptem po raz drugi i nagle zakrzyknął – ejże, co to wszystko ma znaczyć? – Co takiego, stryjaszku?

– spytała panna Wanda z niepokojem. – Adaś wie przecie, że nasza wieś zowie się Bejgoła. Wie czy nie wie? Czemu ją wtedy nazywa Ejgołą, ha? Nikt mu tego nie umiał wytłumaczyć, dlaczego Adaś dopuścił się takiego zaniedbania czy roztargnienia. Bawi się, więc mu wyleciało z głowy. Huknął brodaty. On nie jest taki. Ejgoła, ejgoła. Ale w tym liście dziwniejszej jeszcze znajdują się rzeczy. Powiedzcie mi, kim jest ta pani Maria, za którą mu tak tęskno? Może o mnie myślał? Zaszamrała dobra pani Gąsowska.

Przyjmijmy to jako pewnik, że to mądra głowa, pisząc zamiast bejgoła ejgoła, pragnie, aby na to zwrócono uwagę. Tak czy nie? Możliwe, możliwe. A skądżeż znowu ta Maria? Przypuszczam, że Maria zjawiła się z tego samego powodu. Albo też nie. Maria musiała mu być potrzebna. Potrzebna, mówię. Jeśli nie cała, to przynajmniej… Tak, tak! – zakrzyknął z triumfem, powiewając listem. Tak samo jak mu była potrzebna Ejgoła. E było mu potrzebne i M było mu potrzebne. Ależ to lis, to lis.

Patrzcie i czytajcie pierwsze litery z góry ku dołowi. Profesor czytał powoli i dobitnie. Strzeżcie domu. O Boże, krzyknęła pani Gąsowska, co to znaczy? Jest to akrostych. Objaśnił wielkim grzmotem matematyk. Ułożył go pono nawet Vergiliusz w Eneidzie, jeśli to niezwykły przypadek. Nasz przyjaciel użył go celowo. Prosta sztuczka. Trudniejszą jest kwadrat magiczny znany od wieków. Słynny jest wyraz Sator. Patrzcie, na odwrotnej stronie listu Adasia napisał ołówkiem S-A-T-O-R A-R-E-P-O T-E-N-E-T O-P-E-R-A R-O-T-A-S

Mój znakomity uczeń, posyłając nam to hasło, wiedział o jakiejś zamierzonej napaści lub o jakichś nieprzyjaznych knowaniach. Przypadkiem jednak uderzył tymi słowami w nasze serca. Nie widzę związku pomiędzy sercem i akrostychem. – Nie widzisz? – W tym właśnie cała tragedia, że ty nie widzisz, bracie – rzekł gorącym głosem. – Nie gadałem z tobą o tym przez całe lata. Nie chciałem zwady, lękałem się twojej popędliwości. Wiesz, że cię kocham serdecznie, choć tego nie pokazuję. – I cóż mi chcesz teraz powiedzieć? – zapytał podejrzliwie matematyk. Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy, więc możemy zrzucić z serca to wszystko ciężkie, co je tłoczy.

Pragniesz dokonać czegoś, czego najtęższe nie mogły dokonać głowy. Ile lat strawiłeś na tym? 15. Odrzekł matematyk ponuro. I co? Brat targnął brodę i z niezmiernym trudem wyznał. Nie doszedłem do niczego. Nie myśl, dodał gwałtownie, że i mnie nie przychodziło na myśl to wszystko, o czym mówisz w tej chwili. Łudziłem się jednak. Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było przyznać. A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle, przysięgam ci, że nie wiedziałem. Z gwiazd nie widać Bejgoły, a tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznych znaków.

Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery. Na nic mi one, skoro są oblane łzami. Partactwo powiadasz. Precz z partactwem. Tak, tak, rzekł profesor gorąco. Wielkie rzeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy. Świat da sobie rady bez ciebie. O drogi bracie, strzeż domu, jak ci radzi ów wyborny chłopiec Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie? Matematyk przedziwnie rozrzewniony otworzył szeroko ramiona i przycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykrzyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniósłszy w górę obie ręce, jakby tym ruchem chciał powstrzymać niebo walące mu się na głowę, były matematyk wybiegł z pokoju.

– A co robi w tej chwili Adaś? – zapytała Wandzia bardzo cicho. – Niech mu Bóg pomaga – westchnęła pani Gąsowska. Pan Bóg wysłuchawszy serdecznej tej prośby oświetlał tymi samymi błyskawicami więzienie Adasia. Burza toczyła się leniwie, zanim zapadła w zachodnią czeluść nieba. A nikt o tym nie wiedział, bo profesor przypuszczał tylko, że burza, jeszcze sroszcza, szaleje w duszy brodatego męża. Jak czarnoksiężnik, w którego komnacie harcuje horda szatanów, siedział on wśród kłębowiska chmur, co się wiły dokoła jego głowy. Otworzył piec i wetknął w zachłanne jego gardło zapisane karty papieru.

Skąd przybywasz? Jakie przynosisz wieści? Najdziwniejsze. Cokolwiek o nieśmielony, że słucha go tyle osób, począł opowiadać wspaniałą historię pełną jęków w podziemnym lochu, burzy, piorunów, złych ludzi wściekłej wody, co zatopiła łódź, a przede wszystkim pełną Adasia. Gdy nabierał oddechu przed nowym rozdziałem piekielnej awantury, słuchacze wydawali okrzyki podziwu, zdumienia lub grozy. Profesor spozierał po słuchaczach, wołając każdym spojrzeniem – a co? Nie mówiłem? Emerytowany matematyk pomrukiwał pomrukiem zadowolonego lwa. Damy wyrażały swój podziw zamykaniem oczu, jak gdyby nie mogły patrzeć w mroczną twarz grozy.

– Adaś, zjawi się tu lada chwila – mówił Burski. – Jakieśmy się umówili. Może nawet już jest w naszym obozie, aby za dnia nie wchodzić do domu, bo go mogą pilnować. Bo my, proszę pani, z polecenia Adasia, założyliśmy obóz poza parkiem, nie zapytawszy nawet o pozwolenie. Załóżcie go nawet w samym parku, rzekła serdecznie pani Gąsowska. Bardzo dziękuję. Jeżeli jednak, proszę pani, zginie na folwarku jaka kura lub kaczka, to niech nie idzie na nasz rachunek, bo my nie jadamy mięsa. Ale jabłka jecie, co? – huknął pan Iwo. Z przyjemnością uśmiechnął się Burski. Cały sad do was należy.

Salomon też by nic nie rozumiał, pocieszył się profesor. Oczekiwał Adasia przez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda przypominała marcowy dzień, co to płacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje. — Ujrzymy go jutro o świcie — pocieszył ich profesor. Gdy legł na łoże, weschnął siedem razy, bo nigdy nie wzdychał do pary, zgasił świece i zanurzył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mógł przez dłuższą chwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekując gwałtownych zdarzeń.

Staszek, właź. Po chwili zaczęły latać w ciemności gorące szepty. Panie profesorze, znalazłem drzwi. Nie może być. I drzwi znalazłem, i napis. Wszystko wiem. Teraz trudno o tym opowiadać. Ja tylko na chwilę. Panie profesorze najdroższy, niech pan teraz o nic nie pyta, bo nie mamy czasu. Czy w domu wszyscy śpią? Być może, że tylko Wędzia płacze, przez cały dzień dzisiaj płakała. Och, westchnął Adaś cichutko. Przez moment milczenie nasiąkało mrokiem, po czym Adaś zaczął mówić. Niech pan profesor będzie tak dobry i pójdzie zobaczyć, czy ktoś nie śpi.

We wszystkich oknach ciemno, ale trzeba być ostrożnym. Nie rozumiem, o co idzie, ale pójdę. Dziwne rzeczy, dziwne rzeczy. Jak białe widmo w długiej koszuli, tak długiej jak opowieści o duchach, zniknął za drzwiami. Obaj chłopcy oczekiwali jego powrotu. – Czemu panna Wanda przez cały dzień płakała? – spytał Staszek szeptem. – Skąd ja mogę wiedzieć? – Śliczna dziewczyna – szeptał burski rozmarzony. – Staszek, ja… Nie kończ, rozumiem. Byłbym ostatnia małpa. Pan profesor powraca. Biały duch tym się od zawodowego ducha różniący, że nie kłapał zębami, nie chrzęścił piszczelami, wsunął się do pokoju.

Cały dom śpi, oznajmił. A co teraz? Teraz my pójdziemy na strych, a pan profesor niech stoi na czatach. Gdyby schody skrzypnęły i gdyby się kto obudził, niech go pan profesor uspokoi. Na strych? Teraz? Piotrusiu, gdybym nie wiedział, że jesteś przy zdrowych zmysłach… Adaś zaśmiał się cichutko. Niech pan profesor będzie spokojny. Staszek mila tarkę w pogotowiu. Tędy. Profesor usiadł na łóżku i łowił uchem każdy szmer. Czego oni szukają o północy na strychu? Rozmyślał zaniepokojony, straszny chłopiec. Jakaś wielka przygotowuje się awantura. Długo nie wracają, nic nie słychać.

Oho, są! Wszystko w porządku, panie profesorze, szeptał Adaś rozradowanym szeptem. Bardzo przepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ach, panie profesorze, przyjdę ze Staszkiem rano w porze śniadania. I wcale się nie będę ukrywał. Przeciwnie. O jedno proszę. Niech pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z dala go słyszano. I niech pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi. Ja w ogóle będę zdumiony. O to idzie, aby nikt nawet nie przypuszczał, że ja tu byłem w nocy. Rozumiem. Mam być chytry, będę chytry. I będę się darł w niebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, mój brat huknie tak, że słychać będzie na trzy mile.

Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.