Nad Niemnem rozdz. 14
A dziś zapraszam Cię na wesele!Z okazji zbliżających się moich urodzin, przez najbliższy tydzień wszystkie odcinki dostępne są bez subskrypcji. Jeśli chcesz wesprzeć moją twórczość, możesz w ramach prezentu urodzinowego postawić mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia
starzy i młodzi przybyli tam licznie zaniewscy ze spokojnych i w dobrej glebie siedzących zaniewicz i z zaniemeńskich obuchowców obuchowicze złą sławę mający bo choć dostatnie i pracowite chłopy chętniej od innych awantur szukali do bujek skłonni a do maczania języków w czarkach niewstrętliwi Z zaniemna także przyjechali osipowicze stołoczek, po włosach jak krucze pióra czarnych i twarzach jak u posągów kształtnych rozpoznawać się dający. I łozowiccy, soroczyc, hardo w górę podnoszący wąsa, mali a zwinni, z rodzinnej zgody znani, bo po czterech i pięciu w jednych chatach siedzący z wadami nie obrażali Boga i nie gorszyli ludzi.
Złotny zegarek ma, a którejś niedzieli. Michał Zaniewski za interesem do niego z rana przeszedł, w szlafroku go znalazł. W szlafroku sobie siedział, fajkę palił i herbatę pił, jak najpierwszy arystokrat. Ot jak! Czemu to inszym takie szczęście nigdy nie zaświeci? Ale widać już Pan Bóg tak chce, żeby jednym były gody, a drugim głody, jednym mąka, a drugim miękina. Dziewczęta w ścisłą gromadkę zbite oczy sobie wyślepiały na drogę patrząc, a zajmującego kawalera wypatrując. Jedna utrzymywała, że pan Kazimierz pewnie od Jadwiśki dostanie dudka na kościele, bo ona już dawno sobie Jana Bohatyrowicza obrała i żeby tam nie wiadomo co, musi za niego wyjść.
Tu Elżusia zaczęła z cicha chlipać i z wielką trudnością z kieszeni ślubnej sukni wydobywać chustkę do nosa. Ale drużbant z oczami w nią wlepionymi nieprzerwanie ciągnął. – Ach, piękny to jest laur być panienką, jakże go nie żałować! Trzeba go oblać żywnymi łzami, bo jakież by to było serce tej pięknej panny, gdyby w dniu dzisiejszym nie płakała. Ale ja tak powiadam, że nic nie ma na świecie przyrodniejszego nad stan małżeński i że Bóg... który utworzył niebo, ziemię i złotne gwiazdy dla szczęśliwości ludzkiej i ten stan ustanowił.
Nie ma tu przyczyny smęcić się i biedować, bo Ty, Panno Młoda, choć pozbywasz się piastowania matki i ojca, ale nabywasz przyjaciela wiernego na wiek wieków, aż do końca. Ty, panie młody, to weź na uwagę, że Bóg słońcem, a mąż dobrą żoną świat sobie weseli. Gdy wtedy już nadszedł ten dzień weselny, od całej zgromadzonej asysty i wszystkich tu znajdujących się państwa krewnych, przyjaciół i znajomych, tobie najdostojniejsza paro, jako wasz pierwszy i najstarszy drużbant, najlepsze życzenia wypowiadam.
Fabian zaś, chociaż go zwyczaj do wypowiadania oracji koniecznie nie zobowiązywał, przez wzruszenie zmienionym czy też umyślnie przybranym bardzo cienkim głosem przemawiał. Dziady i prawdziady nasze na tym samym miejscu gody małżeńskie wyprawowali, gdzie i ja twoje moja córko dnia dzisiejszego wyprawuję. Masz wiedzieć, że nie powinnaś być sfarna, marnotrawna, języczna, ani ręce za pas zakładać, albo, broń Boże, bałamutniom i pustotom życie swoje poświęcać, ale przyjacielowi swemu dozgonnemu we wszystkim pomocna, zgodna i uległa.
Ale tak samo i lejców zbytnio żądce nie popuszczaj, a to pamiętaj sobie, że zły gospodarz najpiękniejsze dziedzictwo niedozorem zmarnuje, a dbający i umiejętny zlada czego uczyni co dobrego. To Wam, moje dzieci, ostatnim ojcowskim słowem i z gruntu serca powiedziawszy Boga Wszechmogącego o błogosławieństwo i zesłanie dla Was wszystkich łask i pomyślności. Teraz już rozpłakał się tak, że końca słów jego nikt dosłyszeć nie mógł i z kolei błogosławiący młodą parę rodzice pana młodego płakali. I Sfania, starzyńska, rozpłakała się, a Sfania, giecołdowa, gardząc tkliwością tłumów, powiekami prędko mrugała, aby spod nich łzy nie wypuścić.
jaki mnie w prędce spotka, doczekał. Wesele, wesele, pewno, że wesele, i to córki, ot, tak samo jednej, jak ta jedna głowa na karku. Ale co z tego? Trzy dni wesela, a do śmierci smutku. Żeby mnie ziemia pochłonęła, nim koniec tego wesela nastąpi, daj Boże. Inni strapionych sąsiadów pocieszać usiłowali. – Nie bójcie się, więcej Bóg ma niż rozdał – krzyczał Starzyński. Bohatyrowicz apostoł ciemne okulary ku sufitowi zwracając skruszonym głosem prawił. – Czasowe to straty, marności tego świata, doczesność, znikomość –
Fabiana wymówki te nade wszystko już mieszały i gryzły. Ja siebie winnym nie sądzę, tłumaczył się na wpół gniewem, na wpół z płaczem. Nikt złego nie chce. Zamyślałem jak najlepiej dla powszechności naszej uczynić i panu Korczyńskiemu wszystko pomścić, ale że przez złego człowieka oszukany zostałem. Czy dlatego już na wąskie paski mam być pokrajany? Albo to młody pan Korczyński nożem pociele ci pojedzie, pokrzykiwali sąsiedzi. Przed nim i upokorzyć się nie wstyd, bo on biedzie w oczy nie pluje, ludziom życzliwy jest i ludzkiej przyjaźni też szukający. Bóg mnie ubij na ciele i duszy, za głowę chwytając się, wyrzekał Fabian, jeżeli spodziewałem się, że taki los na mnie padnie i że na starość przemienię się w joba o zmiłowanie proszącego.
Jeden nad długością upłynionego czasu zastanawiał się, drugi chciał wiedzieć, czy pamięta brata jego, który podówczas kiedyś daleko i na zawsze z okolicy wywędrował. Trzeci, najstarszy, z cicha coś prawił o swoim synu, o panu Andrzeju Korczyńskim i ruchami głowy na zaniemeński bór ukazywał. Ona wszystkim ściskała ręce, wszystko pamiętała i razem ze wszystkimi głową trzęsła powtarzając. Stare czasy, stare czasy. A potem przez Fabianową zapraszana do Gumna weszła i tam także pośród siedzących na ławie niewiast sporo dawnych i dawno niewidzianych znajomych swoich ujrzała.
Młodziutka panienka w tym samym stroju, w jakim była na wielkim obiedzie w Korczynie, Wyglądała zawsze na przedziwnie świeżą róże polną i uszczęśliwiona spoczywającym na niej wzrokiem przyjaciela, jego obecnością ośmielona, serdecznie obie ręce do nowych towarzyszek wyciągała. Tymczasem na słupach wznoszących się nad tokiem Julek świece w latarniach zapalił. Przy tym świetle ukazały się w cieniu zasieki pełne zboża i wąskie pomiędzy nimi uliczki. Dokoła zaś gumna wrzało. Słońce za bór już zapadło. W szarej godzinie za rzadkimi ogrodami niemen tu i ówdzie srebrnie pobłyskiwał. Po ogrodach, trawach, gajach toczyły się męskie i kobiece głosy.
Zapewne, gdyby przed kilku jeszcze miesiącami znalazła się tutaj, uczułaby się nieznana pośród nieznanych, zmieszana, obojętna, może znudzona. Dlaczegoż teraz serce jej uderzało mocno, prędko, przyjaźnie? Dlaczego? Boże! Przychodzi już czasem chwila, w której z dna duszy ludzkiej podnosi się to, co natura na nim posiała i co czekało tylko promienia, powiewu, aby urość w kwiat, kłos albo strzałę. Promień ten, powiew, może nie przybyć i wówczas człowiek kładzie się do mogiły, samym sobą nie stawszy się nigdy. Ku niej one przybyły. Z gorzkiego morza cierpień wynurzyła się wtedy, gdy wśród zbóż i bławatków po raz pierwszy ujrzała ochoczego oracza, jego błękitne oczy utkwione w nią stajoną nieśmiałą tkliwością.
Więc szybko wzrokiem ku Jankowi rzuciwszy rozweseliła się nagle i dla Jaśmonta uprzejma się stała. Kiedy tak, to tak, niechże widzi, że i ją Bóg i ludzie jeszcze nie opuścili. Bardzo dokładnie i dobranymi wyrazami mówić zaczęła, że smętnie jest, iż lato kończy się, a zaczyna się zima, bo choć letnią porą roboty dużo, ale też i przyjemności więcej, a zimową porą nadmiar ją smętek jakiś dopada. Na co Jaśmont poważnie odpowiedział, jako wszystkie czasy mają swój czas, a w dekretach boskich tak zapisano, aby była pora urodzenia i pora umarcia, pora cieszenia się i pora smęcenia.
Aż do kieszeni siermiężki sięgnął, bawełniane rękawiczki pośpiesznie na ręce włożył i przez obsiadujące ławę niewiasty przeskoczył. Na ławie powstał krzyk i pisk. Łokciem jego, a uchowaj Boże i nogą może zaczepiony czepek giecołdowej na ucho jej się zsunął, co dzierżawczynie bardzo rozgniewało, a u jej sąsiadek wywołało głośne współubolewania i tajemne szepty. Ale on, nazostawiony za sobą miny i gniewy, wcale się nie oglądając, parze tańcowi przodującej drogę zabiegł, rozgłośnie w dłonie uderzył i na całe gumno zawołał. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza, więc tancerze natychmiast w tył się cofać zaczęli i obejmować panny za nimi się znajdujące,
Pod blednącymi gwiazdami skrzydło erosa, wonią miry i mirtu napojone, łagodnie muskało te głowy tańcem i śpiewem rozgrzane. Pod ścianą gumna, na stosie belek i po kolana w chwastach siedząca para szeptała. Jak Boga kocham, szeptał mężczyzna. Stryj i brat nadaremnie lękają się i młodymi twymi latami mnie od szczęścia odgradzają. Czy ja zwierz jestem, albo barbarzyniec, abym pracą nad siły kochanej kobiety zdrowie nadwyrężał? Toż i u brata rączek na krzyż nie składasz, a w mężowskim domu więcej pracować ci nie przyjdzie, na to przysięgam. Służącą wezmę, sam sobie ręce mozołami okryję, a Antolka przy mnie zbytecznych męczarni nie dozna.
Co do rzucenia, ani słowa, rzuciła, ale nie przez jaką broń Boże pomstę albo zły zamiar, tylko dla zabawy, żeby mnie nastraszyć, a później z mego strachu drwinkować. Mnie się zdaje, że takiego żartu, choć i gburowatego, za grzech śmiertelny poczytywać nie można, ani też za niego na złe języki brać, tym więcej, kiedy panna jest zacna i nic jej wcale do zarzucenia nie ma. A jeżeli ja za ten postępek do panny domuntówny żadnej pretensji nie mam, to i nikt z niej naigrywać się albo na gańbę dekretować jej nie powinien. I jeżeli komu jeszcze do głowy przyjdzie, wtedy ja wspólnie z panami domuntami postaram się to jemu z głowy wybić.
Jeden z nich nawet przed jednym z siemaszków się zwierzał, że przeszłej nocy śniło mu się, jakoby gruszki z drzewa rwał, z czego też pewność czerpał, że na tym weselu guzy będą. Czasem widać, że już na niczym wszystko zejdzie. W zamian zgodę lubiący, jakkolwiek hardowąsi łozowiccy, a także stateczni strzałkowcy sobie i inszym pokojowego zakończenia sprawy bardzo winyszowali, utrzymując, że chamy tylko byle o co załby się ciągają, w dobrej zaś kompanii hałasy takie, a broń Boże bitwy wcale są nieprzystojne. Zresztą zaszła okoliczność, która od świeżego zdarzenia uwagę powszechną zupełnie już odwróciła.
I mnóstwo znowu imion i nazwisk leciało po trawach zroszonych, po ogołoconych ogrodach i przerzedzonych gajach, a nad wszystkimi wykrzykami i odpowiedziami górowało wołanie – na niemen! Naniemen! Ktoś w wielkim zmieszaniu głosów potężnym basem nucić zaczynał. Zaniemen tam precz! Ach, czegóż zaniemen? Czy błoń tam kwiecistrza? a ku rzece, której imię mnóstwem ech rozlegało się po ciemnym boże i szerokim polu, z wysokiej góry w bladym jeszcze świetle księżyca schodziło i zbiegało par kilkanaście. Jan szerokimi krokami ogród przebywał, widocznie kogoś szukając i we wszystkich stronach upatrując, gdy na rękawie swojej siemierszki uczuł czyjąś rękę i zaraz mu przed oczami błysnął czarny warkocz
– Tak, tak to było – potwierdził Anselm. Potem ona przemówiła pierwsza. – A pamięta pan Anselm, ile to gości zbierało się w ten czas w Korczynie? Jakie to oni plany układali sobie, jakie sprzeczki zawodzili, jakie nadzieje mieli? – Jak nieboszczyk pan Andrzej wszystkim przewodził, a nasz Jerzy niejeden raz z narażeniem się poradą i pomocą jemu służył. Ach tak, tak to było, wieczny smutek, szepnęła. Wieczne odpoczywanie racz im dać, sprawiedliwy Boże, baranią czapkę nad głowę podnosząc, wturował Anselm. Po paru minutach ona przemówiła znowu.
Jak to pięknie, jak to ładnie, kiedy żołnierz z konia spadnie, koledzy nie pożałują, jeszcze go końmi stratują. Jeden woła ratuj, ratuj, drugi woła tratuj, tratuj. Leci kula armatowa, leci kula, leci kula, nieszczęśliwa moja głowa. I tak dalej, dalej. Pieśń o rozkoszach wojny niby rotowy ogień huczała i grzmiała, aż zakończyła się strofą bezbrzeżnej żałości. Trąba woła, trata, trata, nie ma ojca ani brata, ni żadnego przyjaciela oprócz Boga Zbawiciela.
I czy, broń Boże, mój Janek przez nią nieszczęśliwym nie zostanie? Może i pan Korczyński dać mu jej nie zechce? Może i ona sama w ostatnim momencie od takiego losu uciecze? Może to obowiązkiem moim jest przystojnie, ale z gruntu serca ją poprosić, aby mojego chłopca zawczasu odtrąciła, bo by on może przez to uleczonym mógł jeszcze zostać? Kiedy Anzelm mówił, Marta głowę podniosła i potwierdzające nią kiwała. Kilka razy jeszcze chrząknęła, a potem odparła. Prawda? Słowo honoru prawda. Przypomniała sobie babka dziewiczy wieczór. Wieczna głupota. Mężczyzna zawsze od baby mędrszy, prawda? Co nam już ze śpiewania i płakania przyjdzie?
Było to pokolenie, po którym już długo życie przeciągało swoje pługi i brony, które też pod jego chłodnym strumieniem przygasło, spowolniało i jednak czymś silnie tknięte jeszcze zapłonąć i wybuchnąć mogło. Zapłonęło też i wybuchnęło przy wejściu Witolda. Mnóstwo rąk wyciągnęło się ku młodzieńcowi, dłoń jego chcąc uścisnąć i mnóstwo głosów razem mówiło – my tu pana zapośrednika i orędownika naszego zaprosili – Na sędzie, na jednacza, przez panów do króla, przez świętych do Boga, a przez syna do ojca, zaczął Fabian. Abyś pan nas osądził i na śmierć albo życie zadekretował, przebił go ktoś inny.
W jednym gnieździe niejednaki ptak się lęgnie, a choć ojciec pański pokazuje się krzywdzicielem i gardzicielem naszym, pan nam pokazałeś się przyjacielem i bratem. Z dobrym targ dobry, huknął ktoś spod ściany. A prawda, a jakże, przed dobrym i upokorzyć się nie wstyd, prawił walenty bohaterowicz. a apostoł żałośliwym głosem inne głosy przenosząc nabożnie wołał Jezusa przede Bogiem Ojcem, a Pana przed srogim sąsiadem za ubłagalnika mamy. Witold zdziwiony zrazu spoważniał i spochmurniał, jednak wybiwszy się z tłumu żwawym ruchem na stole usiadł i z tej wysokości wszystkie ku niemu zwrócone twarze ogarniając głośno przemówił –
Apostoł z zatłumu ramion i głów ciemnymi okularami połyskując wołał. Z mułu i błota ziemskiego, rodzaju myśmy ludzkiego. Fabiana głos znowu przeniósł i przerwał inne. I mrówka ma swój gniew pod szczoła i policzków ocierając wołał. I myśmy się już dla pana Korczyńskiego wszelakiej życzliwości pozbyli. Jakie pomagaj Boże, takie Bóg zapłać. Wytoczyliśmy panu Korczyńskiemu wojnę i słuszności swojej pewność mieliśmy. Witold w swobodnej zrazu postawie na stole siedząc i przez to nad otaczającymi go postaciami i głowami górując, teraz uczynił ruch niespokojny czy niecierpliwy.
– Moi drodzy – zawołał – czegoż wy ode mnie chcecie? Co ja na to poradzić mogę? Puśćcie mnie stąd. Ze ściągniętymi brwiami zeskoczyć chciał z wysokiego siedzenia swego, ale otoczono go jeszcze ściślej, a Fabian i za ramię go pochwycił. Bóg mnie ubij na duszy i ciele, kiedy jedynym słóweczkiem obrazić Pana zamyślałem. Z przerażeniem wołał. Inni podnieśli proszące głosy, aby wysłuchał ich i ratował. Pozostał więc, ale ruchliwe rysy jego zmieniły twarz. Z wesołego i niemal swawolnego młodzieńca, jakim był przed godziną, stał się chmurny, skupiony na sobie, niemal ponury. Słuchał jednak, a raczej z natężeniem wsłuchiwał się to w pojedyncze, przemawiające głosy, to w wybuchające co chwilę gwary.
Czas zaś jest bliski. Najdalej za dwa tygodnie egzekucja nastąpi, a razem z nią już chyba skończenie świata. Bo żeby nie wiadomo jak starali się, takich wielkich pieniędzy w dziesięciu nie zbiorą i nigdzie nie znajdą. Więc i w nich teraz strach uderzył. Rozpoznali, że zagrzęźli w gąszcz nieprzeniknioną i że nijakiego dla nich ratunku nie ma, oprócz upokorzenia się i prośby o zmiłowanie. Teraz ten i ów z płaczem mówił. Fabian także nie tylko już pod twarz ocierał. Znowu w ten sam cienki i żałośliwy ton wpadł, jakim dziś z rana błogosławił do ślubu córkę. Bogiem ojcem świadczę się, wołał, że gorzko mnie jest na starość łazarzem u bogaczowego progu żebrzącym zostawać.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Tańce na Niedni zaczynają się, Witold zaprasza Elżusię, a Marynia Kirlanka i małe siemiaszczanki zaczynają tańczyć z domuntami. Kazimierz Jaśmont tańczy z grzecznością.
Anzelm opowiada Martce o gościach zbierających się w Korczynie i ich planach.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
A dziś zapraszam Cię na wesele!
Z okazji zbliżających się moich urodzin, przez najbliższy tydzień wszystkie odcinki dostępne są bez subskrypcji. Jeśli chcesz wesprzeć moją twórczość, możesz w ramach prezentu urodzinowego postawić mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia