Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 2. Ojciec i syn

25.07.2025 ·15 min 35 s

Cała książka. Zapraszam do słuchania!

— Ależ tak! Pozwól mi, pokaż tylko, gdzie jest. I ją otwierać szafy. — Próżno szukasz — wyszeptał starzyc. — Wina nie ma. — Jak to, nie masz wina? — zawołał Edmund, blednąc i wpatrując się to w zapadłe i blade niczym wosk policzki ojca to w puste szafy. — Jak to, nie ma ani kropli? Czy ci zabrakło pieniędzy? Nic, nic mi już nie brakuje. Mam wszystko, bo mam ciebie, mój synu. Przecież trzy miesiące temu przed wyjazdem zostawiłem ci dwieście franków, wyjąkła młodzieniec, ocierając pot z czoła. Tak, to prawda, Edmundzie. Zapomniałeś jednak odjeżdżając spłacić małego długu sąsiadowi, Kaderusowi. Upomniał się o niego, dodając, że jeśli nie zapłacę, uda się do pana Morela.

Rób więc, jak chcesz, ojcze. Przede wszystkim jednak przyjmij sobie służącą. Nie chcę dłużej, żebyś tu sam tak żył. Mam w skrzyneczce na dnie statku trochę przemyconej kawy i wybornego tytoniu. Jutro ci przyniosę, ale psyt, ktoś nadchodzi. To Kaderus. Musiał się już dowiedzieć, żeś przyjechał i przychodzi zapewne pogratulować ci szczęśliwego powrotu. Doskonale! – Znowu człowiek, który co innego ma na ustach, a co innego w sercu – szepnął Edmund. – Ale mniejsza oto. Wszak to nasz sąsiad, który nam kiedyś pomógł w potrzebie. Trzeba go dobrze przyjąć. Istotnie, kiedy Edmund dokończył z cicha mówić te słowa, w drzwiach wiodących na schody ukazała się czarniawa i brodata twarz Kaderusa. Był to człowiek mniej więcej dwudziestopięcioletni i trudnił się krawiectwem.

Trzymał właśnie w ręku kawał sukna, który zamierzał skroić na klapę surduta. — Ejże, wróciłeś więc, Edmundzie? — zawołał z czysto marsylskim akcentem, ukazując w szerokim uśmiechu zęby białe, niby kość słoniowa. — Jak widzisz, sąsiedzie, i gotów jestem ci usłużyć. W czym rozkażesz? — rzekł Dantes, niezręcznie ukrywając pod pozorami uprzejmości wyraźną niechęć. Dziękuję, dziękuję. Chwała Bogu, nic mi nie trzeba, a za to inni czasem potrzebują czegoś ode mnie. Dante zdrgnął, a Kaderus ciągnął dalej. Nie odnoszę tego do ciebie, mój kawalerze. Pożyczyłem ci pieniądze, tyś mi je oddał. To się zdarza między dobrymi sąsiadami, a my jesteśmy kwita. Nigdy nie jesteśmy skwitowani wobec tych, którzy nam wyświadczają przysługę, bo jeśli nawet przestaliśmy być im dłużni pieniądze, należy im się jeszcze wdzięczność.

Po co tu o tym gadać? Co była, nie jest, nie pisze się w rejestr. Ot, pomówmy lepiej o twej podróży. Wybrałem się właśnie do portu, aby zaopatrzyć się w brązowe sukno. Wtem spotykam kochanego Danglarsa. – A ty co tu robisz w Marsylii? – spytałem go. – Ano jestem już – odpowiedział mi. – Myślałem, żeś w Smyrnie. No dobrześ myślał. Właśnie stamtąd wracam. A gdzie nasz młody Edmund? Ależ z pewnością u ojca, odpowiedział Dan Glars. Więc przyszedłem natychmiast, kontynuował Kaderus, aby ściskać rękę dobrego przyjaciela. Poczciwy Kaderus, rzekł starzec, jakże jest do nas przywiązany. Aha, pewnie, że jestem do was przywiązany, a co więcej, wielce was szanuję, bo to teraz rzadko można spotkać uczciwych ludzi.

Widzę, żeś nam powrócił bogaty, chłopcze, paplał dalej krawiec. Rzucając z ukosa spojrzenie na złote i srebrne monety rozrzucone przez Dantesa na stole. Młodzieniec dostrzegł w czarnych oczach sąsiada błysk chciwości. – Eee, mój Boże – rzekł niedbale – to nie moje pieniądze. Mówiłem właśnie ojcu, że bałem się, czy mu czegoś nie brakło w czasie mojej nieobecności, a on, aby mnie uspokoić, wysypał zawartość swojej sakiewki na stół. Mój ojcze, schowaj to do mieszka, chyba że nasz sąsiad Kaderus potrzebuje pieniędzy, w takim przypadku chętnie mu pomożemy. — Uchowaj, Boże, chłopcze — rzekł Kaderus. — Nie potrzebuję niczego. — Bogu dzięki, rzemieślnicza profesja potrafi wyżywić człowieka. — Schowaj sobie pieniądze. Tego nigdy nie można mieć za wiele.

Mogło to sprawić przykrość panu Morelowi. On taki poczciwy, dorzucił Kaderus. A kiedy ktoś pragnie zostać kapitanem, czyli wielkie głupstwo, jeśli się w czymś sprzeciwia armatorowi... Wyjaśnimy mu przyczynę odmowy i zrozumiał to, jak sądzę. — Ale jeśli masz zostać kapitanem, powinieneś czasem pochlebiać swoim przełożonym. — I bez tego spodziewam się nim zostać — odpowiedział Dantes. — Tym lepiej, tym lepiej. Wszyscy twoi starzy przyjaciele będą się z tego serdecznie cieszyć. A znam też kogoś, kto mieszka za Cytadelą Świętego Mikołaja. To pewnie się tym bardzo nie zmartwi. — Mercedes — odpowiedział starzec. — Tak, ojcze — odpowiedział Dantes. — I za twoim pozwoleniem, kiedy cię już zobaczyłem i wiem, żeś zdrów i na niczym cię nie zbywa, chciałbym ją odwiedzić.

— Idź, moje dziecko, idź — rzekł stary Dantes. — I niech twoja żona będzie dla ciebie takim błogosławieństwem bożym, jak ty dla mnie. — Żona? — rzekł Kaderus. — Ojczulku, ależ ci spieszno. Wydaje mi się przecież, że Mercedes nie jest jeszcze jego żoną. — Nie, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — odrzekł Edmund — wkrótce nią będzie. — Mniejsza oto. W każdym razie dobrze robisz, że się spieszysz, mój chłopcze. — A to czemu? — Bo Mercedes jest ładną dziewczyną, a ładnym dziewczętom nietrudno o amatorów, szczególnie jej. Włóczą się za nią tuzinami. — To prawdę? — zdziwił się Edmund i lekki niepokój przebił się przez jego uśmiech. — O, tak — odpowiedział Kaderus — i trafiały jej się nawet doskonałe partie.

Ale że ty wkrótce kapitan, nikt ci tak łatwo nie da kosza. – Co znaczy, że gdybym nie był kapitanem? – rzekł Dantes z uśmiechem, który źle skrywał jego niepokój. – No, no – mruknął znacząco Kaderus. – Ale co tam? – rzekł Edmund. – Dajmy temu spokój. Mam lepsze wyobrażenie o kobietach w ogóle, a o Mercedes w szczególności i jestem przekonany, że czy byłbym kapitanem, czy nie, ona dochowałaby mi słowa. Tym lepiej, przytknął Kaderus. Zaufanie to ważna rzecz, a zwłaszcza gdy kto chce się żenić. Co mi zresztą do tego? Ale posłuchaj chłopcze, nie trać czasu, idź do niej natychmiast zawiadomić o swoim powrocie i nadziejach. — Już idę — rzekł Edmund.

Uścisnął ojca, kiwnięciem głowy pożegnał Kaderusa i wyszedł. Kaderus zatrzymał się jeszcze przez chwilę, a pożegnawszy się ze starym Dantesem, udał się na spotkanie z Dandlarsem, który czekał na nich na rogu ulicy Senak. — I co, widziałeś go? Zagadnął Danglars. — Właśnie się rozstaliśmy — odrzekł Kaderus. — Mówił ci coś o tym, że zamierza zostać kapitanem? — Mówił o tym, jakby już było po wszystkim. — Cierpliwości, chłopcze — rzekł Danglars. — Myślę, że się trochę za szybko wyrywa. — Diabli go wiedzą. Zdaje się, że mu to przyrzekł pan Morel. I pewnie jest bardzo radosny. Powiedz raczej bezczelny. Wyobraź sobie, że mi ofiarował swoją pomoc, jakby był jakąś wielką figurą i chciał mi pieniędzy pożyczyć niczym bogaty bankier.

Nie przyjąłeś naturalnie. Ma się rozumieć. Chociaż właściwie mogłem je przyjąć, zważywszy, że ja pierwszy dałem mu kilka sztuk srebra, którymi zaczął obracać. Ale teraz imć pan Dantes nie będzie już nikogo potrzebował, zostanie kapitanem. Ba! – obruszył się Dunglars. – Jeszcze nim nie jest. — Słowo daje, lepiej by było, żeby nie został — rzekł Kaderus. — Bo potem to nie da się do niego nawet przystąpić. — Jeśli tylko zechcemy — szepnął Danglars — zostanie tym, czym jest dzisiaj, a może nawet i to straci. — Co ty opowiadasz? — Nic, o tak sobie. Do siebie coś mówiłem. A kocha się ciągle w tej swojej katalonce? Szalenie. Właśnie do niej poszedł. Ale jeśli się nie mylę, napyta sobie przy tym biedy.

Bo cóż by robił dwudziestojednoletni chłopak, łażąc za dziewczyną siedemnastoletnią i do tego ładną? I powiada, że Dantes poszedł do katalończyków? Wyszedł z domu tuż przede mną? Pójdźmy w tamtą stronę. Posiedzimy sobie trochę w karczmie u Pamfila, poczekamy przy szklaneczce malagi i zobaczymy, co się dalej stanie. A któż nam o tym powie? Dantes będzie tamtędy wracał. Zrozumiemy zaraz z jego miny, co się tam dzieje. — No, chodźmy więc — rzekł Kaderus. — Ale ty stawiasz? — No, oczywiście — odpowiedział Dan Glass. I udali się szybko na miejsce, o którym wspominali. Przyszedłszy do karczmy, kazali sobie podać butelkę wina i dwie szklanki. Ojczulek pan Phil widział, jak niespełna dziesięć minut wcześniej przechodził tamtędy Dantes.

Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.