6. Nie byliśmy sami.
Jedna noc w gęstym lesie Oregonu. Jeden obóz, który nie powinien tam być. I coś… czego nie da się łatwo wyjaśnić. Ta historia wydarzyła się naprawdę.☕ http://buymeacoffee.com/polanskistudioOpracowanie: Andy PolanskiMontaż: Andy PolanskiCzyta: Andy Polanski
Powiedziałem, że oczywiście nie ma żadnego problemu. Rozstawiliśmy więc dwa namioty obok siebie. Powiedziałem jej tylko jedno. Jeśli chcesz spać sama w tym namiocie, musisz mieć przy sobie bruna. Bruno był naszym pieskiem, owczarkiem niemieckim. Sam dojazd zajął około 4 godzin, a kiedy doliczyć do tego czas na szukanie miejsca i całe to krążenie po okolicy, obóz był gotowy dopiero około pierwszej po południu. Potem robiliśmy to, co zwykle na takich wyjazdach. Rozłożyliśmy rzeczy, zjedliśmy coś, trochę pograliśmy, rzucaliśmy piłką, może zagraliśmy w jakąś prostą grę na trawie, nie pamiętam. Kiedy zapadł wieczór, w lesie zrobiło się naprawdę cicho.
Przeszliśmy może pół kilometra, kiedy nagle Bruno zerwał się z miejsca. Pobiegł przed siebie jak strzała. Było to tak nagłe i tak szybkie, że zanim zdążyłem zareagować, był już kilkadziesiąt metrów przed nami. Kiedy spojrzałem w jego stronę, zobaczyłem coś, co wyglądało jak stary słupek od bramy. Kiedyś musiał tam być wjazd na boczną drogę. Ale wszystko było tak zarośnięte krzakami i gałęziami, że na pierwszy rzut oka trudno było to zauważyć. Ta droga wyglądała jakby nikt jej nie używał od pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu lat. Pomyślałem, że pewnie prowadzi do jakiegoś starego miejsca kempingowego. Zdarza się przecież, że ludzie mieszkają w lesie albo zatrzymują się w takich miejscach na dłużej.
Pobiegłem za psem i zacząłem krzyczeć. Bruno, Bruno stój! W głowie miałem tylko jedną myśl, że zaraz wpadniemy komuś prosto na obóz, że przestraszymy tych ludzi, że pies może narobić kłopotów albo ktoś zrobi mu krzywdę. Biegłem za nim i przepraszałem jeszcze, zanim zobaczyłem kogokolwiek. Kiedy byłem jakieś 30 metrów w głąb tej starej drogi, zacząłem zauważać coś dziwnego. Między gałęziami zobaczyłem niebieski kolor, ale nie był to kolor natury. To był sztuczny, intensywny niebieski. Od razu pomyślałem, to musi być czyjś sprzęt, jakaś plandeka, namiot albo torba. Ale im dalej patrzyłem w głąb tej drogi, tym bardziej wszystko wydawało się martwe.
Wróciliśmy do obozu, zjedliśmy kolację i zaczęliśmy grać w piłkę. Psy jak zwykle były tuż obok mnie. W pewnym momencie zobaczyłem jak Natalia idzie w naszą stronę. Sekundę później Bruno zerwał się z miejsca i to nie był zwykły bieg. Jego uszy były położone do tyłu, głowa nisko, sierś na karku nastroszona. Pędził prosto w jej stronę. Od razu poczułem, że coś jest nie tak. Nie merdał ogonem, nie biegł radośnie, nie zwalniał. On celował w nią jak w punkt. Pomyślałem, co się dzieje, co przegapiłem? Rozejrzałem się i zobaczyłem, że naprawdę biegnie dokładnie na nią. Ruszyłem za nim. W tym samym momencie zobaczyłem, że Natalia zaczyna biec w naszą stronę, a zaraz za nią moja żona.
Biegła prosto do mnie i do psa. Wtedy poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Od razu zupełnie instynktownie sięgnąłem po pistolet. Natalia dobiegła do mnie, ale Bruno nawet się nie zatrzymał. Biegł dalej tak szybko, że nie było szans, żebym go dogonił. Próbowałem zrozumieć, co się dzieje. — Co się stało? — zapytałem. Ona była wyraźnie przerażona. — Ktoś na mnie patrzył — powiedziała. — Czułam to. Ktoś mnie obserwował. A Bruno dalej biegł przed siebie. W końcu zacząłem krzyczeć na Bruna, a ten się zatrzymał. Był jakieś 30, może 40 metrów przede mną, już w gęstych krzakach przy skraju lasu. Za mną była Anna, Natalia i nasz drugi pies, Lia, cóczka owczarka niemieckiego.
Anna i moja córka były jakieś 10 metrów za mną. Lia stała tuż przy niej, niemal przy samej nodze. Sierś na jej karku była nastroszona i nie chciała odejść od córki ani na krok. Pomyślałem wtedy, dobra, coś tu jest nie tak. Lia zachowywała się zupełnie inaczej niż zwykle. Nie traktowała tego jak zabawy, w ogóle nie interesowało jej to za czym pobiegł Bruno. Jakby reagowała na coś zupełnie innego, na coś czego my jeszcze nie widzieliśmy. Była przyklejona do mojej córki. Po chwili Bruno wrócił. Przeszukaliśmy okolice bardzo dokładnie, rozglądaliśmy się wszędzie między drzewami, w krzakach, przy drodze. Nic. Nic nie znaleźliśmy.
Pokazano wszystkie 6 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Opowieść o wyjazdzie na kemping w lasu Mount Jefferson, gdzie autor i jego rodzina natrafili na dziwny obóz i strach związanym z obserwacjami.
Opis znalezienia dziwnego obozowiska, zniszczonego sprzętu i dziwnych dźwięków, które sprawiły strach.
Opis dziwnych zachowań psa i strachu rodziny, gdy zaczęli sypiać w jednym namiocie.
Opis tworzenia alarmu wokół obozu i strachu przed zaginięciem, gdy autor zobaczył podobny system alarmowy.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Jedna noc w gęstym lesie Oregonu. Jeden obóz, który nie powinien tam być. I coś… czego nie da się łatwo wyjaśnić. Ta historia wydarzyła się naprawdę.
☕ http://buymeacoffee.com/polanskistudioOpracowanie: Andy Polanski
Montaż: Andy Polanski
Czyta: Andy Polanski