Mentionsy
Bikepickuping Lesotho – kraj bardzo wysoko
Bikepacking po Lesotho, kraju leżącym wysoko i daleko. Doskonały to był pomysł, serdecznie polecam - taka Afryka dla początkujących podróżników, lecz zaawansowanych kolarzy.
Szukaj w treści odcinka
Do bikepackingu przez Lesotho przygotowałem się czytając wszystkie sensowne teksty w internecie.
Wypadałoby również, abym zaczął go od informacji, jak uzyskać wizę, aby wjechać do tego pięknego kraju, zwanego też królestwem w niebie.
Luźne tłumaczenie.
Mam na myśli brud widziany w Etiopii czy Ugandzie.
Tylko formę sobie zróbcie, bo takich podjazdów to ze świecą szukać na świecie.
Spimy w dobrych, jak na afrykańskie warunki hotelach, jemy duże posiłki w restauracjach, przejeżdżamy tysiąc kilometrów taksówkami i w ogóle high life.
Do tego Lesotho nadaje się doskonale.
Byłoby to uzasadnione, biorąc pod uwagę, jakie życie wiedzie.
Nic takiego się nie dzieje i od pięciu już lat dzielnie mnie towarzyszy obijając się na dachach, w bagażnikach, pociągach, promach i terenie, na który nie zasłużył i się nie spodziewał, rodząc się na Tajwanie.
Lub 40+, jeśli szutrowo-butowa, bo przez niektóre przełęcze nie przejedziecie.
I mijają 4 dni zanim udaje nam się znaleźć rozwiązanie.
Nasze rowery dolatują razem z nami, co nie zawsze się udaje.
Dokonuję w głowie poważnych kalkulacji związanych ze zmianą czasu, naszą poprzednią komunikacją oraz kilkoma innymi zmiennymi, które przy trwającej 18-godzinnej podróży mogły mi umknąć, ale odpisuję tylko, będziemy o 8, czekamy na śniadanie.
Nie pomaga też nasza prośba o wizytę w kantorze, gdyż okazuje się to niekoniecznie proste.
Gdzieś w połowie tego czasu odkrywamy, że zostawiliśmy rowery i bagaże w samochodzie z obcymi typami, z którymi umówiliśmy się w internecie.
Są tam też wszystkie nasze bagaże.
Jedno jest pewne.
Gdybym miał jechać tam rowerem z RPP z Lesotho, byłaby to mniejsza przyjemność niż jazda zimą po Cyszyce.
Granica to potencjalnie nasze największe wyzwanie.
Nie mamy wizy i wiemy, że wjechać formalnie nie możemy, idziemy tam ze strategią najasia, czyli stoisz i nie rozumiesz co się dzieje.
Wysiadamy z auta, idziemy stanąć w kolejce.
Zaskoczyliśmy samych siebie.
Nikt nie wie.
Te wydarzenia nigdy nie miały miejsca, bo przecież byłyby prawdopodobnie nielegalne.
Czujemy się trochę jak w dziekanacie.
Po drodze jest moment, w którym jesteśmy pewni, że przejdziemy, ale jest też moment, w którym jesteśmy pewni, że nie.
Ktoś gdzieś dzwoni, ktoś z kimś drabie, coś się dzieje.
Czasami nic się nie dzieje.
Ma być w tym okienku i wypuścić nas z kraju dokładnie o tej porze.
Jeśli ktogo będzie zastanawiało, co dwóch białasów robi przy przejściu przez 6 rano w niedzielę, odpowiemy, że to normalne, że o tej porze wozimy się po mieście.
Nieważne.
Jesteśmy w Lesotho, że z pieczątką w paszporcie.
Nie ma bezdomnych, nie ma wiszącego przy drodze mięsa z muchami, niedożywionych zwierząt, jest biednie, lecz godnie.
Faktycznie.
Idea nieuzasadnionego przemieszczania się bez większego celu rowerem nie zawsze zostaje zrozumiana, nawet w Polsce.
I to jest piękne.
Jesteśmy w Maputsue.
Piętnaście kilometrów na zachód od nas znajduje się Hloce, a trzydzieści kilometrów dalej Butabute.
Chciałoby się powiedzieć, że bez przygód, ale zupełnie niespodziadanie.
Jak się potem okazuje, popołudniowe opady są tu całkowicie normalne.
Jesteśmy w szoku, bo w cenie jest też najmniejsze na całym wyjeździe śniadanie.
W ogóle wszystko w Lesotho jest jakoś podejrzanie drogie.
Warto tu dodać, że obowiązujące waluty są dwie.
Po prostu Robert zgubił swoją w swoich przepastnych torbach, ale to nawet dobrze.
Ta chińska ekspansja jest nieco niepokojąca w Afryce.
Fakt, że w okolicy jest zawsze ktoś, kto mówi po angielsku, znacznie ułatwia życie.
Ten z setnego kilometra śmieszy mnie teraz podwójnie.
Bo to oczywiście dowcip, który śmieszy nas zawsze.
Albo nie widzicie, bo słuchacie.
Jest cola, pfanta i lokalne napoje gazowane.
Jeśli jeździliście kiedyś po podobnych miejscach, zrozumiecie.
Jesteśmy pośrodku niczego, zero ludzi, umieramy z wycieńczenia i suchości, a typiara nam mówi, że to nie jest pora na śniadanie.
Wskazuje więc dowolne inne danie, które wydaje się szybkie.
Jeśli lubicie mocno przesolone potrawy, może być to dla was nieco... no właśnie.
Nie umiem tego napisać ładnie, ale generalnie komunikowanie się jest trudne.
Kalkulacji w głowie nie ułatwia fakt, że doganiają nas chmury i przynoszą ze sobą burze.
Przyznam, że okolica wygląda niezbyt przyjaźnie.
Warto dodać, że sztyca w basso zjechała już 13 razy, a na sterach pojawiły się luzy jak u Sylwii w kolanie.
To jakieś 5 kilometrów, podczas których albo byśmy zamarzli, albo wylecieli na mokrym i stromym zakręcie podczas zjazdu i przepadli w niebycie.
Po drodze pyta nas, czy to prawda, że na północy Europy jest teraz cały czas ciemno, bo czytał o tym w internecie.
Mówi, że nie.
Podobno temperatury poniżej minus 20 stopni nie są tu niezwykłe.
To ośrodek narciarski, prawdopodobnie jedyny w kraju i najwyższa restauracja w Afryce.
Jest dobrze.
Co pięć głów to jednak nie dwie.
Błędem jest oczywiście, że nie bierzemy śrutek na zapas, bo w odkręcanie i dokręcanie rzeczy będziemy bawili się jeszcze wiele dni, a i pewnie na kolejnym wyjeździe.
Jestem prawie pewny, że Robert mógłby wymienić w obecnej sytuacji swoje warszawskie mieszkanie na ten klucz, ale umówmy się, wszyscy wiemy, że w obecnej sytuacji śrubokręt przyda się każdemu, a mieszkanie oddalone 9 tysięcy kilometrów niekoniecznie.
Pewnie nie.
Poza zaschniętymi glutami i przyspieszonym oddechem nic na to nie wskazuje.
Możliwości mamy teoretycznie dwie.
Oba plany nieco upośledzone.
Ignorujemy Sunny Pass i jedziemy naszą trasą dalej, patrząc, co się dzieje.
Jeden nie wie, drugi wie, ale nie umie powiedzieć, trzeci mówi, że jasne i zaraz będzie.
I tyle.
Jest jakaś klinika, jest kościoł, jest stuletnia szkoła podstawowa, jest szkoła z internatem dla chłopców, jest klasztor sióstr zakonnych, jest męski chór ćwiczący śpiewanie.
Kupujemy więc makaron, jakąś czerwoną papę sojową i rybę, czyli sardynki w puszce.
Mamy za to śniadanie.
Która prawdopodobnie nie ma żadnej nazwy, a zdecydowanie na nią zasługuje.
Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, jest to zaskakująco dobre.
Rano dowiadujemy się, że kierowca miał przyjechać pick-upem, ale jest tam tylko jedno miejsce siedzące, więc musielibyśmy jechać na pace.
W związku z tym, że pogoda jest kiepska, nie przyjedzie.
Kilka zdań później okazuje się, że nie przyjedzie, ale przyjedzie.
Wydaje nam się duża, ale po kilku godzinach rozumiemy jej uzasadnienie.
Na pewno wie co robi, ale rączki mamy spocone, a pampersiki pełne.
Było to, że tak delikatnie powiem, stresujące 6 godzin, choć widokowo wspaniałe.
Nie wiem, jak to działa, że jedzenie i sklepy są zawsze schowane.
Zachaczamy o dwie czy trzy restauracje, wszystkie puste lub zamknięte.
Śpimy w Motherland Guest House.
Spada również temperatura do okolic zera, ale to akurat nie jest specjalnie uciążliwe.
Koli mam już serdecznie dość, ale w niej jest przecież woda, która na tej wysokości szybko z nas ulatuje.
Nawet jeśli nie ma w okolicy niczego ciekawego, wszystko jest ciekawe.
Zdarza się też, że ktoś będzie chciał sobie zrobić z nami zdjęcie.
Takie siedzenie i bezcelowe obserwacje mają swój urok, gdy wszystko dookoła jest niby takie samo, ale jednak zupełnie inne.
Pod wieczór docieramy do Mohalle Lodge.
To hotel, ale też jednocześnie wielki kompleks obsługi wysokiej na blisko 150 metrów Tamy Mohalle.
To rozwiązanie ostateczne.
Ten dzień również jest mocny, choć nic na to nie wskazuje.
W restauracji dostajemy menu i wybieramy kolejne dania, aż uda nam się trafić w to jedyne, dostępne.
I kole.
Zamiast do stolicy postanawiamy kierować się na południe.
Mamy chyba jakąś depresję związaną ze zjazdem z gór i zmianą ciśnienia oraz krajobrazów na takie żadne.
Powiem tak, nie wiem czy to kwestia tego, że składamy się już głównie z cukru czy smaku porównywalnego z najgorszą oranżadą w naszym życiu, ale przy każdym łyku dokonują się niezbyt chłodne kalkulacje czy już można żygnąć czy nie.
Stolica południe.
To znaczy, że ptaszek to ptaszek dowiaduje się dopiero po zadaniu niezręcznego pytania, co trzymam w ręce.
To nie ma prawa być nudne.
Wszyscy chcą nas podwieźć, ale nikt nie umie.
Początkowo plan jest taki, aby ze stolicy od razu uciec do odlalonej o 30 kilometrów Tababosiu Cultural Village.
Leje tak bardzo, że jakiekolwiek próbi jeżdżenia rowerem porzucamy na dobre.
Pytam kelnera, jak długo będzie jeszcze deszcz, bo wiadomo, skoro tam mieszka, to na pewno wie.
Hotel to z jednej strony pełen luksus, basen, elegancki goście, porządna restauracja, 10 osób zastanawiających się, jak przekonać nas, abyśmy nie wnosili roweru do pokoju i jak ułatwić nam w ten sposób życie.
Z drugiej jest to luksus afrykański, więc na przykład przesuwane drzwi do kibla mają taką szparę, że z łóżka można komfortowo obserwować minę osoby na tronie.
W stolicy nie ma nic ciekawego, nawet gdy pogoda jest dobra, a co dopiero w ulewie.
Wieczór spędzam więc grając w grę na telefonie.
Niesamowite, ale po tygodniu kraj dalej nas zaskakuje.
Pożegnalne kilometry są straszne.
Zdecydowanie nie polecam krajówki łączącej Maseru z Maputsoe.
W Maputsoe trafiamy do H.E.
Wieczorem spędzamy oglądając lokalny mecz piłki nożnej, później miasto pustoszeje, bo jest mecz Premier League.
Wspaniały kraj, wspaniali ludzie.
Ostatnie odcinki
-
Bikepacking w Indiach. Kto wygra - krowa czy sk...
18.03.2026 10:48
-
Wielki Mekong i dwa małe kółka (bikepacking Wie...
07.12.2025 10:42
-
Bikepacking w Kenii, ale nie w Tanzanii
26.08.2025 20:10
-
Bułgarski bikepackinkk
19.05.2025 20:10
-
Ucieczka składakiem z Singapuru przez Malezję
10.02.2025 21:10
-
Bikepickuping Lesotho – kraj bardzo wysoko
18.11.2024 21:10
-
Bikepacking Lofoty – wszystko odwrotnie
28.07.2024 20:10
-
Bikepacking Etiopia – zaskoczenie niemałe
25.04.2024 20:10
-
Rwanda, Uganda i dwóch muzungu na gravelach
02.03.2023 21:10
-
Bikepacking Maroko, czyli góry Atlas rowerem
06.03.2020 21:10