Mentionsy

Reportaże i dokumenty Polskiego Radia
Reportaże i dokumenty Polskiego Radia
16.12.2025 08:21

"Wrócę kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne" - reportaż Patrycji Gruszyńskiej-Ruman

13 grudnia 1981 roku dzieci zapamiętały jako dzień bez Teleranka, dorośli jako poranek z czołgami na ulicach i masowymi internowaniami. W 44. rocznicę tamtych wydarzeń reportaż Patrycji Gruszyńskiej‑Ruman "Wrócę, kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne" przypomina historię Emila Barchańskiego, ucznia liceum im. Mikołaja Reja, jednego z najmłodszych opozycjonistów. Zginął w 1982 roku w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego matka przez lata walczyła o prawdę. Reportaż powstał w 2011 roku.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 106 wyników dla "PO"

Poszedłem po słońce z psem i z PO.

PO, przysposobienie obronne.

Wrócę, kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne.

Chciałam z niego jeszcze zatrzymać w nim dziecka trochę, bo on był tak szalenie poważny, nad wiek poważny był.

Ciemny szatynek, ładne duże oczy, brwi takie męskie, poważne, grube.

Działaliśmy w takich piąteczkach, trochę na wzór Armii Krajowej z okupacji i przekazywaliśmy sobie informacje, karteczki, były ławki, określone ławki w kościele, trzeci od tyłu, podrzucaliśmy, zostawialiśmy informacje na przykład, przyklejone pod ławką.

Wnoszę o przesłuchanie i zastosowanie środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego zatrzymania wobec nieletniego Emila Barchańskiego, podejrzanego o to, że w miesiącu lutym i marcu 1982 roku w Warszawie, w czasie obowiązującego stanu wojennego, sporządzał w celu rozpowszechniania nielegalne wydawnictwa.

Wspólnie i w porozumieniu z innymi dokonał znieważenia pomnika Feliksa Dzierżyńskiego.

Pamiętam, jak opowiedział mi o historii z roku chyba 1956, gdzie studenci podobno wtedy podeszli pod pomnik Dzierzyńskiego i u baz grali mu na czerwono ręce.

I to był taki przyczynek w ogóle, żeby zrobić coś podobnego.

Celem tego było przede wszystkim pokazanie ludziom, że coś się dzieje.

To nie jest tak, że stan wojenny, że wszyscy się boją, że wszyscy poszli, prawda, spać.

I pamiętam dokładnie, to było 6 lub 7 osób, każdy miał chyba po litrze benzyny.

Potem poszło kilka litrów benzyny, każdy po litrze rzucił.

Podpaliłem koktajl Mołotowa i rzuciłem.

I taka akcja właściwie w biały dzień, bo o 16, kiedy wychodzili milicjanci z Pałacu Mostowskich na ówczesnym Placu Dzierzyńskiego, obecnie Plac Bankowy, ja tylko chłopców widziałam, jak po tej akcji przyszli obaj, wpadli do domu zziajani i się wtedy dowiedziałam, że była taka akcja.

I dopiero właściwie jak poszedł na tak zwaną robotę drukować,

Podziemne tam książki, m.in.

To tam zostało aresztowane pod pretekstem, że jest druk, a okazało się, że naprawdę już wiedzieli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa w Pałacu Mostowskich, że brał udział w tej akcji na pomnik Dzierżyńskiego.

W mieszkaniu leżały przygotowane wcześniej papier, farba, matryce i wszystko to, co potrzebne jest do druku.

Gdy po trzygodzinnym śnie przygotowywałem się do roboty, usłyszałem potężny tempo odgłosu uderzenia.

Upewniwszy się, że to ktoś dobija się do drzwi, po sekundzie wahania dostałem się na balkon.

Rzucili mnie na ścianę, potem tapczan, regał, jakieś twarde podłoże.

Podłoga.

Po prostu człowiek, którego gdybym spotkał wcześniej, uznałbym za jakiegoś hybrydowca, dyskotekowego chłopca.

Był to funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, podobnie zresztą jak pozostali.

Pani sędzina Katarzyńska powiedziała, że to jest pierwsza sprawa polityczna takiego gówniarza.

Takim potwornym biciem obrzydliwym wymusili na synu i trochę podstępem, żeby oskarżył o

To, że był mózgiem tej akcji na pomnik niejaki Tomasz Sokolewicz, jego kolega szkolny z Liceum Reja.

Pierwszy pokój.

W drugim pod wpływem silnego kopnięcia osuwam się wzdłuż ściany na podłogę.

Przede mną stoi sześciu drabów, każdy pod krawatem.

Bili jak popadło.

Kopali, bili po twarzy, w żołądek.

Potem do następnego pokoju.

Tu miało się rozpocząć właściwe przesłuchanie.

Bili też za to, że robię bałagan w pokoju, w którym oni pracują.

Ten wówczas podpisał taki protokół, który fałszywie oskarżał Tomka Sokolewicza w czasie tego śledztwa, tego bicia, po czym, jak 17 maja

Była sprawa w sądzie, a on w sądzie właśnie, on to taki zamiar, jak mi opowiadał twierdził tylko mnie, ale i kolegom, miał od początku, żeby mu dali spokój, nie bili go więcej, to podpisze, ale w sądzie tego nie potwierdzi.

Powiedział sędziemu, który prowadził tę sprawę, jako świadek zeznawał, co z nim zrobiono w śledztwie, jak wymuszano te fałszywe zeznania i że on absolutnie wycofuje te wszystkie zeznania i on ich nie podpisze, bo zostały wymuszone bicie.

Czy on wskaże tych ludzi, czy pokaże ich?

Powiedział, że tak, w każdej chwili, że pamięta ich twarze.

Na co odpowiedział, że ci panowie jak biją, to się nie przedstawiają.

Wtedy taki szum poszedł po sali.

Na sali było bardzo dużo dziennikarzy prasy polskiej, zagranicznej.

No sporo było ludzi z podziemia, którzy się tą sprawą wówczas bardzo zainteresowali.

Po sprawie podchodzili do mnie i gratulowali mi, że mogę być dumna z syna, że mam strasznie odważnego syna, że jak on się nie bał.

Zupełnie obcy ludzie podchodzili do mnie.

To po pierwsze, po pomniku Dzierzyńskiego byłem osobą, która była na świeczniku, więc absolutnie nie mogłem chodzić do rodziców Emila, do domu Emila i tak dalej.

Musiałem bardzo uważać, żeby mnie nie skojarzyli, żeby mnie nie powiązali z tym, co robił Emil.

Już nie działał w żadnym podziemiu.

I się umawialiśmy z synem, że on nigdy się nie ruszy z domu, jak nie zostawi kartki, gdzie jest, gdzie poszedł, kiedy wróci.

Na podwórku, właściwie w marcu już, po sprawie syna pojawił się młody człowiek, student.

Student, osoba, która ma dostęp bezpośredni do struktur Solidarności czy też NSZ-u, to czego my nie posiadaliśmy.

Mieliśmy każdy z nas jakieś tam swoje kontakty, ale nie tak stałe i nie tak poukładane.

Był dużym autorytetem dla Emila, to mogę potwierdzić.

Taką ważną postacią, która chyba w pewnym sensie mogła go gdzieś tam z kimś skontaktować.

I taką prawdziwą działalność wtedy rozpocząć.

I syn oprócz tych spacerów z tym Hubertem, również z nim raz czy drugi gdzieś pojechał na Wał Miedzeszyński, na Saską Kępę, gdzieś nad Wisłę, gdzie rzekomo ten Hubert jeździł kiedyś z ojcem i tam mu najlepiej się uczyło do egzaminu, bo on miał sesję swoją na studiach.

A z kolei syn się przygotowywał, też musiał zaliczyć łacinę i przysposobienie obronne.

Poszedłem po słońce, wrócę kiedy słońce nie będzie mi już potrzebne i zjemy razem obiad.

Nie napisał syn na tej kartce z kim poszedł, ale ja widziałam, że poprzednio tam chadzał w to miejsce, nad tą Wisłę, z Hubertem.

No to pobiegłam do Huberta, który miał do połowy kolan mokre spodnie i miał...

Jak termin mu zniknął z oczu około siódmej i on go szukał, wołał, nigdzie go nie było i powiedział mu, że on spróbuje przejść po tych łachach, bo była dosyć mało... Wisła opadła, mało było wody, bo widać takie piaszczyste łachy przy brzegu, tam w tych brotach, przy Wale Miedzeszyńskim.

Że syn przejdzie, po drugiej stronie był Wilanów, na tą drugą stronę.

Właśnie z tego powodu nie mógł ani chodzić na basen, ani do wody, bo dostawał skurcze oskrzeli pod wpływem.

Był pod stałą opieką lekarzy, alergologów.

Po czym próbował mi zasugerować, że wydaje mu się, że on widział Emila po drugiej stronie Wisły.

Pojechaliśmy w to miejsce, gdzie oni byli tam na tych błotach.

No jak on się tam przejdzie półnagi w spodenkach z psem bez smyczy?

Wszystko to się wydawało zupełnie prawdopodobne, ta jego wersja.

To jest po prostu nierealne.

W stanie wojennym, gdy były na kartki i w ogóle to same problemy, żeby je pozyskać,

Podpłynąłem do nich i stwierdziłem, że denatem jest mężczyzna.

Ubrany był w krótkie spodenki koloru zgniłej zieleni.

Pod spodenkami miał białe kąpielówki.

Informacja była z Komisariatu Rzecznego, że ciało takie znaleziono na pięćsetnym kilometrze Wisły, a siódmego w poniedziałek rano ósmej byłam na oczki w prosektorium i tam identyfikowałam ciało syna.

Po prostu zobaczyłam syna z rozciętą szyją, którą jadły białe robaki.

W sekcji zwłok prawdopodobnie utonął.

Te straszne na wierzchu język, tak podobno się zachowuje właśnie duszony człowiek i tak jakby miał jakimś ostrym drutem czy czymś przecięte miał szyję.

Powiedziano mi, że to musiał gałąź zaczepić.

Wokół syna już było pełno esbeków, nawet dwóch łapiduchów tam z oczki, którzy byli pierwszego, drugiego dnia w tym przyciele syna, wysłano na ulub i wymieniono na dwóch esbeków, młodych ludzi, z których jeden się przedstawiał jako student filozofii, który tam pracuje jako pokutę sobie wziął tą pracę.

Jak syna do trumny dawałam garnitur i miałam jego ukochany taki orzełek polski, a nie podległa, którą trzymał jako taką też pamiątkę.

Chciałam mu to dać do trumny, do klapy wpiąć, nie umiałam tego zrobić, to ten właśnie SB, który udawał łapiducha, zrobił to bardzo sprytnie, bardzo szybko, pokazał jak to się robi.

I szesnastego czerwca pochowałam syna, był pogrzeb, a na siedemnastego syn otrzymał wezwanie do sądu wojskowego, gdzie był proces Sokolewicza, na którym syn stawał jako świadek.

I ja siedemnastego, na drugi dzień po pogrzebie syna, o ósmej rano poszłam za syna

żeby stanąć jako świadek i powiedzieć to, co on miał powiedzieć.

Ja w żałobie, cała na czarno ubrana, z ogromną siłą i bez najmniejszego lęku stanęłam i powiedziałam o wszystkim, co się zdarzyło od 17 maja, jak syn zeznawał tam, jak powiedział, że go bili i że teraz nie żyje, że właśnie go wczoraj pochowałam.

Nikt mi nie spojrzał w oczy.

Pół roku po śmierci syna prosiłam, że ja już rezygnuję z dochodzenia, prowadzenia śledztwa w sprawie okoliczności śmierci syna i szukania morderców, że ja nie będę współpracowała z tą prokuraturą.

A przyszła, pamiętam, na jedno spotkanie po śmierci syna pani żona pana Wojciecha Młynarskiego, pani Adrianna Godlewska.

I na mnie nakrzyczała, że dlaczego ja tak cicho siedzę, nie robię, na cały świat ona by krzyczała, napisała by do Jaruzelskiego, wszędzie, że zabili mi syna, że mi nie wolno tak spokojnie to wszystko przechodzić.

Ja mówię, że no niespokojnie, bo wiedzą o tym i Radio Wolna Europa, i Głos Ameryki, i Liberación.

I wówczas też mi powiedziała rzecz taką, która zapadła mi bardzo w pamięć i w serce.

Sprawa śmierci Emila B. Piotr Dąbrowski, Naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie.

W skład którego wchodzili funkcjonariusze byłej Służby Bezpieczeństwa kierowanego przez osoby zajmujące najwyższe stanowiska państwowe, które miały na celu dokonywanie przestępstw, a w szczególności zabójstw na osobach spośród działaczy opozycji demokratycznej i duchowieństwa.

Jak mogę oczekiwać, że mnie nagle spotka taka satysfakcja, że mi powiedzą, że odkryliśmy po 28 czy tam 30 latach prawdę w sprawie śmierci.

Po prostu tak jak każdej matki, której zabito dziecko, która przeżyła to dziecko.

Poszłam po pogrzebie syna 16 czerwca do pana Huberta i z nim w cztery oczy rozmawiałam.

I w cztery oczy mi powiedział tylko takie zdanie, co pani ode mnie chce?

Chce pani, ja mam małe dziecko, mam żonę, chce pani, żeby mnie taki sam los spotkał co pani syna?

Znalazłam, zresztą w dniu pogrzebu syna, dopiero to znalazłam w blacie składanego stolika, schowany.

I to jest, czy ja mogę więcej chcieć, niech mi Pani powie, czy to nie jest największa radość moja, owa pamięć zachowana o synu.

Czy dla mnie dałoby większą satysfakcję w tej chwili znalezienie tych, co go zamordowali i spostawienie przed sądem?

Poszedłem po słońce z psem i PO.

Wrócę kiedy słońce już nie będzie mi potrzebne i razem zjemy obiad.