Mentionsy

Reportaż Radia Lublin
Reportaż Radia Lublin
29.03.2026 09:00

Mariusz Kamiński "Konspiracja za drutami"

Czy w obozie na Majdanku możliwy był bunt? Na przełomie 1943 i 1944 roku więźniowie przygotowywali zbrojne wystąpienie przeciwko Niemcom. Gromadzili broń, opracowywali strategię walki i mieli gotowy plan na wypadek porażki. To wszystko działo się pod nosem oprawców, dzięki zorganizowanej siatce konspiracyjnej. Klucz do tej tajemnicy przez lata spoczywał pod ziemią. W ogródku przy ulicy Sapiechy w Lublinie ukryto 50-litrowy słój po ogórkach, który zamiast przetworów skrywał ponad dwa tysiące dokumentów wywiadu Armii Krajowej. To niezwykłe archiwum stało się dowodem na to, że za drutami Majdanka pulsowało drugie, podziemne życie. O tej niezwykłej karcie w historii Majdanka opowiadają eksperci z Państwowego Muzeum na Majdanku: Marta Grudzińska, Beata Siwek-Ciupak, Anna Surdacka, Anna Wójcik, Anna Wójtowicz i Krzysztof Tarkowski

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 146 wyników dla "AK"

W 1970 roku do pracownika Państwowego Muzeum na Majdanku, Józefa Marszałka, zgłosiła się nauczycielka Lubelskiej Szkoły Podstawowej, Wanda Szupenko i powiedziała mu, że jest w posiadaniu dokumentów AK, opusu, czyli organizacji pomocy uwięzionym i spalonym, ale spalonym w sensie zdekonspirowanym.

Była pani Szupenko i pojechali do pani Grzezak, bo mąż, który ukrył te dokumenty, już nie żył, ale pani Grzezak wskazała przypuszczalne miejsce, gdzie to mogło być zrobione.

To jest dowód na to, że ta organizacja tutaj działała rzeczywiście, że zbierane były informacje i na podstawie tych informacji rzeczywiście Zarząd Okręgu AK wiedział, co dzieje się w obozie na Majdanku.

I tak z każdym rokiem możemy mówić o jeszcze większych rozmiarach tej konspiracji.

Wtedy jeszcze ten ruch oporu tak nie istniał.

I tak to trwało praktycznie przez cały 1942 rok.

Pierwsze transporty Pawiak, Warszawa.

Należałoby zacząć od aresztowań z kwietnia, czyli afera Kalksteina i ta pierwsza wsypa, które spowodowały, że na Pawiak zaczęto osadzać żołnierzy z Armii Krajowej i oni tam od kwietnia, poprzez kolejną dużą usypę w wrześniu i październiku 42 roku,

Byli na Pawiaku przetrzymywani, włożeni na przesłuchania do gestapo, a po zakończeniu przesłuchań, kiedy w grudniu 1942 roku postanowiono większość więźniów przebiec do obozów koncentracyjnych, no oni nadali się w drugim transporcie więźniów politycznych.

Oczywiście to nie było tak, że jak oni w styczniu przyjechali, od razu ruszyła konspiracja.

To, że Majdanek był takim wielkim prowizorium, to było dla nich swego rodzaju ocalenie, bo tu niewiele osób zajmowało się tym, że ktoś ten wyrok śmierci ma.

Zofia Karpińska tworzy pieśń Pasiaki, która jest potem hymnem Majdanka.

Albin Maria Boniecki był wykształconym artystą plastykiem i znany jest przede wszystkim jako twórca-pomysłodawca kolumny Trzech Orłów, która znajduje się na trzecim polu więźniarskim i jest takim pierwszym pomnikiem ku czci ofiar obozu, który powstał pod nosem Niemców.

Idea była trochę zakamuflowana.

Oni widzieli tam orły III Rzeszy, a kapitel tej kolumny przedstawia trzy wzbijające się w powietrze takie półorły, półgołębie, czyli symbole wolności, powrotu do świata wolnych ludzi.

I Boniecki w ten sposób chciał uhonorować ofiary, bo jak wiadomo, prochy zabrane z krematorium były mieszane z ziemią, z odchodami zwierzęcymi i między innymi tego używano do nawożenia pól.

To wszystko jest samopomoc, samoobrona, to wszystko jest ruchem oporu, robienie wszelkich rzeczy, żeby przeciwstawić się temu, co zakładała III Rzesza, czyli pozbawienia człowieka człowieczeństwa, nadania numeru i po prostu w tych warunkach koszmarnych, prymitywnych, zezwierzęcenia.

Kiedy myślimy w ogóle o oporze, przeciwstawianiu się okupantowi i tej sytuacji, w jakiej ludzie się znaleźli tutaj, to często myślimy o jakichś spektakularnych rzeczach, czyli przekazywaniu informacji wywiadowczych.

Natomiast taki codzienny opór w społeczności więźniarskiej mógł się przejawiać w różny sposób.

Te numery były wszystkie takie same.

Wybijano je od takiej półnicy.

Natomiast jakąś formą oporu, jakąś formą zachowania swojej tożsamości było ozdabianie takich numerów.

Te numery, które tutaj akurat mamy,

Często są albo trochę większe, albo mniejsze i nie mają wybitych numerów od sztancy, ale mają te numery wygrawerowane ręcznie jakimś ostrym narzędziem, gwoździem czy kawałkiem metalu.

Często po drugiej stronie można znaleźć jakieś inicjały albo nawet napis, który mówi o tym, kto kiedy do tego obozu przybył.

Można było zamówić u kogoś taki numer.

To był bardzo taki popularny prezent.

Więc jest to jakaś forma ruchu oporu, jest to jakaś forma protestu przeciwko dehumanizacji, której więźniowie podlegali w obozie.

Jeżeli to dawało komuś siłę, to można to zakwalifikować do takiego ruchu oporu, wewnętrznego ruchu oporu.

Od maja 1943 roku ta konspiracja okrzepła odrobinę i zaczęło się nawiązywanie takich relacji z systemem piątkowym.

I żeby nie było takiej wielkiej wsypy od razu, to jedna osoba dysponowała czterema osobami, z nimi nawiązywała kontakt i ona do kolejnej osoby z góry meldowała o tym, jak to wychodzi i otrzymywała od nich ewentualne zadania, jeżeli chodzi o rozpoznanie obozu, o te meldunki.

Samo nawiązywanie kontaktów było bardzo skomplikowane.

Są takie melduneczki, że ktoś do kogoś pisze, podchodzi do ciebie MIAOWA, nie Armia Krajowa, tylko MIAOWA.

Prosimy o kontakt i dostał człowiek takie coś, no domyślał się o co chodziło z tą MIAOWĄ, ale no czego od niego chcą.

Często było tak, że jedna osoba otrzymała kilka takich zaproszeń, bo z różnych piątek takie meldunki do niego docierały.

Po prostu organizacja, która jest za głęboko zakonspirowana, a ludzie po tych wszystkich przejściach w obozach, więzieniach, po śledztwach nie mieli zaufania.

Nawet jak go znałem, to też miałem opory, czy się w to włączać.

Takich było naprawdę dużo.

Takim pierwszym namacalnym dokumentem, że to już zaczyna latem funkcjonować, są mapy, które tworzyli więźniowie.

Bo było bardzo dokładne rozpoznanie terenu obozu i mamy taką mapę z 7 sierpnia 1943 roku z zaznaczonymi wszystkimi obiektami na terenie i systemem straży i Szczecińskiego jest taki bardzo fajny meldunek, raport o tym jak wygląda strefa izolowania, gdzie są druty elektryczne, jak jest rozstawiony system wart i jak liczna jest załoga SS i gdzie stoją te najważniejsze posterunki.

Więc już tak to wszystko okrzepło.

Jeśli chodzi o taką stricte konspirację związaną z grupami wojskowymi, zaczyna się to wszystko od przybycia na Majdanek grupy osób związanych z AK w Lublinie i w okolicy, przyprowadzonych tutaj z więzienia na Zamku Lubelskim w połowie sierpnia 43 roku.

Utrzymywała cały czas kontakt z dwoma oficerami Armii Krajowej.

I obydwaj tak na dobrą sprawę z wyrokami śmierci trafili na zamek i tam w więzieniu właśnie zaopiekowała się nimi już Irena Antoszewska, która działała z ramienia opusu.

Była wówczas Matylda Kowalewska, pseudonim Iza, natomiast Antoszewska przez cały ten czas równolegle pełniła funkcję zastępczyni i też odpowiedzialna była między innymi za utrzymywanie kontaktu właśnie z więzieniem na zamku.

No i od momentu jak Szwajcer wraz z Ostromęckim przybywali na zamku, to również otoczyła ich opieką.

Pierwsza to są grypsy, jakie wysyłał do żony, ale też na przykład do Antoniny Grygowej, do Saturniny Malmowej, w których informował, co dzieje się w obozie, jakie są nastroje, jakie są transporty.

Oczywiście wszystko to było zaszyfrowane, wszystko to było bez podawania imion i nazwisk, wszystko to było zakamuflowane.

Romuald Sztaba na przykład wysyłał informacje na temat rakiet tworzonych w obozach na terenie Rzeszy, a informacje na ten temat miał od ludzi, których przywieziono z obozów na terenie Rzeszy jako chorych na przełomie 1943 i 1944 roku.

W ten sposób dowiadywał się od chorych, jakie są warunki w innych obozach, co jest budowane, jak wygląda przemysł wojenny.

Natomiast Irena Antoszewska też miała nawiązać kontakt z takimi więźniami, dwoma dowódcami z Okręgu AK Lwów.

Tutaj jakby ten Okręg Lubelski AK przejął opiekę nad Smereczyńskim.

Smereczyński miał zostać jakby szefem w ogóle konspiracji na Majdanku z ramienia Armii Krajowej.

Wiemy też, że na Majdanku przebywał w tym czasie Jan Rogowski, który był szefem komendy AK w Stanisławowie.

To rzeczywiście z tych kręgów takich wysokich, oficerskich, dowódczych byli ludzie, którzy trafili w ręce Niemców i znaleźli się na Majdanku.

I tutaj taka ważna informacja.

Ona po prostu traktowała tę działalność naprawdę jako misję.

Działała tak na zasadzie wabank.

Czasami nawet ci ludzie, którzy z nią współpracowali, przeżyli wojnę i wspominali, to mówili, że ona tak jakby w ogóle strachu w sobie nie miała.

Później z tych jej kanałów łącznościowych korzystał także Oddział II Komendy Lubelskiej AK, czyli tutaj wywiad.

No i od 1942 roku została zaprzysiężona i zaangażowała się w prace konspiracyjne właśnie tutaj na rzecz AK.

Już są jakieś przygotowania, już ten wywiad działa, że prawdopodobnie Niemcy będą chcieli w związku z sytuacją na froncie wschodnim przystąpić do ewakuacji obozu.

Więźniowie, tutaj głównie właśnie Szwajcerci, zaufani ludzie Antoszewskiej, otrzymywali pieniądze, otrzymywali narzędzia, między innymi takie

Natomiast w meldunkach opusu nie ma takiej informacji.

W jaki sposób radzić sobie z prądem ogrodzeniem, bo ludzie wierzyli, że ten prąd jest w okroczeniu.

Jak sobie radzić z ewentualnym próbą przejścia przez druty.

No po pierwsze ci konspiratorzy, którzy bardzo byli zaangażowani, nie chcieli ponownego aresztowania, bo widzieli jak wygląda przesłuchanie na gestapo.

W jaki sposób chcieli to wykorzystywać, to już jest zupełnie inna sprawa, no bo generalnie Niemcy byli wobec palaków bardzo nieufni.

Był taki plan, żeby w Boże Narodzenie albo w Sylwestra, wtedy kiedy będzie mniej Niemców w obozie, a ci, którzy będą, no to właśnie mogą się znaleźć pod wpływem alkoholu, że wtedy miała być próba odbicia obozu.

Nawet była taka próba, bo było powiedziane, że sygnałem do buntu w obozie, jakby do ucieczki, miało być podpalenie jednego z baraków.

W tych meldunkach jest masę chaosu, bo ta akcja jest robiona, potem jest odwoływana, potem jest ponownie ponawiana, potem jest odwoływana.

I jedni wiedzieli, że już było odwołane i nie ma tego akcji, nie będzie odbicia, a drudzy nie wiedzieli.

Jeden podpalał barak, a drugi biegł go gasić i powiedział, że nie będzie tego.

No po prostu, oczywiście jeden barak się spalił na piątym polu.

Niemcy albo się nie zorientowali, albo nie potraktowali tego jako sygnał do jakiegokolwiek buntu.

No i to było tak jakby taki false start.

Sytuacja była taka dramatyczna.

No załoga obozu wtedy liczyła 800 esesmanów, naprawdę znakomicie uzbrojonych.

Więc kiedy oddziały partyzanckie robiły takie rozpoznanie przez swoich ludzi, którzy przechodzili w okolicach obozu, czy szli w schodząc od Głuska, czy w schodząc Piasecką, czy próbowali patrzeć w kierunku pól, to widzieli, że takie zaskoczenie obozu będzie praktycznie niemożliwe.

Planowane były takie akcje i PPR-owcy też taką akcję planowali.

Żądali, żeby im Armia Krajowa udostępniła broń do tego uderzenia i nawet mamy taki plan, gdzie planują przecięcie głównego zasilania obozu w rejonie szosy Drogowska.

Oczywiście ten kij miał dwa końce, bo z jednej strony obóz nie miał obu światła, z drugiej strony brak światła to automatyczny alarm.

Ale jak ja sobie policzyłem, to największe zgrupowanie prezydenckie, które mogłoby wziąć w tym udział ten właśnie Oddział Batalionu Chłopskich, to było 120 ludzi na 800.

Ci świadomi i sprawni fizycznie mieliby jakąś szansę, ale dla pozostałych to w zasadzie był wyrok śmierci.

A nawet gdyby udało ich się ewakuować z obozu, to większość tych ludzi wymagała hospitalizacji, długiego leżenia.

Jak ich ukryć?

Jak weźmiemy pod uwagę takie drobne ucieczki, to po każdej ucieczce Niemcy przeszukiwali okoliczne domy.

W takiej sytuacji, gdyby doszło do takiego odbicia obozu i ucieczki załóżmy sobie kilkuset osób, to wszystkie okoliczne wsi i miejscowości byłyby przeszukane.

No i wtedy zastosowaliby odpowiedzialność zbiorową, czyli w Twojej hołubie jest trzech uciekinierów, to rozwalamy wszystkich pod ścianą i nawet się nie patrzymy, no to tak by wyglądało.

Z wewnątrz mówili, my tu i tak zginiemy, ratujcie nas, odbijcie obóz, dajcie nam tylko broń, to my to załatwimy.

To takie polskie i bardzo romantyczne, ale absolutnie nielogiczne.

Jest ogromne rozgoryczenie ze strony więźniów, bo jednak myślę, że to trzymało ich ta nadzieja i to wybrzmiewa z grypsów, że to trzymało ich jakby przy życiu, że oni żyli tym, że już za chwilę będą wolni.

Inni natomiast stwierdzają, dobrze, powstanie się nie udało, nie doszło do skutku, spróbujmy z odbiciem transportu, w którym będą znajdowali się, jak to określano w grypsach, najbardziej pożądany element dla przyszłej Polski, więc wybitni inteligenci.

Jeśli chodzi o transport do Gross-Rosen, to były przygotowane jakieś stalowe elementy do wyważenia podłogi czy do roztwarcia drzwi w wagonie.

I oni mieli się wszyscy znaleźć w jednym transporcie i gdzieś tam na trasie, tak jak wywiad działał, po prostu ten transport miał zostać odbity.

I szły bardzo dokładne instrukcje szczegółowe, jak mają zachować się więźniowie.

To znaczy, chodziło o to, żeby nie wstawali, żeby siedzieli tak jak ich posadzono, że cały ogień ma być skierowany na środkową sekcję drzwi, tam gdzie siedzą ci dyżurujący SS-mani.

Więźniowie byli zadrutowani za jakimiś dwiema ściankami drutu kolczastego, a przedział środkowy, gdzie się rozsyłały drzwi, był tylko dla SS-manów.

Ogień oddziałów partyzanckich miał pójść właśnie na te środkowe drzwi i tylko kwestia zablokowania tego pociągu i potem ewakuacji tych ludzi z wagonów.

To była bardzo skomplikowana akcja, ale największym problemem, jak się okazało, było zmobilizowanie tego oddziału partyzanckiego we właściwym miejscu, we właściwym czasie.

Bo z tego co ja sobie poczytałem, postulowałem troszeczkę, to w Motyczu była przygotowywana ta akcja.

Cały czas są alarmujące informacje o tym, że szykuje się transport, że będzie ewakuacja.

No nie można było ludzi utrzymać pod torami kolejowymi w lasku niewielkim, bo jak sobie spojrzysz na mapę lasów wokół Lublina, gdzie tutaj zgromadzić jakiś oddział, to tych lasów jest naprawdę niewiele.

No gdzie mają się zgromadzić te oddziały, które mają przygotować tą akcję odbicia?

Jak ich zawiadomić?

Nie ma takiego czegoś jak łączność telefoniczna z działem partyzanckim.

Oni otrzymują najczęściej taki meldunek przez granicę doniesiony.

Taką niesamowitą sytuacją jest sytuacja z końca marca 1944 roku, kiedy Sowieci rozbili front pod Kowlem i zajęli miasto.

Nie spodziewali się takiego szybkiego rozwoju sytuacji.

Powstały też pytania, co zrobić z tymi ludźmi później, bo jeżeli to będzie tysiąc czy dwa tysiące osób, to w jaki sposób, gdzie ich rozlokować, jak ich ukryć, no i tak, co stanie się z tymi, którzy zostali w obozie jeszcze i co się stanie z najbliższymi, z rodzinami tych ludzi.

Okazało się, że ryzyko jest zbyt duże i te plany tak w zasadzie jeden po drugim spełzały na niczym i no po prostu nie doszło do tego.

Dotychczas nie podano depresji, jakby napotkał na jakąkolwiek przeszkodę w drodze.

Nie było akcji odbicia po drodze.

A teraz proszę zobaczyć, jak wygląda przygotowanie Armii Krajowej.

Polecam być w całym pogotowiu do akcji odbicia transportu z więźniami z Majdanka.

Akcja ma być przeprowadzona bezwarunkowo, z Komendą Okręgu utrzymać całą łączność oddziały obywatela Przepiórki i Stryjka, podporządkować sobie w czasie akcji i tak dalej.

I tak to wyglądało.

Wszystko było spóźnione, dlatego że byli zaskoczeni tempem, jakim to się działo.

Więc w końcu, trzy dni potem, Łodziak kieruje w zastępstwie komendanta okręgu ten lodunek bez pociągu do Zapory.

A teraz koordynacja takiego czegoś.

A zorganizowanie podwód, jaki sposób ewakuować tych ludzi?

Także mnie się wydaje, że próba odbicia tego transportu nie doszła dlatego, że nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za wielką klapę.

Tam było 85 Polaków i mniej więcej około setki Niemców.

Tych 85 Polaków dalej konspirowało i dalej pisało meldunki.

Wykraczają Sowieci, a jakie są losy takich głównych konspiratorów z Majdanka później?

Takie szczęście miał Kaczkowski, Szcześniewski, Kiedrowski.

Było tak zwane wyzwolenie Lublina, które w zasadzie nie było wcale wyzwoleniem, tylko wstępem do kolejnej okupacji.

Jak tutaj NKWD zaczął szaleć w Lublinie i zaczęły się aresztowania, aresztowana została też Irena.

Zresztą ona była w ciąży takiej zaawansowanej.

I ona widziała po kolei, jak wszystkich tych ludzi, z którymi ona współpracowała w czasie wojny, po prostu po kolei większość tych osób trafiła na zamek i widziała ich pobitych, zmasakrowanych.

Po czym jeszcze Rosjanie mieli pretensje do polskich nadgorliwców, bo nawet sam Bułagin mówił, że to ogromna strata, żeby takiego człowieka, który tyle wiedział, bez żadnego przesłuchania rozstrzelać po prostu.

Ona nawet nie miała dokąd wrócić, tak że jak wyszła z więzienia w styczniu, to była ubrana w ogóle nieodpowiednio.

W zaawansowanej ciąży, zaraz na początku kwietnia, urodziła dziecko i ona się nie miała gdzie podziać z tym dzieckiem i mieszkała gdzieś tam kątem u jakiejś sąsiadki, która się zlitowała nad nią.

I kolejny raz pozbawiona majątku, także ona została mocno skrzywdzona po wojnie i to, co opisuje, to właściwie niczym nie różni się od tych opisów, które znamy właśnie z ludzi, którzy byli na gestapo.

Ona zdawała sobie sprawę, że może być aresztowana i grypsy, które ona przepisywała na maszynie, które były przekazywane pułkownikowi Bienieckiemu, ukryła to wszystko w takim szklanym słoju i przekazała zaufanemu człowiekowi, żeby to gdzieś zakopał.

I on to zakopał gdzieś przy ulicy Sapiechy w Lublinie.

I pod koniec lat 60. chyba sprzedano tę działkę, tam miała być jakaś budowa rozpoczęta.

Zapadła decyzja, żeby te dokumenty wydobyć, bo to cały czas przecież komuna rządziła, żeby one się nie dostały w jakieś niepowołane ręce.

Ten nasz skarb, te 2,5 tysiąca dokumentów ukrytych w takim 10-litrowym słoju z szyjką, gdzie te dokumenty były bardzo dokładnie ubite, więc potem wyciąganie tego też było dużą sztuką i suszenie.

One przez wiele lat w takim stanie tu znajdowały się.

Jak oni się nawzajem kłócą, jak nie znają swoich danych, jak ostrożnie podchodzą.

Nie mamy pewności, jak on się zakał w czasie śledztwa.

A jednocześnie jest to też nieoceniony badawczo materiał, dlatego że jest tam tyle informacji o historii obozu, ludzi w obozie i przy szczuplutkiej takiej bazie niemieckiej dokumentacyjnej.

I tam, gdzie brakuje nam tych niemieckich dokumentów, to jest doskonałe uzupełnienie tych informacji i pozwala też na wysnuwanie wielu wniosków.

Takich bardzo cennych źródeł i takich bezpośrednich, no bo wpisanych przecież w obozie możemy po prostu mieć pewność, że ta konspiracja na pewno była na Majdanku, ta działalność była taka dość ożywiona.

No to całe sprawozdania są takie z lat 43-44.