Mentionsy
W pracowniach fałszerskich był znaczny procent architektów | Kazimierz Piechotka „Jacek” | Artyści w Powstaniu Warszawskim odc. 5
Kazimierz Piechotka ps. Jacek był architektem. W konspiracji pracował w Wydziale Legalizacji przy wytwarzaniu fałszywych dokumentów. Podczas Powstania żołnierz plutonu „Agaton” batalionu „Pięść”. Przeszedł szlak bojowy przez Wolę i Stare Miasto, następnie kanałami do Śródmieścia. Na terenie Śródmieścia w plutonie osłony KG AK „Łącz 59”. Po kapitulacji jeniec Stalagu IV B Zeithain. Do Warszawy wrócił w 1945 roku. Po wojnie razem z żoną pracowali w „Miastoprojekcie”. W 1948 roku założyli spółkę autorską: Maria i Kazimierz Piechotkowie. Wspólnie zaprojektowali liczne budynki mieszkalne i usługowe m.in. na terenie warszawskich Bielan. We współpracy z prof. Janem Zachwatowiczem opracowali projekt odbudowy warszawskiej katedry św. Jana.
Rozmowę w ramach Archiwum Historii Mówionej przeprowadził 2 czerwca 2005 roku Tomasz Żylski.
Szukaj w treści odcinka
I przed rozpoczęciem wojny pracowałem już w Zakładzie Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej.
Ostatnie wakacje przedwojenne spędziłem jako instruktor pomiarów, inwentaryzacji zabytków budownictwa drewnianego na Orawie, na Podhalu.
W czasie oblężenia Warszawy byłem przez... Właściwie w początkach wojny, jak wezwał Miastowski do ewakuacji mężczyzn, przez pewien okres wstępny usiłowaliśmy się dostać na wschód, no a potem powróciłem do Warszawy.
Po oblężeniu, po zajęciu przez Niemców Warszawy w Zakładzie Architektury Polskiej na Politechnice zaczęły się stałe spotkania dawnych pracowników zakładu.
Znana historia z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego w wywiezieniu Nielssonhausen przekonała, że jakakolwiek legalna działalność na Politechnice będzie niemożliwa.
Przy tym trzeba powiedzieć, że na przykład na tajnym wydziale architektury, który funkcjonował i zaczął praktycznie w 40., koniec 41. rok, przez cały czas nie było żadnej wpadki, a ludzie działali tam pod własnym nazwiskiem i wszyscy się znali.
Więc ja, pracując przed wojną w zakładzie, dosyć szybko właśnie zacząłem brać udział w tym tajnym nauczaniu.
To znaczy raz jako student kontynuujący swoje własne studia, drugi raz jako taki stały pracownik zakładu i jako...
Jak zacząłem pracować w Zakładzie Architektury Polskiej, zacząłem pracować w pracowni, która przygotowywała projekty odbudowy Warszawy.
Może Pan opisać jak to wyglądało?
To polegało na tym, że w momencie kapitulacji prezydent Starzyński miał zapewnione w trakcie kapitulacyjnym, że dla potrzeb odbudowy Warszawy będą powołane instytucje, taka rada.
I wtedy powstały takie pracowie półjawne.
I były w Zakładzie Architektury Polskiej również prowadzone projektowanie, na przykład projektowanie trasy północ-południe, którą przed wojną przewidywano, część była zrealizowana, to była Haubińskiego, ale niepodległości, przejście jej na północ w stronę Żoliborza.
Więc byłem zatrudniony jako kreślacz, jako pomocnicza siła techniczna w pracowniach tych, w tej pracowni właśnie związanych z odbudową.
Potem po przejęciu przez AK muszkieterów powstała jako pracownia, którego kierownikiem został cichociemny Stanisław Jankowski, Agaton, który w 1942 roku
I do naszych obowiązków niejako należało przygotowywanie na zlecenie wywiadu dla kurierów, dla pracowników wywiadu, przygotowanie fałszywych dokumentów.
Jak wyglądał mój dzień?
W placu przed Politechniką, gdzie łączniczka przynosiła, jak gdyby, dyspozycję tego, co ma się wykonać w pracowni.
Jakie dokumenty, dla kogo, jakieś fotografie tego delikwenta.
I wtedy Piotr Biegański i Zosia Chojnacka, czyli Paweł i Agata przychodzili i rozpakowywaliśmy tą przesyłkę i rozdzielana była robota do przygotowania.
Czy mogę podpowiedzieć jeszcze, w jaki sposób potrabialiście te dokumenty?
Czy jakaś metoda była specjalna?
Na przykład należąca do rodziny mojej przyszłej żony drukarnia Anczyca w Krakowie.
To mimo kontroli niemieckiej, bardzo ścisłej, drukarze potrafili tak ustawić maszynę, że jeszcze parę egzemplarzy poszło do konspiracji.
One mogły być podstawą do odtworzenia i potem, jak Jankowski już przejął cały wydział i powstały cały szereg innych pracowni, między innymi była pracownia, która przygotowywała blankiety.
Był taki słynny Durglasschein.
Przepustka podróżna, czy taka karteczka, mniej więcej wielkości karty pocztowej, którą wymyślili, że będzie drukowana tak jak
Ta siateczka miała być, była zrobiona w ten sposób, że się kolor zmieniał, tak jak banknota, od żółtawego do zielonego.
Miała wdrukowane maszynowo, tak jak banknoty, serię i numer.
Na początku to były dosyć prynitywne rzeczy, na przykład stęple, bo tak, dokument to się składa z blankietu, z jego wypełnienia, jego ostemplowania pieczątką i podpisów.
Jak powstawał ten dokument?
I były też dokumenty jak gdyby wymyślane.
Na przykład w pewnym okresie fałszowano całkowicie fikcyjne dokumenty, nieumocowane w jakiejś instytucji.
Pod tytułem Feldpost numer taki i taki, Poczta Polowa...
Jakiś kontroler gdzieś w głębi Niemiec nie był w stanie sprawdzić, czy Feldpost nr 723 jest autentyczny i pochodzi z Mińska, bo tajemnicą było przecież jego umiejscowienie.
Więc jaka czynność?
Nie było nic gorszego jak takie rysowanie z dużym wysiłkiem, bo wtedy to się wyglądało nieautentycznie.
Natomiast trzeba było poznać podpis, powtórzyć go wielokrotnie i nauczyć się go i potem niejako w ciemno podpisać, żeby on mógł się trochę różnić od dokumentu autentycznego, ponieważ
Taka była firma Pionier, która potem dostarczała pieczątek tych gumowych.
To pierwsze podpisy robił profesor Ostoja Chrostowski, znakomity drzeworytnik, który wyrzynał w klockach drewnianych pieczątki z odstępstwami.
To, że się na to łapali Niemcy, to było, no, nie zdawali sobie z tego sprawy, że to, tak jak drzeworyt, trzeba odcisnąć, wobec tego każdy drzeworyt daje wgłębienie.
Ale jak zobaczyliśmy te piechotki produkowane, te stemple produkowane przez... Nie zdawaliśmy sobie sprawy kto to robi, bo to była oczywiście konspiracja.
Ale takiej jakości drzeworytu w życiu nie widziałem.
Bo nie można było, że tak powiem, trzymać iluś różnych maszyn do pisania czy różnych dokumentów.
Stasiankowski był znakomitym organizatorem i doskonale to poprowadził.
Oprócz tego uruchomiono tak zwanego Pakulskiego.
Pakulski to była pracownia, która przygotowywała skrytki.
Tam działał taki Leon Putowski, technolog, który był genialny w robieniu skrytek.
Opowiadano mi potem, jak jego zaangażowanie się odbyło.
Tak się zaangażował, że przyszedł Jankowski do nich, do warsztatu i on powiedział, no tak, no tak, no to.
I ze sterty wiórów i odpadów tych wyjął taki kawałek deseczki.
Przesyłał informacje, raporty w postaci fotografii, których odbitki trzeba było tak wyskrobać, że tak powiem, tak wycienić bez uszkodzenia tekstu i zwinąć w szczotkę czy jakiś przedmiot, który nie będzie buził wątpliwości.
Przed samym powstaniem była decyzja podziału, że tak powiem,
W naszej pracowni tego Gajewskiego na dwie grupy, trudno nazwać grupy, Piotr Biegański i Zosia Chojnacka miały dalej prowadzić pracownię, a ja miałem pójść do powstania takiego no już z broją o ręku.
Ja zresztą z tą broją o ręku byłem dosyć na bakier, dlatego, że ja chciałem pójść do Podchorążówki, a oni doszli do wniosku.
Przed powstaniem już z Pragi przeniosłem się na tą lewą stronę Warszawy, żeby nie tracić kontaktu.
Jeszcze w dniu powstania Jankowski był na tym punkcie jednak elektoralnej.
Czy w jakiś sposób zabezpieczyliście Państwo dokumenty, wiedząc, że powstanie się zbliża?
Byliśmy parą, która, że tak powiem, trwa sześćdziesiąt parę lat.
Przed powstaniem pojechałem do niej, do Krakowa, a potem do Tarnowa, do rodziców i przekonałem, że bolszewicy są już pod przemyślem.
Że jak wejdą bolszewicy, to nie wiadomo, co się będzie działo, że w dużym mieście będzie lepiej.
Tam wtedy była bardzo niedobra sytuacja, bo nas przydzielili do tej grupy, zgrupowania Radosław, które miało stanowić taką dosyć nieźle wyposażoną, jak na ówczesne warunki, siłę bojową, jeżeli tak można określić.
W pobliżu była w garbarni Pfeiffera punkt postoju komendy głównej AK.
Znaczy komenda główna nie widziała, nie znała rozmieszczenia sytuacji jaka jest.
I między innymi były takie patrole, to jest takie zdjęcie patrolu prowadzonego przez Jankowskiego, które fotografował Bałuk, gdzie
Chodziło o to, żeby się zorientować jaki jest zasięg powstania.
Wtedy się okazało, że jest, prawda, dworczec Gdański i ten cały Żolibórz jest odcięty, że Śródmieście jeszcze się łączy ze Starym Miastem, ale że idzie atak z Woli na oś Saską, nazwijmy to tak, na przejście przez Warszawę.
Przez ten, że Śródmieście jest jakoś opanowane.
Był atak na Młynarskiej, ale w gruncie rzeczy cofanie się następowało na Okopową, potem na Stawki, potem cofanie się na Muranowską i wtedy nie było łączności z Żoliborzem.
Doszliśmy do Kampinosu i tam była próba przygotowania takiego ataku odberczającego od strony Powązek.
Był drugi takie przejście.
Po czym nastąpiły te nieudane ataki na dworzec Gdański.
Jedno z najprzykrzejszych wspomnień z powstania to jest to jak nam, bo nas przydzielili wtedy do właśnie Komendy Głównej,
Kiedy kazali nam po nieudanym ataku na dworzec Gdański jak gdyby zarejestrować stany oddziałów, które się uratowały.
I przychodziło się do takiej grupy siedzącej pod domem na WSM-ie zmordowanych ludzi.
To był szaleńczy pomysł, jeżeli tak można jakoś określić, żeby z tym uzbrojeniem zdobyć bunkry, wale i wojska.
Tam był taki moment dramatyczny, kiedy jest burzowiec w poprzek kanałów i tam była lina, którą się można było posługiwać, żeby nie spłynąć
Myśmy tak siedzieli na wlocie do burzowca i on szedł i doszedł.
Ja potem chodziłem z taką grupą z powrotem na Żoliborz.
No więc to było jakieś takie opanowanie strachu tych ludzi przy przechodzeniu przez kanał.
I wpakowali w taki ten kanał żoliborski, nazwijmy to tak.
Był taki, że można było wyjść i chodzić w uprostowanym.
Dali nam taką dziewczynę łączniczkę drobną, która miała patyk i zapierając się z tym patykiem przechodziła kanałem.
No a myśmy mieli jakieś pistolety maszynowe na szyi i plecaki i byliśmy trochę więksi, wyżsi i nas nie przeszliśmy tym kanałem.
Po czym przed kapitulacją Starego Miasta właściwie w momencie wycofywania się przeszliśmy na Śródmieście na Nowy Świat tym kanałem już ewakuacji razem z Komendą Główną AK.
Tam w dzielnicy był szpital w podziemiach i była również komenda główna AK.
I wtedy nas, jak wyszliśmy z kanałów, to pamiętam, wtedy pierwszy raz z jeńcami niemieckimi miałem do czynienia.
Myśmy akurat po ślubie poszli do mojej takiej stryjecznej babki przedstawić żonę i nas minęło to uderzenie bomby i wtedy została, byliśmy dekorowani przez Bora Krzyżem Virtuti Militari.
Nas czterech zostało sprowadzonych, nauczyli mnie wtedy, bo ja taki wojak to byłem dosyć
Wtedy pierwszy raz, że tak powiem, był kontakt z Borem.
Po czym nas po zbombardowaniu ewakuowali na Mokotowską.
Najpierw do jakiejś kamienicy na Mokotowskiej, gdzie była delegatura rządu chyba, a potem na piękną do Małej Pasty.
Ale miałem całe ręce i nogi, więc z tego nie bardzo byłem pacjentem chirurgicznym, bo z tego położyli mnie w ciemnym kącie, dawali jedną fastylkę cibazolu czy jakiegoś z antybiotyką, no i właściwie nic się specjalnie nie działo, no i myśmy przeszli.
Wtedy Jan Kowski z taką grupą swoich
We wszystkich ankietach, we wszystkich dokumentach pisaliśmy, że jesteśmy z AK, z oddziału drugiego, z sztabu głównego, czyli wszystkie... To była taktyka, która jak gdyby rozbrajała.
Natomiast zaraz po wojnie pracowaliśmy w Zakładzie Architektury Polskiej
Mieli kontakt ze studentami i to był też drugi etap wielkiego nieszczęścia, bo ci znakomici ludzie, którzy zginęli, z tych studentów tajnego wydziału zdziesiątkowano.
Z tych, z którymi miałem kontakt jako studentami, jako ten, który te jakieś ćwiczenia z nimi odbywał.
Znakomici chłopcy, zdolni, inteligentni, wyrżnięci w powstanie, a potem ci co się uratowali.
Taki Wojtek Świątkowski, który był ostatnim dowódcą parasola, dostał 9 lat zdaje się, czy 12.
Może zaczniemy tak.
Mnie powstanie zastało w jakimś tam sukience, która po kilku dniach była już dosyć brudna, wobec tego postanowiłam ją wyprać.
Ja zostałam w tej cudzej sukienczynie i w niej już chodziłam jako jedynym stroju, który miałam przez aż do końca powstania.
Wobec tego buty no były takie trochę powiedzmy seluźne.
Był dzień taki deszczowy, dziewiąta rano, kiedy szliśmy do ślubu.
Był nim petunie, tak samo jak u Jeziorańskiego.
Rosły na balkonie na ulicy Przeskok, ale ponieważ padał deszcz, a w okolicy były pożary, to te betunie miały kształt takich szarych, obwiśniętych, obwiśniętych jakichś strasznie żałosnych frędzelków.
W hali operacyjnej PKO, bo tam właśnie siedzi paszta bułównego, na uczcie była puszka duża pasztetu końskiego, kawałek, właściwie chleb taki ciemny, który skądś chłopcy zdobyli i butelka wódki, więc uczta była wystawna.
Tak, no, po ślubie poszliśmy do Kina Palladium, ponieważ tam był kocioł, w którym dziewczyny parzyły kawę zbożową, którą mógł każdy dostać za darmo.
Jak to jest jakieś wzruszające, które do tej pory mi jak gdyby mam wdzięczność.
No bo myśmy wcześniej, to było te jeden czy dwa dni, które myśmy dali znać, że... No jakoś, wie Pan, wtedy się to rozeszło błyskawicznie, no.
To będzie jakieś wydarzenie.
Wydarzenie towarzyskie w trakcie powstania.
Były chłopcy z oddziału, był Jankowski, był taki brat naszej przyjaciółki, architekta.
No i jakoś mimo wszystko te okoliczności wpłynęły pozytywnie na dalszy ciąg naszego małżeństwa, bośmy w zeszłym roku obchodzili tak zwane brylantowe wesele z tą 60-latkiem.
Ostatnie odcinki
-
Ślub był w kaplicy urządzonej w sklepie | Boles...
20.04.2026 10:00
-
Miał pseudonim „Kotwa” ze względu na to, że to ...
13.04.2026 10:00
-
Całe życie pomagała wszystkim, bo była harcerką...
30.03.2026 10:00
-
Duża solidarność, wzajemna opieka, dzielenie si...
23.03.2026 11:00
-
Ta Warszawa czekała, kiedy będzie mogła z broni...
16.03.2026 11:00
-
Takie jest szczęście. Nigdy nie wiadomo, kiedy ...
09.03.2026 11:00
-
Wyszli i padli nieprzytomni od powietrza | Tere...
02.03.2026 11:00
-
W kanałach szli czternaście czy dwanaście godzi...
23.02.2026 11:00
-
Jest wycieczka do Krakowa | Tadeusz Karczewski ...
16.02.2026 11:00
-
Chodziło o stwierdzenie, że to ten samochód | E...
09.02.2026 11:00