Mentionsy
Punkt sanitarny był bardziej narażony na bezpośrednią walkę | Jan Gliński „Doktór Jan” | Lekarze w Powstaniu Warszawskim odc. 2
Jan Bohdan Gliński ps. Gbur, Doktór Jan był lekarzem w zgrupowaniu „Gurt”. Podczas Powstania prowadził Punkt Ratowniczo-Sanitarny przy ul. Nowogrodzkiej 34. 28 sierpnia 1944 roku został wypędzony przez Niemców, wraz z chorymi, rannymi i całym personelem sanitarnym trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie. Zdołał jednak uciec, a następnie objął kierownictwo powstańczego szpitalika w Górcach, którym zarządał do rozwiązania w grudniu 1944 roku. Po wojnie wyjechał na Dolny Śląsk, gdzie zorganizował Służbę Zdrowia powiatu zgorzeleckiego oraz szpital powiatowy, którego był pierwszym dyrektorem.
Rozmowę w ramach Archiwum Historii Mówionej przeprowadziła Anna Kowalczyk 22 maja 2006 roku.
#1944 #powstaniewarszawskie
Rozdziały (5)
Lekarz Jan Gliński opowiada o swoim urodzeniu, edukacji i początkach w konspiracji.
Jan Gliński opisuje, jak zdawał egzaminy medyczne podczas okupacji i swoje doświadczenia z konspiracyjną działalnością.
Jan Gliński opisuje swoją pracę na punkcie sanitarnym podczas powstania i sytuację w tym punkcie.
Jan Gliński ocenia organizację opieki lekarskiej i sytuację w punktach sanitarnych podczas powstania.
Opisuje wydarzenia po zakończeniu powstania, w tym zamieszkanie w Zgorzelcu i prace w szpitalu, a także kontakty z personelом niemieckim.
Szukaj w treści odcinka
W 1942 roku wstąpiłem do organizacji Unia, która wkrótce potem przeszła do AK i znalazłem się w trzeciej kompanii zgrupowania rządzie AK Gurt.
Jak wyglądała nauka w czasie okupacji?
Jak wyglądały studia w czasie okupacji?
Jan Gliński koło Magdeburga, ale jako sanitariusz, oni zwolnili sanitariuszy cały wielki transport i mnie też w lutym 40 roku wróciłem i mogłem przystąpić do zdawania egzaminów, których miałem do zdania wtedy jeszcze 17.
Taki był system studiów medycznych, że tylko kilka egzaminów można było na początku studiów zdawać, a reszta wszystko po skończeniu, po uzyskaniu tak zwanego absolutorium.
Proszę powiedzieć, jak odbywało się zdawanie tych egzaminów?
I to były normalnie egzaminy, tak jak i przed wojną, tyle że w bardzo przyspieszonym tempie, no bo do 3 maja, 3 maja zabronili dalszego zdawania.
Profesor Roman Nitsch, bakteriolog, był ciężko chory i egzaminował mnie samego, jednego tylko, jak leżał w łóżku.
W ten sposób zdałam do końca wszystkie egzaminy, także w początku sierpnia 1941 roku już miałam ukończone i stąd mam datę do dyplomu lekarskiego.
Na ogół w domach u profesorów, tak.
Całe audytorium wielkie i jego asystentów i studentów i innych, tak bardziej pokazało.
Znaczy oczywiście te wymagania były przed wojną, a w czasie już wojny tego nie było tak wymagane.
I w początku, a jak skończyłem dyplom, jak dostałem, to jeszcze rok był stażu obowiązkowego w klinikach warszawskich.
I od 1 grudnia 1943 roku już dostałem etat w Szpitalu Świętego Stanisława, Szpital Zakaźny na Woli w Warszawie.
I jeszcze przed powstaniem założył Pan rodzinę, tak?
O, tak.
Myśmy wtedy mieszkali, wynajęliśmy dwa pokoje u pani doktor Idalii Korsak, wspaniałego pediatra warszawskiego i u niej tam mieszkaliśmy do powstania.
Sześć, dziesięć, dwanaście, tak.
Jak Pan wspomina teraz te szkolenia?
No ja i te szkolenia i potem już jako lekarz w szpitalu zakaźnym szkoliłem studentów już tych, którzy studiowali na tajnych w Uniwersytecie Warszawskim czy Uniwersytecie Ziemi Zachodnich, czy w Szkole Zaorskiego.
Ja miałem etat w Zakładzie Anatomii Patologicznej tam przy doktorze Aleksandrze Pruszczyńskim.
I tam przychodziły całe grupy takie, które na te pokazy sekcyjne i ćwiczenia, zajęcia.
I jak często to się odbywało?
Jak się udało zdobyć lokal i potem zawiadomić wszystkich tych zainteresowanych, żeby na dany dzień i godzinę przyszli tam i z podaniem hasła.
Mnie to nie spotkało na szczęście, ale cały szereg takich osób i studentów i wykładowców zostało aresztowanych.
Z Pana środowiska były takie osoby, tak?
Z Pana środowiska takiego bezpośrednio były osoby, które zostały aresztowane za prowadzenie takiej działalności?
Była taka sytuacja, jak mieszkaliśmy na Silickiej, kiedy w czerwcu 44 roku, wkrótce przed powstaniem, o 4 rano gestapo weszło do naszego mieszkania, bo tu są Żydzi.
Rzeczywiście pani doktor Idalia Korsak przechowywała Żydówkę, ale ona parę dni wcześniej wyniosła się,
Przychowywała też, u niej mieszkał wojewoda Józewski, też działacz AK-owski późniejszy.
Także konspiracja była, ale na ogół nikt o tym wzajemnie się nie informował.
Gdy wybuchło powstanie, gdzie pan, jak ma pan wyznaczone zadanie i jak to się przydarzyło?
I dostałam przydział, jeszcze nie wiedziałam gdzie, ale w ostatnich dniach lipca dostałam zawiadomienie, że mam się stawić u doktor Barbary na wspólnej, na wywoucie kontaktowym.
No, była pierwsza taka mobilizacja, odwołana niestety, uważam, bo ona troszkę uspokoiła Niemców, pozwoliła im wywieźć swoich rodzin i innych.
I potem już było mniejsze zaskoczenie dla nich, jak była ta druga prawdziwa godzina W. Jak pan zapamiętał ten moment,
I tam, jak byliśmy, zaczęła się strzelanina.
To był taki lokal po jakiejś spółdzielni dentystycznej, chyba w podwórzu, na parterze tego budynku.
Przypowiedz, jak wyglądał właśnie ten pierwszy dzień, gdy zaczęto odnosić pierwszych rannych?
W naszym punkcie to mieliśmy 2 sierpnia, bo wtedy Niemcy, którzy bardzo mocno obsadzili pocztę na Ruchu Poznańskiej i Nowogrodzkiej w pobliżu nas, ewakuowali dwa domy na ulicy Poznańskiej.
Musieliśmy zająć lokal taki, były tam cech piekarzy, zajęliśmy ten ich lokal na to, żeby tych rannych, a potem i chorych różnych móc tam leczyć.
No, w tym punkcie to już ja potem prowadziłem, byłem jako kierownik tego punktu.
Był jeszcze drugi starszy lekarz, starszy ode mnie, który przypadkowo się tam znalazł, doktor Walisław Kobyliński, którego syn ginął w powstaniu zresztą, ale ja byłem kierownikiem tego punktu, jak to mówią dowódcy wówczas.
Jak wyglądały kolejne dni?
Ja nie miałem okazji do jakiejś operatywnej pracy.
Bo ciężej rannych, jakie byli, to sanitariuszki nasze i sanitariusze w pierwszych dniach powstania jeszcze wynosiły do Szpitala Dzieciątka Jezusa.
Dwa czy trzy takie transporty poszły.
Także resztę już musieliśmy... Ale już zostali źle ranni, no i potem coraz więcej było chorych.
Tak, tak.
A tego 2 sierpnia wśród tych zabitych jeden z Polaków, z naszych sanitariuszy zginął, którego musieliśmy pochować na podwórku.
A jak wyglądało zaopatrzenie właśnie tego punktu sanitarnego?
Też było bardzo niewiele, tak żeśmy cały czas już tam głodowali.
Tak samo wtedy, dwa dni potem tej próby ataku na barykadę
A jak teraz z punktu widzenia lekarza ocenia Pan Powstanie, organizację Powstania?
Proszę Panią, cała młodzież, do której wtedy się zaliczałam przecież jeszcze, była pełna entuzjazmu do walki z wrogiem, nie bacząc na to niebezpieczeństwo, jakie nam grozi.
Pamiętam jak potem Niemcy nas zagarnęli, ale wychylając się na jezdnię na ulicę Nowogrodzką, widzieliśmy jak po drugiej stronie Marszałkowskiej...
Cała ulica Nowogrodzka zakwitła z biało-czerwonych sztandarów.
No to było ogromne dla nas przeżycie też, że tam jest… Przyszły raz do nas dwie takie sanitariuszki, no sami przemknęły się.
W pierwszych dniach powstania opowiadały nam, nam się wydawało, że wspaniale jest, tak żebyśmy rozumieli, że sytuacja bojowa jest bardzo dobra dla nas, wbrew tej rzeczywistości.
No ale ja jako w powstaniu zwykły strzelec, potem starszy strzelec, awansowałem na starszego strzelca, to ja nie miałam takiej orientacji, jeśli chodzi o kadry dowódcze.
Wyprowadzeni, tak.
To był starszy człowiek, on się nie mieszał do bezpośredniej opieki, ale jako doradza i konsultacje z nim różne odbywałam.
Jeszcze po wojnie się z nim kontaktowała.
Jan również z Państwem wyszedł, tak?
I on wszystkich ich przetransportował jeszcze, oczywiście przez Niemców, do Krakowa.
Proszę pani, ja do dziś nie wspominam, był taki opiekun domu, komisarz domu nazywał się, nazwiskiem Kominek.
Miała przypadek taki, zatrucia nikotynu.
A poza tym choroby zakaźne się były, czerwonka, potem indury.
To znaczy to zawsze tak się wówczas odbywało, że bandaże po zdjęciu opatrunku prało się do ponownego użytku wielokrotnego.
No a tak jak zaczęłam mówić, wypadzili nas przez Szpital Dzieciątka Jezus na Dworzec Zachodni.
Cała nasza grupa, dwadzieścia parę osób, bo tam jeszcze dołączyło się parę takich młodszych innych ludzi i mężczyzn też.
Bo ja nawet do niemieckiego lekarza, który tam w Polonii był, poszedłem, on mi dał takie pismo do Niemców, żeby nas przepuszczali.
I tak jakśmy wyruszyli z dworca zachodniego,
Ośrodek zdrowia mieliśmy w budynku w jakimś parku.
Jakoś się udało, przednacowaliśmy tam.
No i potem dostałem przydział jeszcze, nawiązałem kontakt z AK w naszym ciągu i dostałem przydział do Górc, gdzie w Szkole Powszechnej, drewnianym, w takim budynku było mnóstwo rannych, a nie było żadnej opieki.
I tam takie szpitale w Górcach prowadziłem już do końca roku.
W tych górcach, tak.
Tak to było.
Na zakończenie tego szpitala został sporządzony komisyjny protokół z całej działalności tego szpitalika w Górcach i zachował mi się.
Jak wiele osób liczył ten personel?
Na jakich oddziałach?
Osoby, które wychodziły z powstania, tak?
Tak, tak, tak.
Tak, ale pierwsza rzecz, jak myśmy tam przyszli, to miejscowa gmina, Młociny, musiała nas zameldować.
Tam figurował jako szpital RGO, czyli Rady Głównej Opiekuńczych, szpital pęcykowski.
I tak funkcjonował.
Tam było, pod zwłaszcza było dużo takich w Brwinowie, w Pszczelinie, dużo było takich szpitali.
Ze starczym został tam tak społecznym, miejscowym sumptem zorganizowany dom opieki dla starszych.
A jeszcze taką ciekawostkę powiem, że w dniu 19 lutego 1945 roku, będąc w Kielcach, zostałem powołany na komisję poborową.
I tam wtedy zdekonspirowałam się, że byłem członkiem AK.
A dojechali do mnie jakieś sześć tygodni później.
Który był przyzwyczajony do operowania, więc to miał zapewnione, ale tylko ja, jeden Polak, a oni, wszystko reszta Niemcy.
Na szczęście umiałem się z nimi porozumieć po niemiecku, także szczęśliwie się udało.
Jakie pan ma kontakty z tym personelem niemieckim?
Jak przyjechałam tam, to było 200 Polaków, a kilkadziesiąt tysięcy Niemców w całym powiecie.
Z lekarzy, ja tylko byłem Polakiem, było kilku Niemców.
Drugi lekarz bardzo unikał znania kontaktów.
Tak jak zorganizowałem ambulatorium, szpital, to tego chirurga wzywałem, on nieraz operował u nas poważniejsze rzeczy, dopóki nie poszedł na zachód.
... zachowywały i nie znowu uciekały jak najprędzej na zachód przez Nysę.
Był jeden taki, który do mnie przyszedł, do gabinetu lekarza powiatowego, przyszedł i mocno się, inżynier niemiec, mocno się stawiał, ale jak go mocno został zrugany przez nas, to zaraz ucichł, złagodniał i był spokojny.
A był drugi taki lekarz-chirurg w terenie powiatu, doktor Joszko.
A w 1952 roku, to już na plenarnej sesji Powiatowej Rady Narodowej, gdzie była omawiana sytuacja służby zdrowia w Zgorzelcu, wystąpił członek prezydium tej Powiatowej Rady z imiennym oskarżeniem mnie jako wroga ludu, ogłosił mnie wrogiem ludu.
W takie warunki ja już nie bardzo chciałam tam zostać i potem się przeniosłem.
Ostatnie odcinki
-
Ślub był w kaplicy urządzonej w sklepie | Boles...
20.04.2026 10:00
-
Miał pseudonim „Kotwa” ze względu na to, że to ...
13.04.2026 10:00
-
Całe życie pomagała wszystkim, bo była harcerką...
30.03.2026 10:00
-
Duża solidarność, wzajemna opieka, dzielenie si...
23.03.2026 11:00
-
Ta Warszawa czekała, kiedy będzie mogła z broni...
16.03.2026 11:00
-
Takie jest szczęście. Nigdy nie wiadomo, kiedy ...
09.03.2026 11:00
-
Wyszli i padli nieprzytomni od powietrza | Tere...
02.03.2026 11:00
-
W kanałach szli czternaście czy dwanaście godzi...
23.02.2026 11:00
-
Jest wycieczka do Krakowa | Tadeusz Karczewski ...
16.02.2026 11:00
-
Chodziło o stwierdzenie, że to ten samochód | E...
09.02.2026 11:00