Mentionsy

Podcasty Muzeum Powstania Warszawskiego
Podcasty Muzeum Powstania Warszawskiego
16.02.2026 11:00

Jest wycieczka do Krakowa | Tadeusz Karczewski „Wierzba” | Akcje bojowe AK odc. 3

Tadeusz Karczewski ps. Wierzba do konspiracji trafił z harcerstwa w sierpniu 1943 roku. Służył w kompanii „Pegaz”, od lata 1944 roku w batalionie „Parasol”. Brał udział w akcji „Koppe” przeprowadzonej w Krakowie przez żołnierzy z „Parasola”. Podczas Podczas Powstania walczył na Woli, Starym Mieście, w Śródmieściu i na Górnym Czerniakowie.

Rozmowę w ramach Archiwum Historii Mówionej przeprowadziła Małgorzata Brama 6 maja 2007 roku.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 153 wyników dla "AK"

Ja się nazywam Tadeusz Karczewski, urodziłem się w Warszawie 12 września 1922 roku, a obecnie mieszkam od dłuższego czasu w Zakopanem na Wygnaniu.

A jak pan się zetknął z konspiracją?

Poza tym, jak pracowałem w tym Deutsche Flagg-Kaserne, dosyłali różne samochody do remontu z frontu.

To przeważnie były odkryte samochody, nie jakieś takie limuzyny, tylko wojskowe samochody terenowe i się szukało amunicji.

Podczas wojny jak ładował załóżmy tam magazynek, wysypało mu się 2-3 naboje, to nikt tego nie zbierał.

I od tego się zaczęła moja, że tak powiem, mój kontakt, bo dostarczałem amunicję komuś, kto miał kontakty z konspiracją.

I tak się to zaczęło.

No i Panu zaproponowali, tak?

Ja byłem potrzebny jako kierowca, ponieważ jeździłem samochodem.

To była dawniej taka historia, że trzeba było zahamować, wysiąść z samochodu, sprawdzić, które koło trzyma.

To nie tak się dzisiaj wjeżdża,

Także ja umiałem doskonale jeździć samochodem, o czym konspiracji się zorientowali i w związku z tym zaproponowali, żeby zamustrować mnie jako kierowcę, który będzie jeździł na różne akcje.

Pierwsze moje akcje to były zdobywanie samochodów.

Zawierały znajomość z takim kierowcą i w takiej krótkiej rozmowie o jaki piękny samochód, a z którego roku, a jak się sprawuje i tak dalej, miały...

A poza tym były takie historie, że usiłowały, załóżmy, kontrolować, w trędy ten samochód jedzie.

Albo dopytując się, albo może w jakiś inny sposób, nie wiem.

Tak że my mieliśmy początkowo dane, skąd wyjeżdża, po kogo podjeżdża.

Tak, żeby mieliśmy możliwość wybrania miejsca do zajęcia tego samochodu.

Jeden taki problem tylko był taki...

W ostatnim samochodzie, który żeśmy robili, był taki problem, że niebiec przerażony, owszem, jechaliśmy tym samochodem, jeszcze pamiętam, tamką w dół gdzieś.

I tam na tamce wysadzaliśmy tego kierowcę, który siedział obok mnie, bo ja już byłem za kierownicą, i stanęliśmy przed jakimś Soldatenheim.

On wysiadł i akurat z tego Soldatenheimu wychodzili Niemcy też.

I wtedy trochę mieliśmy pietra, no bo tu wyszła jakaś grupa Niemców uzbrojonych.

Nie wiadomo jak on zareaguje, czy koledzy pomocy dajcie, czy coś takiego, a on nam pięknie pożegnał, hej Hitler.

Były jakieś przygotowane miejsca?

Tak, tak.

Na Saskiej Kępie, już nie pamiętam jak ta ulica się nazywała, nie przypomnę sobie.

Może Zakopiańska, może jakoś inaczej, nie pamiętam.

Mieliśmy wynajęte dwa czy trzy garaże i tam ja te samochody, jeżeli był załatwiony taki samochód, odstawiałem do garażu i na tym się kończyła cała sprawa.

Jak była sprawa do załatwienia jakiegoś odskoku gdzieś, no to ja już ten samochód brałem stamtąd.

Bez dokumentów, naturalnie się było, bo do akcji się oddawało swoje dokumenty, nawet te fałszywe, które miałem, oddawałem.

Jak jechałem tutaj do Krakowa, na Kopego, no to już miałem też, początkowo chcieli nam dać dokumenty Volksdeutsche, niemieckie dokumenty.

Właśnie, jak ten wyjazd?

Jak to wszystko się odbyło?

Wyjazd był ciekawy, bo w ostatniej chwili… Jak do niego doszło?

Właśnie pan opowiadał, że dowódca powiedział, że jest wycieczka do Krakowa, tak?

Tak, wycieczka do Krakowa.

No, naturalnie wyjaśnili nam później, bo musieliśmy brać udział w odprawach, co, jak i gdzie, więc wiedzieliśmy, jaka to wycieczka, ale początkowo była taka ruza, że pojedziecie na wycieczkę do Krakowa.

I tego dnia ja jechałem tym dużym samochodem, 3,4 tony, to ciężarowy samochód, który miał ściany do baraków.

Te ściany do baraków były po to, że ja miałem tam w pewnym miejscu je wyładować i broń, którą byśmy ewentualnie z Krakowa wieźli z powrotem, miała być w tych ścianach do baraków z powrotem nadana do Warszawy.

Taki targ był na Pradze.

Za tym targiem jakaś uliczka była i tam był warsztat samochodowy.

Przemalowywali i tak dalej, i tak dalej.

I tam pracował taki pan, który miał pseudonim chyba Otwocki.

I w tej chwili... I tam go, że tak powiem, przysięgał i...

Szukaliśmy warsztatu jakiegoś.

Z prośbą, żeby nam pomógł, że musimy dojechać, pokazywaliśmy papiery i tak dalej, i tak dalej.

A ja jechałem wtedy, ten samochód był zarejestrowany na, jak to się po niemiecku nazywało, pamiętam, żeby to była taka izba rolnicza po polsku.

Landfische Zentrale Städtische Städte Warszawa, tak się to nazywało.

Więc trzeba było jakichś argumentów szukać, więc ja mówię, no ale mam jeszcze jakieś dokumenty, my żeśmy dostali wtedy dosyć dużo pieniędzy, Otwocki i ja, nie powiem, wiele tysięcy złotych na owe czasy, więc ja szukając dokumentów zacząłem wyjmować pieniądze, które miałem tam w kieszeni, Otwocki też...

On zapłacił dużo pieniędzy i ja mówię, no widzisz, możemy Ci zapłacić zamiast jechać samochodem, który i tak, i tak jest niesprawny.

Z tym wyglądało to tak, że oni się wzięli za tą pracę na zasadzie ruszać się, ruszać, kto mówi o robocie.

Takie to hasło było.

To taka dygresja.

Na takim wózeczku się wkładał, człowiek jechał pod samochód jakiś, ten wózeczek na kółeczkach był, nie leżało się na betonie.

Brało się ze sobą jakiś młotek i się leżało pod samochodzikiem.

Jak człowiek zobaczył, że wchodzi jakieś but niemieckie, no to z tym młoteczkiem się tam gdzieś stukało.

Zorientowałem się, że w ten sam sposób zaczynałem pracować przy samochodzie, na którym mi zależało, żeby dojechać do Krakowa.

W związku z tym powiedziałem, chłopcy, nie męczcie się, my tu zaraz kupimy jakieś pół litra i kiełbasę.

I faktycznie wyjęli z innego Chevroleta orbowód, dopasowali i pod wieczór samochód był gotowy.

I zdecydowaliśmy się jechać do Krakowa wieczorem.

Drogę na mapie to wiem, jak to wygląda, ale nie pamiętam w tej chwili nazwy tego.

Po drodze trzeba było tam wyładować na wsi te baraki i w pewnym miejscu nie było drogowskazów, drogi się rozchodziły.

I z pobliskiego jakiegoś zagajnika wyszło trzech czy czterech Niemców, herestreife, z tymi właśnie blachami.

Także oficer, który tam był dowódcą, sądził, że my jesteśmy w Volksdeutsche i powiedział, że akurat dobrze się składa, bo w jednej sztubie jakiś tam jego pracownik pojechał na urlop, więc możemy na jednym łóżku się we dwóch przespać.

Jak zobaczył, że dokumenty są polskie, to w takim razie zmienił tę całą swoją decyzję.

Mieliśmy Pietra Sakramenckiego, bo przecież była zwyczajna, prosta sprawa, żeby podniósł tylko telefon do Warszawy i byłoby po ptokach.

Ucieczka była niemożliwa, ponieważ to było zabarykatowane takimi kozłami z drutem kolczastym, a poza tym spuszczone były psy, które chodziły sobie po podwórku.

Odjechaliśmy jakieś półtora kilometra i musieliśmy zatrzymać samochód, żeby się wyśmiać.

Z radości, że się tak to udało.

No dojechaliśmy z jednodniowym opóźnieniem do Krakowa.

No i tak ten samochód, żeśmy tam zamustrowali, gdzie było trzeba i tak szczęśliwie się to skończyło.

A w Krakowie, gdzie tam się Państwo zatrzymali?

Jak w ogóle wyglądało przygotowanie do tej akcji, sama akcja?

Wystawialiśmy się jako w jednym miejscu, w jednym miejscu, ale nie codziennie.

Piękny, słoneczny dzień, płaszczyk dosyć duży, jeden, drugi, jeden pod budką, drugich dziesięć, tak że ktoś, kto by to obserwował.

Mógłby wyciągnąć jakieś wnioski.

Przerażonym jest strachem, tylko Warszawa to była zupełnie inna, a Kraków był zupełnie niemiecki.

Może się to krakowiakom nie podobać, co ja powiem, ale oni starali się mówić po niemiecku jak najwięcej.

I tego dnia on wyjechał, zawsze jeździł otwartym samochodem, takim terenowym samochodem otwartym, a za nim jechali, obstawa jechała, też w otwartym samochodzie.

I z jednej strony wyglądało to, że to ułatwi nam akcję, a z drugiej strony niepewność.

Także wiedzieliśmy, że powinien jechać.

No i tak jak powiedziałem na początku, zaczęli strzelać na tylne siedzenie.

AK po pierwszych strzałach osunął się na podłogę.

Akademia Górnicza, tam on pracował.

Także ten samochód, któremu teoretycznie Chevrolet miał zajechać drogę, to nie było racjonalne, ponieważ ten samochód mógł wjechać na trawę i ominąć tego Chevroleta i tak się stało.

A ja byłem wtedy, miałem diesla takiego i to był samochód przeznaczony dla ewentualnych rannych.

I ten diesel zapalił i garażowaliśmy gdzieś w mieście, w jakiejś szkole, która miała duży plac, boisko, i tam na tym żeśmy garażowali za zezwoleniem dyrektora tej szkoły.

Słabe akumulatory były i zablokowała się skrzynka biegów.

A ja siedziałem w tym czasie w samochodzie BMW ze sztorchem, który zginął tam po trzeciej akcji.

W takiej knajpie, która do dziś dnia jest, na rogu, już też nie pomnę, jak ona się nazywa.

Jak siedział pan tam w tej kawiarni… A to nie ja, to Zeus, to miłość mojej żony.

Tak, to taka miłość mojej żony.

I podczas pierwszej strzelaniny jakiś Niemiec usiął się do tej kawiarni schronić, mając broń w ręku.

No a odskok był normalny, wiadomo jak to wyglądało.

Z Krakowa żeśmy odskakiwali bocznymi ulicami.

Jeszcze w Ojcowie, tą starą drogą, tam jest taka furtka, jak gdyby furtka to takie przenośnia.

Są dwie skały, które się takie blisko siebie, wąziutka droga, wbita.

Tamtędyśmy odskakiwali.

Mieli tam jakieś karabiny maszynowe i Niemców roznieśli.

W mieście, tak, to było zupełnie co innego.

Poświęcili to parę minut na jakieś tam rozmowy.

To była taka zakurzona droga, ten pył był taki straszny.

W takim pyle się jechało, jak dzisiaj patrzę, w Afryce czołgi jeździły.

Dojechał taki odkryty samochód, to był taki Volkswagen, ale taki odkryty, który miał z tyłu silnik i tam siedziało czterech Niemców, właśnie ta, to żandarmeria.

Zatrzymali się, kierowca został w samochodzie, a trzech Niemców wysiadło w celach legitymowania czy coś takiego.

No nas było, jakby nie było, więc większa ilość.

Nie wiem, czy ci Niemcy zginęli, czy jak, ale ten ich odjechał.

Nie wiem z jakiego powodu.

Tam była jeszcze jakaś w tym czasie stadnina końska.

Nie pamiętam, jak się ten nazywał.

Myśmy stanęli w tej wsi, to był wąwóz taki do góry i oni przed tym wąwozem postawili karabiny maszynowe i czekali już na nas.

Jak się tylko wyjechali z tego wąwozu, dostaliśmy salwę i było po ptokach.

No to my żeśmy się usiłowali dostać do zboża, po takiej skarpie.

No to takie są moje refleksje po wielu, wielu latach.

Dostaliśmy go przy rzece Udorka, tak doszliśmy do takiej rzeki Udorki.

I taki był... Szopa była.

Zamiast wejść do rzeki i wzdłuż rzeki uczekać, tam znowuż wpchaliśmy się pod górę, była taka skarpa, żeby tą skarpę pokonać, a wtedy został rozkaz ja i Jacek, że mamy wstrzymać Niemców.

Co prawda też sobie myślałem tak, jeżeli nasza grupa wycofuje się, jeżeli będę szedł za nimi, to nie będę miał żadnej szansy.

Oni mieszkają przede mną jakieś 200-300 metrów.

Z tym, że Niemcy takim półksiężycem śli.

Przespałem w lesie, w stogu siana jakimś.

To fajne spanie było nawet, bo to i świerszcze tam były jakieś i to cykało to wszystko.

Zbłądziłem w lesie naturalnie i spotkałem jakieś kobiety, które zbierały jagody.

Dziewczyny na mnie dziwnie patrzyły, bo to była jednak wieś Beboka, a ja byłem jednak troszeczkę ubrany.

Jak to jest w tej piosence, jestem z miasta i śpiewam i czuć.

No ale nic, powiedziały mi, gdzie ten, jak się dostał do tej stacji tunel.

Ja drugi raz wbłądziłem w tym lesie i była taka jakaś szeroka przecinka.

No może gdzieś jest obstawa, może coś, może Niemcy i tak dalej.

Myślę, że tak, rower by się przydał.

On szukał właśnie takiej zguby, między innymi mnie naraz taką zgubę.

Doprowadził mnie tam do oddziału, który nocował pod jakimiś takimi płachtami.

Już mieli jedzenie jakieś, a później już w zakwaterowaniu było jakichś tam ludzi w szopie.

Tak, do dziś dnia pani Krzemień utrzymuje z nami kontakty.

Tak, ona była wtedy dziewczyną.

No i tam już było fajnie, już było jedzenie i tak po jakimś czasie obstawiali nas partyzanci, na nas asekurowali partyzanci i po jakimś czasie, po dwóch, po trzech szliśmy do takiego malutkiego rozjazdu.

Gdzie pociągi, gdzie były te szlabany, nie szlabany, te znaki, gdzie opuszczano znak, pociąg się zatrzymywał, to musiało być już ustalone i wsiadałyśmy tam do pociągu i jechaliśmy do Warszawy.

Dobrze, i wrócili Państwo tak do Warszawy?

Do Warszawy, tak.

A w jakich akcjach, a na przykład w Warszawie w jakich akcjach jeszcze na przykład Pan uczestniczył?

W zdobyciu trzech samochodów i akcja Kope.

Mam jeszcze takie pytanie właśnie jeszcze tutaj.

Dlaczego akurat właśnie AK z Warszawy przyjechała właśnie na tę akcję do Krakowa?

Na ten temat napisane jest dużo różnych... Ale wtedy jak na przykład dostali państwo właśnie taki rozkaz jechania, to nie zastanawiało wtedy, że dlaczego my z Warszawy jedziemy?

O, my byliśmy za nisko postawieni, żebyśmy wiedzieli, co dowództwo decydowało, ale wiem, że były tam przetargi, bo krakowiacy chcieli sami załatwić tą sprawę, tylko z tego, co ja wyczytałem...

To nie jest moja wiadomość osobista, tylko to jest z tego co wyczytałem i mam nawet kilka takich opracowań, że krakowiacy chcieli, mieli naprzeciw, naprzeciw Awelu jakaś, jest kamienica, ona do dziś dnia tam stoi z takimi wieżyczkami.

On mógł polec, utajnić, zmarł czy coś takiego.

Tak jest.

Tak to było.

A teraz właśnie te pierwsze, takie ostatnie dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego.

Były jakieś, nie wiem, przygotowania?

Czy przyszedł jakiś rozkaz, że zbiórka?

I tak się stało.