Mentionsy
Jeden z najcięższych okresów czasu wojny to był powrót do Warszawy | Dżennet Połtorzycka-Stampf’l | Artyści w Powstaniu Warszawskim odc. 11
Dżennet Połtorzycka-Stampf’l była dziennikarką i pisarką. Podczas Powstania w służbach pomocniczych na Muranowie, Starym Mieście i Żoliborz. Po wojnie była związana zawodowo z Polskim Radiem i Telewizją Polską. Współtworzyła powieść radiową „Matysiakowie”.
Rozmowę w ramach Archiwum Historii Mówionej przeprowadziła Barbara Pieniężna 24 maja i 7 czerwca 2013 roku.
Szukaj w treści odcinka
No jest 30., jest Niemcy, no wrzask, raus, jak zwykle wszystkie te wrzaski, krzyki.
To był 30 września, tak?
Tak.
Wie pani, takie mam tutaj ukłucie w sercu w tym momencie, dlatego, że ludzie wychodzili i zostawiali pełne szafy dobra, ubrań, futer, wszystkie.
Bo to były luksusowe dyżury, ponieważ dostawało się leżak i koc.
Poza tym miałam, różnie inteligenci tam były, więc na przykład miałam, to spędzałam takie dyżury z panem, nazywał się chyba Gościński czy Gostomski, w każdym razie był adiunktem Muzeum Narodowego, opowiadał mi o sztuce, o podróżach.
To były bardzo, bardzo, a tych bomb i tak nie można było zgasić, bo nie było czymś, też wody nie było.
Srebra rodzinne, wie pani, no ciężary jakieś, pościel.
Ale tak było.
I ponieważ ci ludzie się w pewnym momencie ociągali, pewno z tymi walizami ciężko im było zejść, to Niemcy wpuścili jakiś gaz.
I ja miałam tylko dwie torby, jedną taką polotniczą torbę, taką przed wojną tam maskę się w tym nosiła i taką torebkę, która już nie mogłam do niej dotrzeć, bo nie widziałam gdzie jest.
I te wszystkie moje skarby, które zgromadziłam w czasie powstania, ręcznik, szczoteczka do zębów, proszek do zębów, jakieś takie podstawowe, gdzieś tam druga para majtek, no inne skarby, wszystko zostało w tej piwnicy.
I jakby Niemcy mnie zrewidowali, to nie byłoby wesoło, bo nie wiedzieliby, co to są te klisze.
Aha, jakby dochodziliśmy już tam i opuszczaliśmy to Centrum Wyżoli, bo to już dawno, ale już inne ulice.
Stanęłam i tak jakby chciałam pożegnać Warszawę.
Może śmieszne, ale tak patetycznie we mnie
Było takie, odezwało się, takie powiedziałam, o miasto moje.
To znaczy jaki był?
No to były same ruiny, płomień, no w ogóle straszne, no po prostu jakby nic.
Ja w ogóle uważałam w pierwszym odruchu po wojnie, że Warszawa nie może być odbudowana, aż tak jak Kartagina powinna zostać otoczona murem i niech tak trzeba budować drugą stolicę, bo po prostu nie wierzyłam w to, że to można w ogóle ruszyć.
A jeszcze tylko przepraszam, taki szczegół, a propos Gieni jak przyszła, więc nikt jej o nic nie pytał, nic nie mówił, tylko babcia mówiła tak, od czasu do czasu mówiła do nas tak, Dżennusiu, powiedz mi, czego ci Niemcy chcą od naszej Gieni?
No więc tak to wyglądało.
I był taki moment, że ktoś przyszedł i powiedział, że wydają, że tam jakieś panie z okolicy, ze szpitala, pielęgniarki salowe czy ktoś tam wydaje kawę czarną.
No strasznie chciałyśmy pić przecież po takiej drodze, to kawał drogi.
Więc ten Władek Brzozowski zdjął beret taki przetłuszczony z głowy, no i poszliśmy z tym beretem.
Mówi, słuchajcie, ja was muszę uratować, zaraz przyniosę nosze, położę tam osobę, którą przenosimy tam i w charakterze pielęgniarek czy tam salowych przeniesiecie to.
No i jakimś cudem... Boże, jakie ciężkie były te nosze.
Ta babka, która tam leżała, ona coś jeszcze pod siebie podłożyła, jakąś walizkę czy coś.
No wie pani, ja nie przypuszczałam, że nie się nie noszy, to jest takie piekło.
Docent Chodkowska, no w ogóle i mojej siostry, więc to było takie miejsce, gdzie myśmy były już przyjęte jak znajome osoby.
Wie Pani, ja nie wiedziałam, że w ogóle coś takiego istnieje.
Jak zobaczyłam taką wesz na grzebieniu, no to w ogóle szał dostałam.
Płakałam, krzyczałam, bo jeszcze nigdy w czasie powstania nie płakałam, a te psi mnie sprawiły w stan szału.
Szabadylo, takie było lekarstwo.
No i nachapała mi tamtymi nożyczkami, bo ona mówi, ale zgódź się, no przecież jak ty to robisz, to ja też sobie cię ostrzegę.
No ale jak mnie zobaczyła po swojej własnej działalności, to powiedziała, że w życiu tego nie zrobi.
I tak została.
Pani docent Chodkowska mi wysmarowała tą sabadylą, także to było jako tako.
Najgorsze było to, że nie zdawałyśmy sobie sprawy, że my mamy także wszy ubraniowe.
Także to było tego rodzaju, no i myśmy tam, Władek się dostał do szpitala, więc już tam się nim zajęli, no ale to już Warszawa wychodziła, początek października Warszawa wychodziła już do,
No i jak teraz wyjść?
To nie jest takie proste.
No więc tak, a mnie wbandażowały głowę, Władkowi jeszcze więcej niż to co miał.
A moja siostra, byliśmy w fartuchach białych, siostra jako lekarz mogła wyjechać.
No i na furmankach, wtedy kiedy już się ewakuował szpital,
No pierwsze dni października po ewakuacji mieszkańców.
Staliśmy przed sobą jak dwa manekiny.
Tak że myśmy tam w takim kącie za szafami.
Ja jeszcze nie powiedziałam o jednej ważnej rzeczy, że po powstaniu, jak wróciliśmy na Muranowską, to babcia umarła.
I tak sobie myślałam, wie pani, w czasie powstania na Starym Mieście, że
Do czego Niemcy potrafili doprawić człowieka, że ja pomyślałam wtedy, jak wychodziłyśmy z tego starego miasta, jak to dobrze, że babcia umarła wcześniej.
Nie pamiętam dokładnej daty, ale to było już po powstaniu, bo przecież stałyśmy razem pod murem jeszcze, więc to... No tak.
Tak, tak, tak, 43 roku.
Ja już spałam tylko na leżaku, bo nie było już żadnych posłań, tego wszystkiego.
Nie wiem po jakim czasie, nie po paru tygodniach, nie było już nic do jedzenia, ale dokładnie nic.
I siostra, tak.
Ja już nie mówię o tym, że z rodziny było tak.
To jest moja rodzina, tak o której wspominałam, mieszkała w Chrynowie pod Wołyniem, a ci moi wujostwo, to też była starsza siostra mojej mamy, mieszkali pod innym miastem, pod Łódzkiem czy gdzieś.
W każdym razie wuj mój był takim administratorem majątku Chodkiewiczów.
I wrócili, to znaczy nas było tam, wtedy było lepiej pięcioro, tak, mój ojciec, moja siostra i ja, Danusia, jej mąż Henryk, nie, nawet więcej, ta pani, pani Helena chyba się nazywała, tak, i córeczka ich, to było siedmioro, do tego doszli.
Czyli było nas razem chyba kilkanaście tą małą osób, byli około 20, a jeszcze oni ukrywali dwóch AK-owców, którzy byli ranni na strychu.
On miał grupę Żydów w lesie, których, nie mówiąc o tym, że sam miał brać udział w powstaniu i tak dalej, ale te Żydzi tam byli.
Taką miała funkcję.
Proszę pani, to się nazywa, że ona... tony makaronu, którego nie było gdzie kupić, tylko ona to go... Robiła.
Pamiętam taką sytuację, kiedyś, już była godzina policyjna chyba, zadzwonił do drzwi chłopczyk.
Henryk potem, jak on miał zapalenie płuc, chłopiec go wyleczył i umieścił go za zgodą matki u jakichś sióstr tam z tamtej okolicy.
No i nogi jej wystawały i strasznie się denerwowała, bo jak myśmy w nocy musieli wstać, to było ciemno, to się zaczepiało te nogi i ona okropnie jęczała.
Jak długo tam byliście?
A jak wyglądało wejście Sowietów, pamięta Pani?
Tak, ale nie było frontów.
Sowieci weszli, jakiś Sowiet wpadł do nas, czy macie tu Niemców, czy są tu Niemcy, skąd nie ma Niemców, dawno Niemcy uciekli.
Jak ja szłam przez tą Warszawę, te gruzy do drugiego piętra, to wszystko, to było piekło.
Nie chciałam, nie lubiłam w tym momencie Warszawy, byłam zestresowana i chciałam jechać do Krakowa, żebyśmy pojechali do Krakowa.
No a ojciec na to powiedział, moja droga, po pierwsze w Krakowie nie mamy gdzie się podziać, po drugie ja już straciłem wszystko w czasie I Wojny Światowej, wyszedłem goły i bosy i teraz drugi raz i jedyne co mi zostało to cztery własne ściany i nie ruszę się stąd.
Na szczęście stołówkę tam otworzyli w jakimś momencie, więc jeszcze przynosił mnie jakieś tam jedzenie.
Nic nie było, po plus tego ubrania, które na sobie, ale przynajmniej dostał jakąś tam szczotkę do zębów i inne takie utensilia najprostsze.
Jak to życie na Żoliborzu wyglądało, jak pani tam się znalazła?
Tam ci nasi chłopcy przecież poszli z tym, a to była nieudana próba i straszliwa masakra.
Ale tak bezpośrednio, blisko nie widziałam tego.
Proszę Panią, ostatnio rozmowę zakończyłyśmy na momencie przyjazdu Państwa do Warszawy, czyli na styczniu 1945 roku na Muranowską.
Jakimiś furmankami ktoś tam nas podwoził, ale w sumie o przyjeździe nie było mowy.
Już nie mówię o tym wstrząsie, bo niby ja widziałam przecież jak wychodziłam z Warszawy, ale to jednak jeszcze co innego.
Powodę się chodziło z Górnośląskiej na Czerniakowsko, chwalić Boga potem pod górę, no ale to łatwo powiedzieć powodę do pompy, jak się trzeba w coś wlać, a skąd wiesz wiadro.
No właśnie, jak organizowaliście sobie… No to się nie da w ogóle tego odtworzyć właściwie, bo ja nie wszystkie szczegóły pamiętam, bo to wiadro chyba żeśmy znaleźli gdzieś, bo to trudno powiedzieć inaczej.
Potem kiedy troszeczkę się już jakoś
Zadomowiliśmy, jeśli można to tak określić, to do Warszawy przyjeżdżało do nas, nocowało wiele osób.
Bo to był taki punkt stały w Warszawie.
Majątek się powiększał, tak.
W pewnym momencie zjawił się na ulicy Matejki, gdzie była filia PKO, w której mój ojciec pracował w czasie okupacji, woźny tamtejszy, a skądinąd także zaprzyjaźniony z nami, bo był także mężem naszej niani jeszcze z dawnych lat.
Pan Stanisław Wasiluk, cudowny człowiek zresztą, który poza tym był niezwykle utalentowany w różnych dziedzinach, między innymi wspaniałym stolarzem, zbił nam z desek znalezionych takie spody do tapczanów, jeżeli to można nazwać tapczanami.
Bardzo istotny element, że po wymianie wycinali nam w ten karcie taki kwadracik na dole tego.
Jakieś takie żebraniny, no bo co można powiedzieć, ciotki jakieś się objawiły, no to jakieś ubranie.
Mieliśmy tak zwaną płytę kuchenną, w dawnych mieszkaniach tak to wyglądało.
No i nie pamiętam skąd, ale w każdym razie luksus wielki dostaliśmy i została zamontowana tak zwana koza.
Z tym, że to nie była typowa koza, bo typowa koza ma jeszcze takie płytki, na których można gotować.
No i jakoś to trwaliśmy, ale to...
A proszę powiedzieć, jak Pani pamięta te pierwsze miesiące w Warszawie i jak ludność Warszawy organizowała życie?
Tak, no więc jak myśmy byli, to jeszcze była pustynia w ogóle.
Jak się zobaczyło dom, na którym było napisane min nie ma albo min niet, no to właśnie człowiek był szczęśliwy, że spokojnie idzie.
Także to było takie uczucie ciągłego zagrożenia.
Wieczorem w parkach były krzyki jakieś, nie wiadomo było co się dzieje.
Zobaczyłam jego elektrokardiogramy i zrozumiałam, że ja się godziłam na coś takiego, co właściwie się przyczyniło dodatkowo do jego śmierci.
No, na szczęście była zamarznięta Wisła, po której się chodziło jak po chodniku.
W związku z tym można było przechodzić na drugą stronę i tam ludzie wymieniali jakieś ubrania, kto miał znajomych, kto tam się pożywił przy okazji.
Także to, no, Warszawa była pusta.
No, takim momentem, który zapamiętałam bardzo, była... Dowiedzieliśmy się nie wiem jakim sposobem, gazety jeszcze nie wychodziły, z ust do ust jakaś wiadomość taka, jak za dawnych lat.
Chyba tak, bo nie wiem skąd, że ma być defilada.
No myśmy nie poszli oczywiście na tą defiladę, bo pomijając trud chodzenia po takim mieście, to radość, że nie ma Niemców, mieszała się z potężną goryczą, wiadomo.
No i podobno było sporo ludzi, tych, którzy dopiero wracali przecież i gdzieś tam koczowali po piwnicach, zajmowali cudze mieszkania, jak się potem okazało, ale nie było innego wyjścia.
Ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tam wielu jest Polaków, którzy tylko w ten sposób mogli dotrzeć do ojczyzny.
No ale tak, tak, tak się to, tak to odbieraliśmy wówczas.
No i cóż, właściwie chciałabym opowiedzieć jeszcze a propos Uniwersytetu o fakcie, który odbył się, miał miejsce dużo później, w momencie otwarcia Uniwersytetu, to już była chyba późna jesień, nie powiem dokładnie kiedy.
Ale pomimo tego przerwy, że tak powiem, w opowiadaniu, to dosyć dla mnie były ważne.
No i dziewczyny się zakręciły i gdzieś tam poznajdowały w wypalonych domach jakieś sztory bordowe.
Po wielu latach dostałam skierowanie do przychodni jakiejś ortopedycznej, czyli w każdym razie
Tak myślę, Halina Głąbówna, Halina Głąbówna, skąd ja znam to nazwisko?
Tak.
Co się okazało, ona była w naszym wywiadzie AK-owskim w Berlinie.
No i tak to wyglądało.
Nie, no skąd, jakich Niemców?
Gdzieś tak, tak.
Wtedy, zaraz jak, jak... W Chorzowie, tak?
W Chorzowie, tak.
A jeszcze chciałam właśnie, powracając do, do poprzedniego okresu, jeszcze taką rzecz, która może mówi nie tylko o mnie, ale, ale o Warszawie.
Mianowicie tego wieczoru poprzedzającego tą straszną noc, kiedy Niemcy zabrali Janka i pana Byknara, pani Byknarowa była pod Warszawą, ona była nauczycielką podobnie jak ojciec i tam była, wykładana na kompletach i została tam na noc.
A w domu był pan Wytnar, był Janek i jego kolega, który mieszkał o piętro wyżej, grali w karty i kolega był świadkiem, jak odezwał się telefon, duszka dzwoniła, tatusiu, nie zdążę przed godziną policyjną, zostaję u mojej przyjaciółki na noc, raniutko o 6-7 będę wracała.
No to oni grali w te karty, potem pożegnali się, ten chłopak poszedł do siebie na górę.
Po prostu poszedł w stronę Rakowieckiej, spacerował tam i czekał.
Między innymi wylądowała w jakimś momencie w województwie piotrkowskim chyba, w jakiejś leśniczówce.
Duśka mi opowiadała po wojnie, że ona jak zobaczyła, że to od nas, to się tak ucieszyła, że zapomniała, że się ma drugie nazwisko i za maszystym swoim piórem podpisała się Danuta Bytnar na potwierdzenie.
No i jak to Polacy muszą się ponarzekać, więc już ktoś mówi, no tak, już się zepsuło, już zaczyna się.
Jak to całe towarzystwo runęło oczywiście.
Do tego kościoła i taki chłopak koło mnie stał, który zauważyłam, że on też biegł bardzo szybko do tego kościoła.
Mnie się łzy leją, a ona jak mnie zobaczyła... Łeeee!
No i zakończyliśmy to wszystko na schodach, w tym na pół wypalonym domu.
A ten chłopak, jak się okazało, był z panem Bytnarem w Oświęcimiu.
Mówi pani o tym chłopaku, który biegł do kościoła.
Pan Bytnar się nim opiekował, bo oświęcimy, ten chłopak zachorował na tyfus.
To znaczy, wie Pani, ja może w szczegółach coś mylę, ale taka jest relacja, którą ja znam, a może to było jakoś trochę inaczej, ale nie weryfikowałam tego, bo to pamiętam, że Duśka mi opowiadała.
Pan Bytnar się opiekował nim, starał się go z tego tyfusu jakoś wyciągnąć, może przypominał mu Janka.
Ten chłopak się opiekował z kolei panem Bydnarem.
No i taka wiadomość dla Duszki i on myślał, powiedzieć czy nie powiedzieć, ślub.
A tu taka wiadomość, że już ojciec na pewno nie wróci.
No a dla Duszki, której powiedział, w końcu było następne, jak to matce powiedzieć, bo przy matka czeka, że mąż wróci.
No i tak to było.
A jak Pani trafiła do radia?
Pracowałam w Czytelniku przez długi czas i tam jedną z naszych recenzentek, pracowałam w takim dziale wiedzy powszechnej, także myśmy wydawali takie książeczki, które pisali wybitni specjaliści na różne tematy.
Która, no widocznie jej się podobałam, no po prostu zaproponowała mi, ponieważ ona otwierała, taki był miesięcznik literacko-naukowy, zaproponowała mi stanowisko sekretarza redakcji.
Chyba 49, czy 48, jakoś tak.
Tych książek, które myśmy lansowali, bo tam pisaliśmy recenzje, ale byli recenzenci z zewnątrz, właśnie recenzentem z działu poezji był pan Jan Piasecki, który był kierownikiem redakcji literackiej w Polskim Radiu i on mi zaproponował przejście do siebie.
Do tej redakcji literackiej właśnie Polskiego Radia.
Tak, ja byłam wyłącznie w literackiej.
To zresztą było dosyć trudne, dlatego że wówczas trzeba było złożyć jeszcze jakieś takie oświadczenie potwierdzające z osoby, która może, nie wiem co gwarantować w każdym razie, no prawdopodobnie partyjnej czy jakiejś, ja nie miałam żadnej takich osób znajomych.
Pojechałam do niego, mówię, panie doktorze, potrzebuję jakieś doświadczenie, pan jest wysoko dobrze ceniony, może pan mi napisze, lekarz może, ja wiem czy może.
A my, kochane, ci wypiszę takie zaświadczenie, że cię nie tylko tam przyjęło, no bardzo był serdeczny.
Proszę powiedzieć, jak wyglądały te pierwsze lata pracy w radiu?
Sympatyczny, kulturalny, koledzy, wszystko było tak jak trzeba.
No wie Pani, w ogóle w życiu nie robiłam nic innego takiego.
Gdyby mnie nie uprzedzono, że górnicy, jak mają taką dziennikarkę jak ja, daj Boże, to robią różne przykusy, między innymi puszczają windę, tak wie Pani, że leci na dół.
No a tak miałam buty, 40 numer, bo innych nie było.
Pamiętam nawet jak się Sztygar nazywał, pan inżynier Radzowski.
Ja sobie wyobrażałam, że kombajn to jest wielka maszyna jakaś taka, a to okazuje się tej wysokości, który podcina te kościany.
Tak się to zaczynało.
A jak się zaczęło z Matysiakami, proszę powiedzieć?
Matusiakowie powstali, nie wie Pani, był październik, troszkę się rozluźniło, wszyscy chcieli coś wymyślić, coś zrobić, poprawić ten program, żeby był do słuchania, żeby ludzie chcieli słuchać.
Krunciewiczowa jeszcze wtedy nie było w Polsce, ale porozumiewaliśmy się z panią Boguszewską, czy one by podjęły taki trud.
No więc nasi panowie po prostu siedli we trójkę i wymyślili Matyśaków.
Mierków ruszył, taka była słynna jego książka Rzesławskiego, Wielka Papiernia.
Jak poszedł pierwszy odcinek, to wrażenie było niesamowite, dlatego że pierwsza reakcja jaka była, to jakiś słuchacz napisał pismo do KC, żeby zwrócić uwagę na tych matysiaków, dlatego że oni mówią po Gomułce per Władek i w ogóle traktują fatalnie partyj rząd.
Ten list, donos trafił do Sokorskiego, prezesa Sokorskiego, który miał poczucie humoru, w związku z tym przyszedł do redakcji, przyniósł nam ten list i zanosił się ze śmiechu.
Nie oczekiwaliśmy, że to tak będzie.
Pani Warszawa pustoszała, kiedy szli matysiakowie i było pełno różnych groteskowych sytuacji, bo kiedyś matysiakowa, czyli pani Helena Peżanowska została zaproszona.
W różnych miejscach byli zaproszeni, ale jako matka chrzestna statku w Gdyni.
Ona mówi, jak to Gienio?
No i takie sytuacje, sytuacje bywały.
Aktorzy byli biedni, dlatego że ile razy występowali wówczas w teatrze, no to się podnosił szum.
Także to mieli trudną sytuację.
No ale tak to było.
Ostatnie odcinki
-
Ślub był w kaplicy urządzonej w sklepie | Boles...
20.04.2026 10:00
-
Miał pseudonim „Kotwa” ze względu na to, że to ...
13.04.2026 10:00
-
Całe życie pomagała wszystkim, bo była harcerką...
30.03.2026 10:00
-
Duża solidarność, wzajemna opieka, dzielenie si...
23.03.2026 11:00
-
Ta Warszawa czekała, kiedy będzie mogła z broni...
16.03.2026 11:00
-
Takie jest szczęście. Nigdy nie wiadomo, kiedy ...
09.03.2026 11:00
-
Wyszli i padli nieprzytomni od powietrza | Tere...
02.03.2026 11:00
-
W kanałach szli czternaście czy dwanaście godzi...
23.02.2026 11:00
-
Jest wycieczka do Krakowa | Tadeusz Karczewski ...
16.02.2026 11:00
-
Chodziło o stwierdzenie, że to ten samochód | E...
09.02.2026 11:00