Mentionsy
Cmentarny zabójca. Głosy kazały mu napadać na kobiety | 160
❤️ PATRONITE: https://patronite.pl/opowiemcihistorie
📸INSTAGRAM: https://www.instagram.com/kamil.barnowski/W 1961 roku spokojne Skarszewy zamieniły się w miejsce grozy. Tajemniczy dusiciel atakował kobiety na cmentarzach, a milicja długo nie potrafiła go schwytać. W końcu śledczy trafili na trop Józefa N.
Wystąpili: Kamil Barnowski, Paweł Kalinowski
Opracowanie: Paulina Drożdż
Muzyka: Rafał Baryła http://entropysound.pl
Kontakt: [email protected]
Źródła: https://ntpd.eu/5ZDob
Rozdziały (6)
Opisane są historie cmentarza w Skarszewie i jego znaczenie dla miasta. Wymieniono również okoliczności Tysiąclecia Skarszew.
Opisane są okoliczności zabójstwa Haliny B. na cmentarzu ewangelickim w 1961 roku. Opowiadany jest proces śledztwa i identyfikacja podejrzanego.
Podano informacje o drugim morderstwie na cmentarzu w 1962 roku. Opisane są śledztwo i identyfikacja Józefa N. jako podejrzanego.
Opisane są okoliczności, w których Józef N. otrzymał diagnozę schizofrenii i jego proces w 1963 roku.
Opisane są przyznania Józefa N. podczas procesu i jego opowieść o zamiarze dokonania mordu.
Przed Sąd Wojewódzkim w Gdańsku Józef N. przyznał się do zbrodni. Rewizja do Sądu Najwyższego prowadzona przez mecenasa Łapickiego prowadziła do uchylenia wyroku śmierci i przeprowadzenia kolejnej ekspertyzy.
Szukaj w treści odcinka
W ludowej, zabobonnej świadomości jest też siedliskiem niebezpiecznych duchów, wampirów i upiorów.
Kamil Barnowski.
Dawniej na terenie Skarszew funkcjonowała także stacja kolejowa, której efektowny ceglany budynek zagrał w jednym z odcinków serialu Polskie Drogi.
Pomiędzy tymi dwoma ważnymi dla Skarszewian budynkami do 1978 roku przy ulicy Dworcowej istniał również stary cmentarz ewangelicki.
Obecnie o zniszczonej nekropolii przypomina tylko głaz z tablicą pamiątkową.
Ten okres miał być dla pomorskiego miasta wyjątkowy z innego powodu.
Wiosenne wydanie Dziennika Bałtyckiego przekazało czytelnikom.
Byliśmy, jesteśmy i zawsze będziemy gospodarzami ziemi gdańskiej.
Pod takim hasłem umieszczonym na estradzie sali widowiskowej kina w Skarszewach rozpoczęły się obrady sesji popularnonaukowej.
Referat na temat 10 wieków Skarszew w Służbie Narodu Polskiego wygłosił dr Wacław Odyniec z WSP w Gdańsku.
Kilka miesięcy później spokojnym, dumnym miastem wstrząsnęła tragedia pozostająca długo bez żadnego wyjaśnienia.
Jej zwiastunem było wydarzenie, o którym początkowo prawie nikt nie wiedział, a garstka poinformowanych zupełnie je zlekceważyła.
Sobotni wieczór 30 września 1961 roku był ostatnim w czasie letnim.
Młoda mieszkanka z Karszew, Wanda R., na piechotę wracała do domu ulicą Dworcową, kiedy nagle w okolicy cmentarza ewangelickiego jakiś mężczyzna chwycił ją za szyję i zaciągnął za bramę nekropolii.
Dziewczyna była kompletnie przerażona.
Z jakiegoś powodu napastnik próbował ją udusić.
Zamiast nieskutecznie się szamotać w sidłach równie młodego, ale dużo silniejszego osobnika, zaczęła z nim rozmawiać.
Nawiązany kontakt był na tyle dobry, że zmniejszył natychmiastową potrzebę morderstwa, a nawet skłonił chłopaka do zwierzeń.
Wanda miała być posłuszna, nie wzywać pomocy, a po skończonym posiłku wrócić z nim na cmentarz.
Różne rozczarowanie, tego wieczora ani nie zjadł, ani nie zamordował, bo w odpowiednim momencie zwinna Wanda wskoczyła wprost z chodnika przez otwarte okno do mieszkania kuzynów.
Kiedy przez nie wyjrzała, zobaczyła tylko uciekającego dusiciela.
Co zaskakujące, zaalarmowani jej przybyciem krewni nie uznali zdarzenia za niezwykłe.
Czasy, w których odpowiedzialność za atak przerzucano ze sprawcy na kobietę, wciąż trwały w najlepsze.
Następny dzień, czyli niedziela 1 października 1961 roku, dla większości PRL-owskich robotników była wolna, przeznaczona na rozrywkę i odpoczynek.
Obowiązki przeszkodziły mu nie tylko w wypoczynku, ale też w spotkaniu z nastoletnią córką, która zapewne ze względu na naukę mieszkała u swoich dziadków w Gdańsku.
Z wizytą wybrała się więc tylko jego żona, trzydziestokilkuletnia Halina B.,
Po sympatycznym popołudniu spędzonym z rodzicami oraz córką, kobieta pożegnała się i ruszyła do swojego miasta.
Jednak Panu B. zdawało się, że na tak krótkim odcinku
Wcześniej przekazał tylko stróżowi, Pawłowi K., żeby przed 22.00 otworzył żonie bramę do zakładu.
Na zajutrz kierownik obudził się bez towarzystwa ukochanej.
Haliny nie było ani w mieszkaniu, ani w obrębie mleczarni.
Paweł odparł, że przez pół godziny czekał przy otwartej bramie i wyglądał na ulicę.
Ale wszędzie było cicho, pusto, a kobieta nie nadeszła, więc w końcu wszystko pozamykał.
Wobec tego w panu B obudziła się nadzieja, że z jakiegoś powodu Halina została w Gdańsku nieco dłużej.
Niestety, jak dowiedział się od teściów, kobieta wyszła z ich domu tak jak planowała, żeby zdążyć na powrotny kurs.
Okazało się wówczas, że poprzedniej nocy kobietę widziano jak wysiada z pociągu i kieruje się w stronę mleczarni.
Powód tej potwornej zbrodni od początku był niejasny.
Nic nie wskazywało ani na motywację seksualną, ani rabunkową.
Na domiar złego zabójca nie zostawił po sobie żadnych ważnych śladów.
Dziś z pewnością dałoby się wyodrębnić jego DNA zostawione choćby pod paznokciami broniącej się ofiary.
Ale w latach 60. można było liczyć tylko na dowody dostrzegalne gołym okiem.
Zabezpieczony przez techników włos czy odcisk buta na cmentarnej ścieżce okazały się jednak zupełnie nieprzydatne.
Osoby, które podróżowały z Haliną B w jednym przedziale lub widziały ją na dworcu, niestety nie wniosły do sprawy niczego istotnego.
Tylko współpasażerka Irena K. swoją opowieścią potwierdziła, że do uduszenia musiało dojść w obrębie nekropolii protestantów.
Uznała, że ktoś pewnie robi sobie żarty z przechodniów, ale przezornie zmieniła swoją trasę.
Znalazło się także kilka innych osób, które zapamiętały, że o podobnej porze gdzieś pomiędzy grobów dochodziły dziwne dźwięki.
Ci świadkowie tłumaczyli je sobie inaczej.
W międzyczasie wyszło najaw, że złowrogi mężczyzna już poprzedniego wieczoru w tym samym miejscu zaatakował rezolutną Wandę R. Niestety, być może na skutek szoku, dziewczyna nie była w stanie podać wartościowego rysopisu sprawcy.
Pierwszą osobą, którą zaczęli podejrzewać, był stróż mleczarni, Paweł K., bo chociaż twardo się upierał, że przed 22.00 wyjrzał na pustą ulicę, z relacji pozostałych świadków wynikało zupełnie coś innego.
Ludzie wracali ze stacji kolejowej lub biesiady, więc nie było mowy o braku żywej duszy na dworcowej.
Dość szybko ustalono dlaczego.
Paweł K. zamiast czuwać, zwyczajnie zasnął, a obudziło go dopiero ujadanie psów.
W obawie przed konsekwencjami ze strony przełożonego, wmówił mu, że otworzył bramę.
Jako drugiego na zabójcę wytypowano agronoma Bogusława K. Obciążały go dawne porachunki z mężem ofiary, a na kilka godzin przed zbrodnią widziano go w pobliżu mleczarni.
Wobec powyższych poszlak i dowodów Bogusławka został zatrzymany i trafił do aresztu.
Dopiero kilka tygodni później biegli ustalili, że przedmiot użyty do morderstwa w istotny sposób różnił się od sznura agronoma.
W międzyczasie w czwartek 5 października odbyła się uroczystość pogrzebowa na cmentarzu centralnym Srebrzysko w gdańskim Wrzeszczu.
Na miejsce wiecznego spoczynku Halinę B. odprowadził tłum.
Kilka dni później na łamach Dziennika Bałtyckiego jej wzruszeni blisty dziękowali.
Zarządowi i Radzie Nadzorczej Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Skarszewach za okazanie współczucia, pomoc i oddanie ostatniej posługi w związku z tragiczną śmiercią Haliny B. Staropolskie Bug Zapłać składają rodzice, mąż i córka.
Niestety w tamtym momencie wsparcie życzliwych osób to było wszystko na co mogła liczyć pogrążona w żałobie rodzina.
Dla zrozpaczonych bliskich Haliny B. w strasznym miejscu stanął również czas.
Jednak w Skarszewach życie wróciło do dawnego biegu.
Mijały kolejne miesiące, a media informowały o takich rewelacjach jak uruchomienie rurociągu przyjaźń, otwarcie pierwszego SuperSAMu czy sierpniowy napad na bank w Wołowie.
Rok po zabójstwie na cmentarzu w Skarszewach doszło do niemal identycznego morderstwa.
Sceneria również była praktycznie taka sama.
Sprawca zmienił tylko wyznanie niemych świadków jego zbrodni.
Właśnie tam wieczorem 23 października 1962 roku zaciągnął 20-letnią Beatę W. Kobieta zaciekle się broniła.
Sprawca potraktował ją brutalnie.
Sekcja zwłok ujawniła, że doszło do złamania pięciu żeber, pęknięcia wątroby, śledziony i ogólnego uszkodzenia jamy brzusznej.
Podobnie jak wcześniej, bezpośrednią przyczyną zgonu było uduszenie sznurem.
Chociaż Beacie zabrano zegarek i w jej przypadku milicjanci stwierdzili brak motywacji rabunkowej.
Po odkryciu zwłok na cmentarz momentalnie wbiegli gapie, którzy z łatwością zidentyfikowali denatkę.
Była nią nauczycielka w lokalnej Szkole Podstawowej nr 2.
Placówkę, w której uczyła, utworzono dokładnie dekadę wcześniej, więc z okazji Okrągłego Jubileuszu dopiero co odbyła się stosowna uroczystość z prezentacją osiągnięć wychowanków.
Obok jednej fotografii figurowało właśnie nazwisko Beaty.
Młoda pani pedagog była w swoim środowisku lubiana i nic nie wskazywało na to,
Od tej pory ładna, ciemnowłosa kobieta z niezrealizowanymi marzeniami miała już tylko patrzeć z wizerunku na rodzinnym grobie.
Tym razem szybko jednak znaleziono trzech istotnych świadków.
Pewna mieszkanka z Karszew zarejestrowała, że wieczorem w porze odpowiadającej zbrodni widziała na ulicy Kamierowskiej osobnika w roboczych spodniach oraz wysokich gumiakach, który przez chwilę stał pod cmentarzem katolickim, a następnie odszedł w stronę szkoły.
Tego samego mężczyznę zobaczyła też Krystyna K. On również ją w końcu zauważył i od razu niezwykle się speszył.
Ponieważ zachowanie robotnika wydawało się Krystynie dziwne, kobieta postanowiła zameldować o tym milicjantom.
21-latek przekonywał, że nic nie wie o zbrodni, a na czas jej popełnienia ma alibi.
Przestępując próg, natknął się na matkę, która zrobiła awanturę o zbyt późny powrót.
Według słów podejrzanego, zamiast przyznać się do udziału w libacji, opowiedział rodzicielce, że zasiedział się w kinie, co było oczywistym kłamstwem.
Skarszewy choć miały własny srebrny ekran, filmów nie wyświetlano na nim codziennie.
Pamiętnego dnia kasa biletowa była nieczynna.
Sznur, który według ekspertyzy wykazywał ogromne podobieństwo doliny zdjętej z szyi Beaty.
Wskazał nawet, gdzie ukrył zegarek zdjęty z ręki Beaty.
Stało się oczywiste, że nauczycielka była drugą, a Halina pierwszą ofiarą skarszewskiego dusiciela.
Józef N. otworzył się przed milicjantami, opisał swoje życie oraz przebiegł obóz brodni.
Jak wynikało z jego opowieści, urodził się jeszcze w trakcie wojny i był owocem przelotnego romansu.
Jego matka nie chciała wyjść z zakochanka, z którym miała dziecko, bo był dla niej zbyt młody.
Niedługo po tym, jak jej pierworodny zjawił się na świecie, na ślubnym kobiercu stanęła zupełnie innym mężczyzną.
Ojczym Józefa dał mu swoje nazwisko oraz czterech braci.
Zdołał ukończyć siedem obowiązkowych klas szkoły podstawowej.
Później jako nastoletni praworządny obywatel podjął pracę.
Być może to przy okazji drugiego zajęcia poznał rówieśnicę Krystynę H.
Na sprawę Krystyny H. milicjanci trafili dopiero w trakcie śledztwa po drugim zabójstwie w Skarszewach, czyli ponad rok od zgłoszenia.
Napastnikiem okazał się znajomy Józef N. Krystyna ocaliła życie wmawiając oprawce, że jest umówiona i na polu zaraz się ktoś zjabi.
Ponieważ Krystyna nie wpłaciła wpisowego w sądzie, a tak obok technikum rolniczego uszedł Józefowi płazem.
O tym, żeby kogoś zabić.
Wieczorem, kiedy wszyscy domownicy byli przekonani, że od dawna śpi, wymknął się przez okno.
Nie znał żony mleczarza osobiście ani nie żywił do niej żadnej urazy.
Po zaspokojeniu koszmarnej żądzy mordu, chłopak bezszelestnie wrócił do pokoju i wsunął się pod kołdrę.
Już kilka dni później musiał wstawić się na obowiązkowym szkoleniu wojskowym, co wydawało się całkiem niezłym rozwiązaniem.
Miejsce zbrodni zostało daleko, a służba początkowo szła bezproblemowo.
Dotąd zdyscyplinowany, wręcz wzorowy rekrut zaczął zaniedbywać obowiązki oraz własny wygląd.
Był otępiały i tak dziwnie się uśmiechał, że wojskowi postanowili wysłać go na badania psychiatryczne.
Placówką, która go przyjęła, był szpital dla nerwowo i psychicznie chorych w Kocborowie, w Starogardzie Gdańskim.
Diagnoza była oczywista – schizofrenia paranoidalna.
Tym samym Józef zamiast wrócić do koszar, wrócił do Skarszew z opinią niezdolnego do służby wojskowej.
Pomimo choroby, na swoje utrzymanie zarabiać jakoś musiał, więc znajął się do pracy jako pomocnik murarza.
Stałe zajęcie nie odciągnęło jego myśli od zabijania kobiet.
Beata, zaatakowana w październiku, broniła się przed śmiercią niemal przez godzinę.
Józef co jakiś czas przerywał bicie i duszenie sznurem, żeby chwilę pogawędzić.
Ujawnił jednak, jak bardzo był cyniczny.
Kiedy gruchnęła wieść o odkryciu ciała nauczycielki, podobnie jak wiele innych osób, poszedł na cmentarz katolicki, udając szok i zaciekawienie.
W związku z tym, że przestępca racjonalnie tuszował ślady zbrodni, prokurator wystąpił o następną ekspertyzę.
Kolejny zespół lekarzy poddawał Józefa obserwacji, a on bez zażenowania opowiadał o okolicznościach mordu.
Przekazał biegłym, że od dawna chciał zabijać i tak jak przypuszczał, czyny te sprawiały mu ogromną satysfakcję.
Ale później się jednak zreflektował i stwierdził, że nie wie co skłoniło go do zbrodni.
Opowiedział przy tym, jak oszukał personel z Kocborowa.
Przed tamtejszymi biegłymi po prostu udawał, bo chciał jak najszybciej wydostać się z wojska.
To była cała tajemnica jego schizofrenii.
Zdaniem ich przejawiał on jedynie prymitywne cechy osobowości i tzw.
psychopatię seksualną o obrazie sadyzmu.
W czasie śledztwa i badań psychiatrycznych stało się bowiem jasne, że dokonywanie zabójstw na kobietach w życiu Józefa N. odgrywało taką samą rolę jak w życiu jego rówieśników i kolegów przygody z kobietami.
Sędzią przewodził prezes Walczyński, natomiast obrońcą z urzędu mianowano mecenasa Łapickiego.
Józef bez zahamowań przyznał, że dwa lata wcześniej szedł na Skarszewski Dworzec z konkretnym zamiarem dokonania mordu.
Gdybym nie udusił Haliny B., udusiłbym inną kobietę.
Byle udusić.
Przytaczanie potwornych szczegółów przed zasłuchaną publicznością zdawało się sprawiać mu przyjemność.
Upijał się szokiem na twarzach zgromadzonych osób i popisywał się przy każdej okazji.
Na przykład na pytanie, czy lubi zwierzęta, rzucił.
Lubię zwierzęta.
Ogromne emocje wzbudził również jego ojczym.
Mężczyzna twierdził, że w przeszłości pasierb groził mu śmiercią i oświadczył.
5 marca Sąd Wojewódzki w całej rozciągłości uznał winę oskarżonego i zgodnie z życzeniami wielu osób wymierzył karę śmierci.
W uzasadnieniu wyroku prezes Walczyński podkreślił lekko duszny stosunek Józefa N. do potwornych czynów, jego wyjątkową niepoprawność oraz kompletny brak skruchy.
Werdykt, chociaż druzgocący, nie był końcem długiej sądowej batalii.
Adwokat Łapicki szybko złożył rewizję do Sądu Najwyższego, akcentując problem z określeniem stopnia poczytalności jego klienta.
Dwa renomowane ośrodki wydały przecież sprzeczne ze sobą opinie.
W trakcie aż półrocznej obserwacji opowiadał o wpływie kobiet na jego życie, przyznając, że nigdy nawet nie spróbował się z żadną zaprzyjaźnić.
To, że nie miał bliskiej koleżanki czy kochanki, wcale nie znaczyło, że nie marzył o płci pięknej.
Przeciwnie, o kobietach miał myśli ciągłe i natrętne, nie do przyjęcia dla normalnego człowieka.
Niestety, w końcu postanowił przekuć te wyobrażenia w czyny.
O jego osobowości i motywach zachowania biegli z Pruszkowa napisali opinię, która znowu różniła się mocno od poprzednich.
Uznali oni, iż Józef N. jest osobnikiem infantylnym, o obniżonej aktywności, mało krytycznym wobec otoczenia i wykazującym kompletny brak postawy obronnej.
Niezależnie od tego badania kliniczne ujawniły zmiany, tzw.
Defekt ten ma charakter trwały i powoduje drażliwość, wybuchowość, zaburzenia uwagi i zapamiętywania aż do zupełnego otępienia.
Zmiany o charakterze encefalopatycznym stanowią więc zdaniem biegłych czynnik osłabiający możliwość zapanowania nad afektem, a w szczególności nad narastaniem bardzo silnego podniecenia seksualnego i wyzwoloną znaczną agresywnością.
Badany w okresie popełniania przestępstw miał niewątpliwie zmniejszoną zdolność kierowania swym postępowaniem.
Brzmiała konkluzja opinii Pruszkowskiej.
Drugi proces przed Sądem Wojewódzkim w Gdańsku, który ponownie rozpatrywał sprawę Skarszewskiego dusiciela, odbył się wiosną 65. roku.
Była to prawdziwa batalia pomiędzy biegłymi.
U oskarżonego występowało natręctwo myśli i lęku w związku z działaniem w stosunku do kobiet.
Postępowanie jego było patologiczne.
Wszyscy uznali, że Józef N. jest niebezpiecznym psychopatą, którego należy odizolować od reszty społeczeństwa i objąć leczeniem przymusowym.
Jak podkreślili dziennikarze, ogólnoświatowa humanitarna tendencja wobec takich osób zwyciężyła.
Ostatnie odcinki
-
Cmentarny zabójca. Głosy kazały mu napadać na k...
22.04.2026 22:30
-
Kto zabił przyjaciela Popiełuszki? To nie był p...
16.04.2026 22:21
-
Sprzedawał ludzkie mięso we Wrocławiu. Sąsiedzi...
09.04.2026 22:15
-
Doktor Śmierć. Seryjny morderca Maksim Pietrow ...
28.03.2026 00:57
-
Wampir z Łodzi. Wędrowny blacharz przynosił śmi...
17.03.2026 00:00
-
Chciał zobaczyć ludzkie serce. Naśladowca z gaz...
03.03.2026 23:15
-
Ta zbrodnia wstrząsnęła Polską. Zabójstwo Jana ...
24.02.2026 23:45
-
Zgłosiła zaginięcie córki. Głośna sprawa z Łodz...
16.02.2026 23:15
-
Ufały mu bo był policjantem. Maniak z Angarska ...
08.02.2026 23:30
-
Miał być księdzem, został seryjnym dusicielem |...
29.01.2026 23:15