Mentionsy
Edukacja w polskich szkołach jest... włączająca?
Edukacja nurtu inkluzyjnego to hasło, moda, sposób myślenia o szkole, w której każdy uczeń ma swoje miejsce? W sieci krąży wiele narracji, że to tylko dla uczniów z orzeczeniami, że nauczyciele zostają z tym sami, że szkoła nie nadąża i traci swój poziom. Czy chodzi o ułatwienia, a może o obniżanie wymagań? A może o indywidualne podejście do ucznia? Ile w tym prawdy, ile kłamstw czy manipulacji? Co możemy zrobić, by nie dać się wciągnąć w dezinformację na temat edukacji włączającej? Gościni: Emilia Skórecka - pedagog specjalny, nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, nauczyciel współorganizujący kształcenie, była wicedyrektorka i terapeutka.
Szukaj w treści odcinka
Edukacja nurtu inkluzywnego to hasło, moda, sposób myślenia o szkole, w której każdy uczeń ma swoje miejsce?
Czy chodzi o ułatwienia, może o obniżenie wymagań, jak twierdzą niektórzy, albo indywidualne podejście do ucznia?
Dziś sprawdzimy, ile w tym prawdy, ile kłamstw czy manipulacji i co możemy zrobić, by nie dać się wciągnąć w dezinformację.
News Albo Fake News.
Krzysztof Sagan, Kuba Witkowski, Piotr Łodej, dzień dobry.
A w naszym studiu Emilia Skórecka, pedagog specjalny, nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, nauczyciel wspomagający kształcenie, była wicedyrektorka i terapeutka.
Dzień dobry, witam w naszym studiu.
Dzień dobry.
Otóż edukacja włączająca to podejście do nauczania, które polega na tworzeniu środowiska, w którym wszyscy uczniowie, niezależnie od swoich możliwości, swoich trudności, mają mieć takie samo prawo do nauczania, do bycia w społeczności szkolnej.
W teorii brzmi to bardzo ładnie, tak, że każdy niezależnie od, i tu mamy, od niepełnosprawności, ale również od koloru skóry, od poglądów i tak dalej, ma być w tej edukacji włączany właśnie.
I teraz wcześniej mówiliśmy o edukacji integracyjnej, która polegała na tym, że po prostu dzieci z niepełnosprawnościami były obecne w klasie ogólnodostępnej.
Natomiast edukacja włączająca ma za zadanie nie tylko obecność tych osób, ale ma też za zadanie dostosowania środowiska, dostosowania naszego podejścia, dostosowania metod nauczania dla tych osób, tak żeby one czuły się częścią grupy, mogły tworzyć razem środowisko szkolne.
No właśnie tu patrzymy na ten problem, zjawisko, trudności od strony rodziców, nauczycieli, to raz, a dwa, no właśnie jakie to są te trudności?
I jeśli nauczyciele, przeważnie nauczyciele, zauważają trudności tego dziecka w tym, czym ono sobie nie radzi, z jakimi trudnościami się spotyka,
I tutaj pierwsza trudność jest taka, żeby rodzic zmierzył się z tym, że jego dziecko ma jakąś trudność, coś trzeba z tym zrobić, tak?
I ta trudność polega z tym, że rodzice, myślę, że każdy rodzic chce, żeby jego dziecko było
I tutaj dalej borykamy się z czymś takim, że postawienie diagnozy jakiejkolwiek, to jest stygmatyzacja tego dziecka, to jest coś, że ono zostanie właśnie wykluczone, już nie będzie w grupie rówieśniczej i tak dalej i tak dalej.
Co Pani tutaj, przepraszam bardzo, wymyśla?
To spotykamy się z taką teorią, ja też taki byłem, ja też miałem takie trudności, więc moje dziecko, mój syn, moja córka na pewno z tego wyrośnie.
Czyli to współpraca z rodzicami jest utrudniona na dzień dobry.
No to chciałbym zapytać o te warunki.
Jedna szkoła będzie bardziej przygotowana, inna będzie mniej przygotowana.
I z tym się borykają szkoły, myślę, w większych miastach.
Że tych specjalistów po prostu w szkołach brakuje.
Ja nie mówię, że ich nie ma, bo w dzisiejszych czasach w większości szkół ci specjaliści są, ale jest ich za mało.
To są trudności, z którymi borykają się dyrektorzy z szkół.
Jeśli nie mamy osób odpowiednich na rynku pracy, to wiadomo, że jeśli jest potrzeba zatrudnienia takiej osoby i tego wymaga od nasz system, to zatrudniamy takie osoby, jakie mamy.
Słyszymy, że w ogóle brakuje nauczycieli, prawda?
Tutaj mówimy o kolejnej trudności, jak się okazuje, ze znalezieniem takiego odpowiedniego pedagoga, nauczyciela wspomagającego, ale czy to oznacza, że brakuje dlatego, że jest, bardzo spłycam, więcej dzieci z orzeczeniami, czyli więcej tych potrzeb obecnie?
Jednak środowisko jest już bardziej otwarte na to diagnozowanie mimo wszystko.
Widać to też po obłożeniu poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Po tym, jak długo proces diagnostyczny trwa, co wynika też z ilości wpływających, chętnych osób do diagnozowania.
Jeszcze, nie wiem, 20, 25 lat temu to było takie podejście, że po prostu ktoś był, nie umiał, to nie umiał, tak?
Zmieniło się na plus, bo my upatrujemy tych trudności.
Ważne, żeby się w pewien sposób podporządkować, współpracować.
Tu mówimy, może nawet zaczęliśmy od trudności, bo może to jest najważniejszy temat naszej rozmowy.
Znaczy tak, i tu zacznę od tego, że tak, mamy, tak jak w klasie, tak, mamy dzieci zdiagnozowane, czyli dzieci, które już posiadają na przykład orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, czyli jeśli takie dziecko przychodzi, załóżmy, do klasy pierwszej, gdzie nauczyciel pierwszy raz widzi swoje dzieci, tak, swoich uczniów,
I tu pojawia się problem.
Co dalej z tym zrobić?
Co dalej z tym zrobić?
A to jest inicjatywa nauczycieli właśnie, że muszą coś z tym zrobić?
Co robić?
Główna rola jest rola nauczyciela, bo on jest tego wychowawcy, który jest w pierwszym kontakcie z dzieckiem.
Natomiast jeśli mamy szkołę ogólnodostępną, jest jeden psycholog na szkołę, jeden pedagog, ileś tam dzieci z trudnościami, to wiadomo, że tej pomocy takiej bieżącej na tu i teraz nie ma.
No i jak sobie radzić?
Jak pani sobie radziła?
Jak sobie radzić?
No bo to też zależy od podejścia, prawda, nauczyciela indywidualnego, bo system systemowi, ale no tutaj nauczycielu radz sobie sam.
Jeśli jest nauczyciel, który potrafi z taką grupą pracować, on sobie poradzi.
Natomiast jeśli jest nauczyciel, który no nie ma tych kompetencji, no to albo będzie to kosztem tego dziecka z trudnościami.
że będzie ono niestety w jakiś sposób odsunięte, mniejszy bagaż będzie dla niego, albo kosztem dzieci pozostałych.
Nie da rady być wszędzie, nie da rady zrobić wszystkiego, niestety.
A są te możliwości, żeby np.
z takim dzieckiem, jak pani mówi, przejawiającym zachowania agresywne, poradzić sobie?
Żeby ten przypadek był, nazwijmy to, zaopiekowany?
Tylko czy ona będzie zawsze?
No bo ten psycholog, pedagog też ma inne zajęcia.
Często tak w Polsce jest, że musi się coś wydarzyć, do czegoś dojść, do jakiejś sytuacji głośnej, medialnej, niebezpiecznej.
Aż z takimi nie, żeby to było, żeby była sytuacja na tyle medialna na przykład, żeby coś się zadziało.
Ale może jakoś niebezpieczna, zagrażająca, że no wymykała się z tych ram, jak się zachować.
Tak, ale są na przykład no takie sytuacje, że poczynając od przedszkola dzieci się bawią, jest zabawa swobodna i nagle, i właśnie, nie jesteśmy często w stanie przewidzieć zachowania dziecka.
To, co się oczekuje od nauczycieli, że gdzie był nauczyciel?
Natomiast u dzieci z trudnościami takie zachowania agresywne, niebezpieczne pojawiają się nagle.
Są nieprzewidywalne, że jakiś bodziec, który dziś wywoła daną reakcję, jutro tej reakcji nie wywoła.
My musimy być na tyle elastyczni, na tyle wejść, poznać dziecko przede wszystkim, żeby móc wyprzedzić jego zachowanie.
I wtedy, jeśli dziecko, nie wiem, jest w stanie wzburzenia jakichś silnych emocji, zaczyna rzucać przedmiotami, nie wiem,
Dużo też jest wśród dzieci agresji słownych, wulgaryzmów, które przy stanie wzburzenia się pojawiają.
Z Pani doświadczenia zawodowego, jakie to są właśnie te najczęściej spotykane przypadki obecnie?
Dużo jest dzieci ze spektrum autyzmu i ADHD, takiego diagnozowanego i tu jest problem.
I teraz tak, dostosowanie chociażby sali lekcyjnej, miejsca pracy tych dzieci, jeśli mówimy o spektrum autyzmu, te dzieci funkcjonują bardzo różnie.
I jedne potrzebują naprawdę niewiele pomocy, gdzieś jakiegoś wsparcia i fajnie funkcjonują w szkole ogólnodostępnej i mogą być i wsparciem dla innych, ale są dzieci, które mają duże utrudnienia, dla których szkoła ogólnodostępna jest trudnością.
Chociażby korzystamy ze słuchawek wyciszających dla takich dzieci.
Ale to dziecko z drugiej strony ma być częścią grupy.
Bo tak, z jednej strony jest to dziecko, które mierze się z tym wszystkim, z drugiej strony są inne dzieci.
To wszystko w teorii brzmi fajnie, natomiast praktyka pokazuje różne, różne inne trudności, z którymi się borykamy.
Z drugiej strony, jeśli jest dziecko naprawdę agresywne, które na lekcji na przykład, nie wiem, powoduje, że jakiś bodziec, drugie dziecko coś powie, obiektywnie jest to sytuacja,
To dziecko wybiega nagle z klasy.
Co ma zrobić ten wychowawca, ten nauczyciel, który jest?
Biec za dzieckiem w tym momencie?
Jaki to może być procent uczniów?
Z czego to wynika, że rodzice za wszelką cenę nie chcą przyjąć do wiadomości, że jest jakiś problem?
Że ich dziecko jest, nazwijmy to, bardziej wymagające?
Ja myślę, że też z tego, że nie zdajemy sobie sprawy, po pierwsze, że taki problem jest.
Druga rzecz, jeśli nauczyciel mówi o pewnych trudnościach, sam nauczyciel też nie jest diagnostą i też trudno mu jest powiedzieć, czy to jest już, to wynika z jakichś zaburzeń, takich diagnostycznych, że podlega to diagnozy, czy z jakichś trudności.
Chociażby na przykład tego, że dziecko zbyt dużo czasu spędza przed elektroniką różnego.
A jak takie dziecko, taki konkretny przypadek może się wymknąć z tego być może nieszczelnego systemu, że ktoś nie zauważy na etapie np.
przedszkola, edukacji wczesnoszkolnej, że jest jakiś problem?
Są osoby, które być może nie chcą zobaczyć, zamiatają taki przypadek pod dywan?
Jest tak, jeśli są to takie rzeczy, że na przykład, no nie wiem, dziecko jest niejednoznaczne, bo jeśli widzimy jednoznacznie, już nauczyciele też coraz więcej, mówię o nauczycielach przedmiotowcach na przykład, czy nauczycielach edukacji wczesnoszkolnej, mają coraz większą wiedzę i coraz lepiej potrafią dostrzegać te trudności.
Ale jeśli jest dziecko, które jest właśnie niejednoznaczne, że czasami zachowuje się tak, czasami zachowuje się tak i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, no to mówimy, a może jeśli zadziałamy w jakiś sposób, może coś przeżywa, może coś wydarzyło się w domu, nie wiem, napotkało na jakieś trudności i to przejdzie, no to ten proces diagnostyczny się odsuwa.
No to już jest na samym początku, już rodzi to problemy.
A są rodzice, którzy na przykład próbują w jakiś sposób to ukryć, albo nie wiem, do jakich sztuczek się odwołują, nie wiem, na przykład przenoszą dziecko ze szkoły do szkoły i ta informacja nie idzie do kolejnej placówki?
I jeśli rodzic nie chce dalszej diagnozy podjąć, bo musi znowu wystąpić do poradni psychologiczno-pedagogicznej o kolejne orzeczenie, tak?
I jeśli nie chce tego zrobić, no to nie robi.
Jak wiemy, to rodzi też kolejne problemy.
O to pytał Kuba Witkowski.
Pani Justyno, Pani syn, ośmiolatek, po wielu zabiegach z Państwa strony, uzyskał w końcu diagnozę i otrzymał orzeczenie m.in.
W naszym przypadku było to dość wcześnie albo inaczej, w odpowiednim momencie wyłapane, ponieważ syn, mając w zasadzie niecałe trzy lata, no mało mówił i to nas najbardziej zastanowiło, z czego to może wynikać.
Początkowo jeszcze dawaliśmy czas na taki jakby no rozwój naturalny tej mowy, natomiast w pewnym momencie nas to zaczęło niepokoić.
Pomimo tego, że gotowość komunikacji w nim była, natomiast
Ten rozwój mowy był bardzo powolny i zaczęliśmy szukać przyczyn, zaczęliśmy rozmawiać z różnymi specjalistami.
Pierwsza myśl, jaka się pojawiła, to taka, żeby faktycznie spróbować zacząć diagnozować.
I trafiliśmy do poradni prywatnej, w której były pierwsze rozmowy z nami i pierwsze rozmowy też z dzieckiem, żeby ocenić, z czego ten problem może wynikać.
Więc to było niespełna, jak miał niecałe trzy lata.
To było tak, że od początku państwa syn mógł liczyć na pełne wsparcie, otrzymał od razu całe orzeczenie, za którym poszły również i pieniądze, i całe wsparcie w rehabilitacji, czy też takiej pracy na rzecz kompensacji tego, co gdzieś tam umknęło, czy czego brakowało?
Początki tej diagnozy były bardzo trudne.
Po pierwsze, już dość szybko zorientowaliśmy się, że najszybciej będzie wtedy, kiedy zrobimy to prywatnie.
Ponieważ czasem był też na tyle takim wieku, gdzie testy diagnozujące w pełni, jeśli chodzi o pewien problem, czy autyzm, czy Asperger, czy jakiekolwiek inne zaburzenia,
Był za mały, także testy nie były na to gotowe, żeby tak w pełni wcelować się w jakąś konkretną jednostkę, nie wiem, jakichś zaburzeń.
Więc jeszcze nie był też w przedszkolu, był przed w zasadzie pójściem do przedszkola.
No i nam zależało też na tym, tak, bo mieliśmy pewien dylemat i obawę, w jaki sposób w ogóle będzie w tym przedszkolu funkcjonował i jakie informacje dać przedszkolu, w jaki sposób mają z synem pracować albo na co mają zwrócić uwagę.
Albo w ogóle z czego to wynika, bo mieliśmy tą świadomość, że przedszkole może nas o to pytać, ewentualnie była ta przestrzeń w placówce na to, żeby takie wsparcie dla syna otrzymać, więc uznaliśmy, że nie czekamy na poradnie
...psychologiczno-pedagogiczną w naszym rejonie, bo też już wiedzieliśmy, że termin oczekiwania na spotkanie jest bardzo długie.
Sposób komunikacji, poradni z rodzicem, no jak się okazało po kilku miesiącach od naszej całej drogi diagnozowania syna okazało się, że jest fatalna, ponieważ umówienie się w ogóle na wizytę ze specjalistą w poradni to w ogóle graniczyło z cudem.
Teraz, że godziny były takie, gdzie my z mężem byliśmy w pracy, czyli w zasadzie mieliśmy do wyboru godziny od, nie wiem, ósmej rano do czternastej, tak, albo nawet do trzynastej, więc to dla nas w ogóle było nie do zrealizowania, tym bardziej, że to nie było jedno spotkanie w poradni, nawet jeżeli miało do tego dojść.
Było tych spotkań w jakiś później docelowo przewidzianych więcej, więc wiązało się to z tym, że musimy brać urlop albo, nie wiem, opiekę, ale to wiadomo, że ze strony lekarza rodzinnego to było niemożliwe, żeby
No, wiadomo, że spotkania z dzieckiem to nie jest tylko raz, tylko właśnie kilka razy, ponieważ dziecko raz, że jego koncentracja uwagi i jakby zabawy, pracy z nim jest też ograniczona w czasie, no bo dziecko nie skupi uwagi jakoś bardzo długo, więc to musiało też być na ileś spotkań rozłożone.
W zasadzie mieliśmy informacje od specjalistów, jaka jest dalsza propozycja pracy z dzieckiem, w jakie jednostki zaburzeń wpada, chociaż też jego diagnoza nie była do końca taka jednoznaczna.
No i później faktycznie w zasadzie doszliśmy do tej poradni psychologiczno-pedagogicznej w naszym rejonie, w zasadzie już z diagnozą w ręku, ponieważ chodziło tylko o to, żeby zebrała się komisja i orzekła to, że dziecko potrzebuje
Zajęć wspomagania rozwoju i że potrzebuje po prostu orzeczenia, tak, bo to mu pomoże też w placówkach edukacyjnych, przedszkola, dalej szkoła, żeby miało zajęcia wspierające jego rozwój, czy to w placówce szkolnej, edukacyjnej, czy przedszkolnej, czy też poza, żeby mieliśmy ten dostęp dla nas do różnych zajęć.
I ten cały proces był przerzucony na państwa, a de facto można by przynajmniej w teorii oczekiwać, że mogą państwo liczyć na specjalistyczną placówkę i ludzi tam pracujących, jaką jest powiatowa poradnia diagnozująca tego typu rzeczy.
Tak, w zasadzie to, co my zrobiliśmy prywatnie, powinna zrobić placówka właśnie jako poradnia psychologiczna, patologiczna w rejonie.
Nie mieliśmy jakby wyboru poradni poza naszym rejonem.
I to jakby, no, w pełen sensie zrozumiałe jest.
My do poradni w rejonie poszliśmy, w zasadzie jak ja to mówię, przenieśliśmy im całą diagnozę naszego syna w zębach, dosłownie.
Oni w zasadzie przeprowadzili ze spotkania dwa, jedno ze mną, drugie z dzieckiem, na to, żeby może zweryfikować to, co może w tej diagnozie jest wcześniej napisane.
Generalnie uważam, że nie zrobili nic ponad, ani nic dodatkowo, co mogłoby wpłynąć na tą diagnozę, którą już przynieśliśmy.
W zasadzie przepisali wszystko, co było na diagnozie na swoje arkusze.
Na tej podstawie komisja orzekła, że dziecko potrzebuje orzeczenia i potrzebuje zajęć wymagających jego rozwoju.
Jaki był finał?
Jak brzmiało orzeczenie?
W orzeczeniu było opisane, że na czas edukacji w przedszkolu, czyli do czasu osiągnięcia gotowości szkolnej, dziecko potrzebuje zajęć wspomagających rozwój typu terapia sensoryczna czy integracji sensorycznej, potrzebuje nauczyciela wspomagającego podczas zajęć, potrzebuje terapii ręki, potrzebuje zajęć z psychologiem i z neurologopedą.
Wyobraża sobie pani, że jest pani w zupełnie innej sytuacji.
Pani i pani mąż nie mają państwo takiej siły przebicia, tak zasobnego portfela, a mimo wszystko dążą państwo do tego, co państwu się udało osiągnąć?
Myślę tak, że rodziny czy też rodzice, którzy są może nawet mniej świadomi albo nie mają tych możliwości finansowych, żeby dziecko diagnozować prywatnie, nie mają też tej siły, żeby umieć przebić się i nawet poszukać też osób wokół, które pokażą też, jaką drogą w ogóle to pójść, bo to tak naprawdę jest bardzo trudno i rozumiem to w pewnym sensie, że dużo dzieci u nas, nawet w Polsce,
Czy to będzie duże miasto, czy mniejsze miasto?
Jest niezdiagnozowanych i jest jakby trochę porzuconych samych sobie, tak?
Nawet pod kątem, też mówię o rodzicach, ponieważ naprawdę te placówki psychologiczno-pedagogiczne według mnie, po naszym doświadczeniu, nie działają dobrze.
Jest długi czas oczekiwania, być może to wynika z małej ilości terapeutów czy specjalistów, ale jakby ten system, mam wrażenie, że nie działa tak sprawnie i tak dobrze, jak w sytuacji, kiedy idziemy faktycznie prywatnie na taką diagnozę.
Jest jakiś problem, ponieważ dotarcie rodziców do samej poradni, żeby w ogóle oni trafili, to błąkają się i są na samym starcie na myśl o tym, że mają do poradni pójść.
Bo z taką informacją pozostają, no to tak naprawdę nie wiedzą do końca jak się obrócić.
My tego nie doświadczyliśmy, żebyśmy zostali poprowadzeni tak krok po kroku i spokojnie przeprowadzeni przez cały proces.
No, dla nas by się liczył czas w naszym przypadku i to by było dla nas priorytetem, żeby dziecko jak najprędzej zdiagnozować.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że w zasadzie dużo osób ma problem.
Ja też pracuję z osobami niesłyszącymi albo niedosłyszącymi i spotykając się w gabinecie z tymi osobami,
Często też pytam, bo widzę, że dziecko oprócz niedosłuchu czy głuchoty ma jeszcze dodatkowe jakieś obciążenia, bo to też często widać u dzieci i pytam się często rodziców, czy zgłaszali się z tym problemem albo z prośbą o pomoc do poradni w swoim rejonie.
Oni najczęściej nie wiedzą, gdzie mają swoją poradnię, że to musi być poradnia w rejonie, a jeżeli już się zgłosili, to twierdzą, że jest bardzo długi czas oczekiwania na spotkanie.
Albo nie mają czym dojechać, albo nie mają właśnie możliwości dotarcia tam do Wiporanii tak prosto, tak łatwo, bo jest jedna na rejon w jakiejś dużej odległości od miejsca zamieszkania i te dzieci naprawdę są w pewnym sensie zaniedbane, nie przez rodziców, tylko przez pewien system.
Z naszym gościem rozmawiał Kuba Witkowski.
No właśnie też wrócę do tego, co słyszeliśmy przed chwilą, przez co muszą przechodzić rodzice, mówiąc brzydko, co i gdzie załatwić, by uzyskać takie orzeczenie o potrzebie kształcenia, nauczania specjalnego.
I teraz tak, rodzic dostaje informacje od wychowawcy grupy w przedszkolu, czy też nauczyciela w szkole, żeby udać się do poradni psychologiczno-pedagogicznej z dzieckiem, bo coś tam nie gra, że tak powiem kolokwialnie.
O pierwsze spotkanie, żeby ustalić termin.
Czyli czekamy, nie wiem, dwa, trzy miesiące, różnie to bywa.
Czyli tu już na dzień dobry mówimy o tej nieudolności systemu, tak?
No to przede wszystkim musi być ta dobra wola rodziców, żeby ten temat doprowadzić do końca.
Później jak dostanie się już na te pierwsze spotkanie, przeważnie pierwsze spotkanie jest to wywiad z rodzicem i poradnia zbiera wywiad z rodzicem, rodzic dostaje też dokumenty dla szkoły i dla siebie do wypełnienia o dziecku.
Różnie to bywa.
To zależy od rodziców pewnie, ale takie mam wrażenie z tego, co pani mówi, że to wszystko albo prawie wszystko jest na głowie rodziców.
Często pół roku albo nawet rok.
Potem jest trudność poradnia wysyła do psychiatry, bo to lekarz psychiatra stawia diagnozę.
I teraz wiemy, że psychiatrów w Polsce brakuje.
I te terminy są bardzo odległe.
No robi to na własną rękę, prywatnie, gdzie koszty diagnozy są bardzo wysokie.
Z Pani doświadczenia zawodowego, no raz, że wiemy, że to jest na głowie rodziców, a dwa, jeśli chodzi o nauczycieli, jak wiele oni mają tutaj do zrobienia, jak wiele jest na ich głowie, jeśli chodzi o to orzecznictwo?
To nie jest tak, proces diagnostyczny sobie trwa i oczekiwanie, znaczy jest to naturalne.
Ale to obciąża nauczycieli.
To obciąża, bo my nie mamy dodatkowego wsparcia w tym momencie.
Znaczy tak, jeśli jest rodzic, który jest chętny do współpracy, naprawdę wygląda to dosyć dobrze.
No to wymaga dużej determinacji też, bo czas i pieniądze, jak pani mówi, a czas płynie, tak?
Bo jeśli nawet, jeśli mamy dziecko, które przyjawia duże trudności w klasie, ale rodzic pracuje w domu, słucha nauczycieli, nie neguje tego, co nauczyciel mówi, bo często spotykamy się, nauczyciel, załóżmy, mówi, że takie i takie rzeczy się wydarzyły w szkole, a rodzic, nie, ale mój Krzysio, przysłowiowy, wcale tak się nie zachowuje.
W mediach czy na forach powtarza się, no właśnie, nie wiem, pani to może obali, mit, że edukacja włączająca oznacza wyrównywanie poziomu w dół.
W rzeczywistości, no bo wiemy, założenia edukacji włączającej mogą być
No i tak, założenia edukacji włączającej mówią o tym, że każde dziecko, każde ma być traktowane indywidualnie i na potrzeby swoich możliwości.
Ale jeśli mówimy o lekcji, tu i teraz, o klasie, no to jeśli mamy pracę w grupach, wiadomo, nauczyciel dobierze te grupy tak, żeby...
W miarę te dzieci ze sobą potrafiły współpracować.
Jeśli widzi trudności, że na przykład jakiś uczeń z drugim po prostu jak będą razem w grupie, no to to nie za... iskrzy wręcz przeciwnie, tam będą wióry lecieć, no to będzie starał się rozdzielać te dzieci do dwóch innych grup.
Natomiast jeśli mamy, nie wiem, czternastkę dzieci, która idzie jak burza, a mamy szóstkę dzieci, która ma trudności, no to wiadomo, że ten poziom musimy gdzieś zrównać.
Może nie tak się wyrównać literalnie, ale według potrzeb, rozumiem, indywidualnych na ucznia.
Oczywiście, dajemy jakieś zadania dodatkowe tym dzieciom zdolnym, tak, żeby się nie nudziły na lekcji i tak dalej, ale nie możemy zapomnieć o tych dzieciach z trudnościami, które wymagają, nie wiem, dwukrotnego powtórzenia materiału, jeszcze raz przerobienia tego samego, jeszcze raz wytłumaczenia.
Są zajęcia wyrównawcze, no to jest plus taki, że możemy w drugą stronę, tak, możemy tym dzieciom potrzebującym dać zajęcia wyrównawcze, tak, spotkać się jeszcze raz po lekcji.
Tylko teraz tak, no dzieci są obłożone różnego rodzaju zajęciami.
Dokładnie, czyli ile to dziecko też może po prostu być w szkole, na zajęciach i funkcjonować na 100% swoich możliwości?
No bo jeżeli w klasie, jak pani mówi, czternastka dzieci, nazwijmy to, normalnie zdrowo rozwijających się, bez problemów, i szóstka z potrzebami, to rozumiem, że do każdego ucznia taki nauczyciel wspomagający w klasie powinien być.
No bo wyobraźmy sobie, że mamy sześcioro nauczycieli i plus nauczyciel prowadzący.
Znaczy szóstka, ja tak powiedziałam kolokwialnie, bo to też system nam określa, tak?
Bo mamy maksymalnie trójkę dzieci z orzeczeniem, z dokumentacją, że tak powiem.
I jest tak, że nauczyciel współorganizujący przychodzi tylko na niektóre lekcje wybrane, bo musi iść do innej klasy, ten swój etat podzielić.
Tak, żeby dać maksymalnie wsparcie wszystkim, ponieważ tych nauczycieli nie ma.
No właśnie, ilu takich nauczycieli powinno być i dlaczego ich nie ma?
Ilu powinno być?
W zależności od potrzeb, tak?
Bo nie ma ludzi na rynku pracy.
Tu troszkę na początku naszej rozmowy skupiliśmy się na tych problemach, wyzwaniach od strony rodziców.
Czyli mamy na przykład chociażby toalety dla osób niepełnosprawnych i tak dalej.
W tych nowszych szkołach są windy, gdzie taka osoba może się przemieszczać.
Ale to jest, czy to jest potrzebne?
Jest potrzebne i jest.
Nie we wszystkich szkołach, na pewno nie we wszystkich, ale znajdują się już takie szkoły i myślę, że te nowe szkoły, które są budowane, to już muszą mieć dostosowanie do funkcjonowania osób niepełnosprawnych.
My potrzebujemy wsparcia kogoś takiego właśnie, jak mówiłam o tej sytuacji, że nagle dziecko wybiega nam z klasy.
Potrzebujemy kogoś, kto będzie i będzie mógł wejść do klasy.
Bo oczywiście ja w tym momencie mogę iść poprosić koleżankę z drugiej klasy, żeby weszła, zajęła się klasą, a ja zajmę się tym dzieckiem.
A co, jak to dziecko nam wybiegnie ze szkoły, tak?
Nie wiem, no jest oczywiście ktoś, kto siedzi przy wejściu, ale dziecko jest dzieckiem, ono wybiega.
Dzieci, których nie widać, mają braki, a one nie są na pierwszy rzut oka widoczne.
I tu jest największa trudność, dlatego że nauczyciel w jakiś sposób zostaje sam z tym.
W praktyce to nauczyciel musi sobie z tym poradzić.
Czyli każdy musi się zająć swoją działką, bo wcześniej mówiliśmy, chociaż się uśmiechamy, ale to niezwykle smutne, że rodzice muszą się zająć organizacją tego wszystkiego.
Nauczyciele też w pewien sposób, jak słyszę, są zostawieni samymi sobie.
Ten rodzic współpracujący, którego byśmy chcieli mieć i ten rodzic, który przynosi dokumentację i mówi, dobrze, ja już zrobiłem wszystko.
Chcieliście, żebym zdiagnozował dziecko?
Zdiagnozowałem i teraz jest wasza rola, żeby tak, dostosować klasę, dostosować metody pracy, formy pracy, dać mojemu dziecku takie, takie i takie zajęcia i ja jestem zwolniony.
Macie coś z tym zrobić.
Przyniosłem, zrobiłem.
Przyniosłem, zrobiłem, to teraz oczekuję efektów.
Jakie podejście, żeby tym nauczycielom, pedagogom było łatwiej dalej?
Jedna strona to jest właśnie ta dokumentacja, to diagnozowanie, bo my wiemy, z czym jest problem.
Tak, żeby się słuchać fachowców, tak?
Jeśli szkoła mówi jedno, rodzic mówi drugie, no to dziecko najbardziej na tym traci.
To chyba to nam ucieka, tak mi się wydaje.
Jak przekonać rodziców, że to jest summa summarum wszystko dla dobra dziecka?
To jest już kwestia indywidualna nauczyciela, dyrektora szkoły i specjalistów, żeby tak rozmawiać z rodzicami, żeby przekazać im, że sama diagnoza nie jest obciążeniem dla dziecka, lecz korzyścią dla niego.
Nawet mamy już takie głosy osób dorosłych, które zostały zdiagnozowane w wieku dorosłym.
Ulgą była dla nich ta postawiona diagnoza, że one borykając się ze swoimi trudnościami przez większość swojego życia, nagle dostając diagnozę wiedzą, że to nie jest coś z nimi nie tak.
Może bardzo spłycając, ale jednak za tym też idą pieniądze.
Jak rodzicom powiedzieć, że słuchajcie, no to jest dla dobra waszych dzieci i za tym dzieckiem, za jego kształceniem, rozwojem czy wsparciem będą szły pieniądze w szkole czy w pracówkach pedagogiczno-edukacyjnych.
Chociażby zaczynając od terapii integracji sensorycznej, terapii logopedycznej, terapii psychologicznej.
Plusem jest to, że może mieć to w jednej placówce, że rodzic nie będzie musiał jeździć z tym dzieckiem dodatkowo, wozić dziecko z zajęć na zajęcia, tylko będzie mógł to mieć właśnie w ramach zajęć szkolnych.
Może właśnie to powinno być przemawiające, że tego wszystkiego dziecko, państwa dziecko by nie miało, gdyby nie ta ścieżka, którą no niestety, ale trzeba przejść i w jakiś sposób pomóc.
Jak te pozytywne przykłady mogą przemówić do rodziców, którzy nie bardzo chcą współpracować z nauczycielami, z pedagogami?
żeby się otworzyć, żeby zmienić tą świadomość, że te pozytywne przykłady, które dają efekty, że zobaczcie, tu jest takie dziecko, które przyszło 2, 3, 4 lata temu i zobaczcie, w którym miejscu jest teraz.
Jeśli pokażemy rodzice wzajemnie między sobą, jak rozmawiają i pokażą, słuchaj, moje dziecko też miało takie trudności,
Wcześniej, jak przypomnę sobie, jak funkcjonowało jeszcze 2-3 lata temu, a jak dzisiaj, jest częścią klasy, jak dzisiaj sobie radzi z tymi trudnościami, jak widzimy efekty.
Myślę, że to każdy, jak widzi efekty swojej pracy, jak widzimy efekty tego wysiłku, które wkładamy w to, to to jest, myślę, takie budujące i wiemy, że to wszystko miało sens.
Bo rozumiem, że nie jest łatwo.
Jest tak, że nauczyciele zdają sobie sprawę, że sami też wszystkiego nie osiągną, że żeby mieć jakiś sukces, ja muszę współpracować z innymi.
No to wsparcie tak, żeby nauczyciel sam nie został z tym.
Ja muszę też wyjść z taką otwartością powiedzenia, że potrzebuję pomocy.
Ja sobie ze wszystkim poradzę, ja jestem świetny tu i tam i tak dalej.
A nie, ze wszystkim sobie nie poradzę, potrzebuję wsparcia drugiej osoby.
I cały zespół specjalistów, nauczycieli w szkole musi ze sobą współpracować dla dobra dzieci, żeby te efekty były.
A nauczycieli też w pewien sposób trzeba, no nie wiem, przekonywać, zachęcać?
Są tacy, którzy wypierają albo być może nie rozumieją w tej części swojej pracy, swojej roli?
Mamy różne osoby i z różnymi trudnościami.
Największe potrzeby, jak rozumiem, tak?
I największe potrzeby tych dzieci, myślę, że w obecnych szkołach jest jak najwięcej.
Natomiast problem pojawia się przy takich dzieciach, które np.
Czyli to spada na barki samorządu, tak?
No bo to dziecko nie dostanie orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego.
Mamy wyszczególnione w orzecznictwie, na co poradnia wydaje dokument orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego.
No na przykład właśnie ADHD chociażby.
Czasami jest to też problem takiego diagnozowania.
W pewien sposób wymyka się z systemu, chociaż powinno być zaopiekowane.
Albo jaką drogę przeszliśmy do tego?
Trudno mi powiedzieć, no, bo to jest szeroki problem.
Na pewno potrzeba nam tego, żeby szkoła się zmieniała.
Mamy też szkoły specjalne i różne szkoły dla dzieci chociażby i z autyzmem specjalistyczne i myślę, że te szkoły też są potrzebne.
A zdarzają się przypadki, że właśnie dzieci z takimi dziećmi chcą do tej szkoły włączającej, mimo że pani doświadczenia powinny być np.
Jak najbardziej.
W jakim stopniu nauczyciele, szkoły czy system są przygotowani na tą różnorodność potrzeb dzieci?
No dziecko głęboko niepełnosprawne, które już nie mamy wtedy orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, tylko orzeczenie o zajęciach rewalidacyjno-wychowawczych.
I teraz szkoła ogólnodostępna, jeśli rodzic chce realizować to orzeczenie w szkole ogólnodostępnej, też musi wysłać specjalistów, mieć specjalistów takich, które będzie mogło zaopiekować to dziecko.
Te zajęcia rewalidacyjno-wychowawcze mogą odbywać się na terenie szkoły, a mogą się odbywać w domu dziecka.
I wtedy jest taki problem systemowy, że szkoła, dyrektor szkoły musi mieć tego specjalistę.
A z tym, jak rozumiem, jest problem.
Tych szkół, jeśli chodzi o liczebność, jest za mało?
Są większe potrzeby niż jest dzieci?
Natomiast z tego rejonu, w którym ja pracuję, jest jedna, jedna szkoła publiczna, specjalna.
Myślę, że też mają duże obłożenie, dlatego że wiem, że w szkołach specjalnych te klasy są mniejsze.
Dlatego też myślę, że potrzeba też takich szkół.
W pewnych obszarach pewnie.
W pewnych obszarach.
No i teraz zależy, jak będziemy na to patrzeć.
Właściwie rozwijających się, które też mają swoje potrzeby i też mają swoje trudności, inne.
Bo teraz tak, rodzic, który posyła dziecko właśnie zdrowe, neurotypowe do szkoły, on też ma prawo i oczekiwania takimi, że to dziecko będzie indywidualnie traktowane, będzie zauważone, będzie jego możliwości, jego potencjał będzie wykorzystywany i tak dalej.
I jak najbardziej tak.
W przekazach medialnych też pojawia się taka narracja, żeby nie stygmatyzować.
No właśnie, jak szkoła sobie z tym radzi?
Jak fachowcy sobie z tym radzą?
Żeby takie dziecko, a nie inne, z takimi konkretnymi przypadłościami nie stygmatyzować.
Znaczy tak, bo z jednej strony nie stygmatyzować, czyli co?
Chociażby organizowany jest i świętowany w Szkole Światowy Dzień osób z autyzmem, osób ze spawn downa, czy osób z niepełnosprawnościami.
Jest to w szkołach, jest to w szkołach obecne.
Są prowadzone zajęcia na ten temat, a dzieci, mając w klasie osoby z różnymi trudnościami, też to zauważają i naturalnie zauważają ich trudności, są bardziej wrażliwe,
A zdarzają się też trudniejsze przypadki, że jednak dzieciaki, ta pozostała część klasy, nazwijmy to, nie akceptuje albo nie jest przygotowana na to, że... Zdarzają się.
Zdarzają się i przeważnie jest to w momencie, kiedy to dziecko jest agresywne, czyli zagraża bezpieczeństwu tych dzieci pozostałych.
I wtedy naturalnie te dzieci się odsuwają od tej osoby.
Jeśli jest to dziecko, nie wiem, z upośledzeniem lekkim, oni widzą, że ma pewne trudności, że nie wiem, nie przyswaja tak samo materiału, że nie potrafi, nie wiem, zawiązać butów chociażby czy czegoś i naturalnie mu pomagają.
Wynika to z tego, że to dziecko po prostu potrzebuje pomocy.
Pojawiają się osoby w klasie, które wmatkują troszeczkę, ale też zachęcają do zabawy.
Natomiast jeśli jest dziecko agresywne, czyli pozostała część klasy po prostu naturalnie się tego dziecka boi, no to trudno też nam oczekiwać od dzieci, że będą, nie wiem, akceptowały to dziecko, tak?
A nauczyciele są przygotowani do tego, by, no nie wiem jak to nazwać, integrować, żeby nauczyć współpracy, grupy, że dbają raz o to jedno czy dwoje dzieci z orzeczeniami, a dwa, że o resztę klasy.
No to też jeden będzie bardziej przygotowany, drugi będzie mniej przygotowany.
To zależy od osobowości tego nauczyciela i od chęci przede wszystkim.
Ja myślę, że warto wtedy rodzicom i sugerować może inną szkołę, może lepsze miejsce dla tego dziecka, może mniejszą grupę, może nie tak dużą klasę, może szkołę bardziej dostosowaną, z większą liczbą specjalistów, a niekoniecznie to szkołę ogólnodostępną.
A tu w tym systemie myślenie jest takie, że wszystko dla dobra dziecka, czy to jednak czasami jest tak, że się po prostu nie da?
Albo że jest problem i on narasta i nie można go rozwiązać.
Co z tym zrobić?
Dyrektor, jeśli jest to dziecko z rejonu danej szkoły, rodzic nie współpracuje, nie widzi problemu.
Nie jest zainteresowany albo mówi co wy nauczyciele wymyślacie.
Dopóki coś się nie zadzieje takiego bardzo, że tak powiem, no to dyrektor nie może, brzydko mówiąc, usunąć tego dziecka z klasy, usunąć ze szkoły.
Bez zgody rodzica.
Nawet jeśli rodzic diagnozuje dziecka, nie ma obowiązku przyniesienia dokumentacji do szkoły, a jeśli szkoła nie ma dokumentacji, no to dziecko nie ma wsparcia i tak dalej, to dziecko teoretycznie powinno być traktowane tak jak każdy inny uczeń.
To duży problem dla szkół, dla rodziców, dla nauczycieli.
No wiadomo, że nauczyciel, mając to dziecko niezdiagnozowane, no będzie dostosowywał siłą rzeczy, bo inaczej się nie da.
Nauczycieli, może innych, którzy próbują wpłynąć na rodziców?
Tak, no bo teraz tak, jeśli mamy dziecko, które jest niezdiagnozowane, przejawia trudności, jest agresywne, no to rodzice z pozostałej klasy, wiadomo, wtedy wpływają skargi do dyrektora, tak, że nie chcemy takiego dziecka, niech dyrekcja coś zrobi, a dlaczego ten uczeń tak się zachowuje, i tak dalej, i tak dalej.
I co mamy zrobić?
To, co możemy zrobić, tak?
Spotkała się pani z takimi przypadkami w swojej pracy zawodowej, bo tak słyszę z tej relacji, że to już się wydarzyło.
Trudno było powiedzieć.
Trudno się przygotować, bo każdy przypadek, każda sytuacja jest nowa, jest inna, tak?
Decyzje trzeba podejmować tu i teraz.
Wiele osób twierdzi, że edukacja włączająca to ideologia, a nie konkretne działania.
Co by pani takim osobom odpowiedziała?
Bo to może też jest taki podtekst tego pytania, czy tej narracji.
Bo my mówimy w sumie o tych dzieciach, które mają orzeczenie, tak?
o dyslekcji, dysortografii itd., opinia o, nie wiem, dziecko z nadwrażliwością słuchową, z problemami z przetwarzaniem słuchowym itd., itd., różne.
Czyli uczyn wymagający, ale nie aż tak bardzo.
Musi siedzieć w pierwszej ławce, bo ma problem z przetwarzaniem słuchowym.
Musi słyszeć nauczyciela, żeby te komunikaty były kierowane bezpośrednio do niego i tak dalej.
Za chwilę przychodzi drugi rodzic i mówi, proszę pani, moje dziecko musi siedzieć w pierwszej ławce, bo ma problemy ze wzrokiem.
Potem przychodzi trzeci, moje dziecko też musi siedzieć w pierwszej ławce, bo coś tam.
To są takie, mówię już, kolokwialne rzeczy, ale Krzyś nie może siedzieć ze zdzisiem, bo oczywiście coś tam.
I teraz ten nauczyciel musi tak dostosować tę klasę 25-osobowo, że każdy coś tam i teraz stań na głowie i zrób dla wszystkiego tak, żeby było dobrze.
Żeby wszystkich zadowolić, tak?
Dokładnie, z drugiej strony, jest za duży hałas w klasie, bo i Ksiński krzyczy, a moje dziecko ma nadwrażliwość słuchową, a moje dziecko musi mieć ograniczone bodźce wzrokowe, bo się rozprasza, a moje dziecko musi mieć, nie wiem, zapewniony poziom ruchu, bo potrzebuje tego ruchu, i tak dalej, i tak dalej.
Żeby te bodźce do niego nie dochodziły.
Jak to wszystko zrobić?
Jak to zrobić?
W jakiś sposób jasne, ale praktyka praktyką.
No jak, właśnie jak to zrobić przy takiej klasie?
No bo teraz tak, dostajemy opinie z poradni, czy to orzeczenie i tam jest napisane właśnie tak, komunikaty kierowane bezpośrednio do ucznia, ograniczona ilość bodźców, dziecko coś tam.
No ale jak to zrobić przy 25 dzieci z różnymi trudnościami?
Zdarzały się takie przypadki, że pani jako wicedyrektor przyjmowała nauczyciela, który mówił, słuchaj, jestem bezradna w tej sytuacji, co mam zrobić?
Stałam też przez takie problemy, kiedy przyszedł rodzic dziecka z zespołem Downa do przedszkola.
Dziewczynka karmiona dojelitowo i teraz rodzic bardzo współpracujący, chętny, wiedzący z jakimi trudnościami się mierzy to dziecko.
Tak po ludzku naprawdę chciałoby się nieba przychylić tej rodzinie.
I teraz dlaczego rodzic chce, żeby to dziecko było w placówce ogólnodostępnej?
I teraz to dziecko idzie na plac zabaw i jeśli...
Nie będzie w szkole, nie będzie miało tych koleżanek, kolegów, no to na tym placu zabaw wiadomo, jak jest traktowane, tak?
I celem rodzica jest to, żeby po prostu weszło w środowisko, w społeczność lokalną, żeby mogło funkcjonować tu i teraz.
Ten rodzic nie oczekuje nie wiadomo jakich efektów edukacyjnych swojego dziecka, tylko po prostu, żeby to dziecko było akceptowane, miało kolegów i koleżanek.
Żeby nie było, chociaż wiemy, też chodziliśmy do szkoły, jak to jest, że chyba w każdej klasie jest taki kozioł ofiarny albo takie popychadło wykorzystywane przez pozostałych uczniów.
Żeby do tego nie dochodziło.
Z tymi, pierwszy to jest wychowawca, który mówi, słuchaj, ja sobie nie poradzę, ja nie jestem w stanie, ja się boję, to dziecko jest karmione inaczej, mimo że nauczyciel jest przeszkolony i tak dalej, ale ten nauczyciel ma prawo się bać.
Ma prawo się bać.
On nie jest pielęgniarką, a w jakiś sposób bierze na siebie odpowiedzialność za zdrowie i bezpieczeństwo tego dziecka.
Natomiast w tym wszystkim jest chęć tej drugiej osoby.
A jeśli ja nie chcę, to ja będę robił wszystko i pokazywał światu, że się nie da.
Tutaj w tym przypadku, jak pani mówi, że rodzice robili wszystko, to być może to też, może przede wszystkim wpływa na nauczycieli, którzy właśnie może na początku się wydawać, że nie dadzą rady, że ich to przerasta, ale jeżeli rodzice tak bardzo tego pragną, tak widać, że chcą współpracować, to w pewien sposób dodaje skrzydeł.
No nie wiem, spotykamy się też z dziećmi na przykład z cukrzycą coraz bardziej, z pompami insulinowymi i tak dalej.
Bo to jest tak, mamy w klasie nauczyciela prowadzącego i nauczyciela współorganizującego.
I teraz tak, jeśli jest ta współpraca między tymi dwoma nauczycielami i każdy wie, jakie ma zadania przed sobą, to jest super.
Jeśli nie zgrzyta, a iskrzy, no to jest duży problem.
wzajemnych kompetencji przez siebie, no to... Nie ma chęci współpracy, a zdarzają się takie przypadki?
Jeśli jest tak, że nie wiem, jeden nauczyciel mówi jedno, a drugi mówi co innego, no to tak jak w rodzinie, jeśli mama mówi A, a tata mówi B, no to dziecko
Czy nauczyciele działają też w tym obszarze, nazwijmy to warunkach niepewności?
Troszkę tak po omacku, że nie bardzo wiemy co robić, że to wyjdzie w praniu?
Wiemy, że jest duża potrzeba na rynku pracy tych nauczycieli.
Dyrektorzy przyjmują, jeśli nikt się nie zgłasza, a za jakiś czas zgłosi się jedna osoba, to się cieszymy, że ktokolwiek się zgłosił.
Albo jeden nauczyciel uczy kilku przedmiotów, niekoniecznie współgrających ze sobą.
stwierdzają, no to zrobię sobie uzupełnienie, zrobię nauczyciela współorganizującego i będzie mi łatwiej, no bo tam nic nie trzeba robić.
To chyba nie tak.
To chyba nie tak.
Jak to, o czym teraz rozmawiamy, pani zdaniem, z pani doświadczeniem zawodowego, wpływa na pewnego rodzaju wykrzywienie, na dezinformację obrazu samego środowiska szkolnego?
No bardzo negatywnie.
Rodzice też są coraz bardziej świadomi, wiedzą jak to powinno być, w teorii bynajmniej.
Też mają swoje oczekiwania i myślę, że słusznie powinni oczekiwać, bo to jest ich dziecko i dbają o dobro swojego dziecka.
Natomiast to w jaki sposób nauczyciele pracują, jak ze sobą współpracują, to jest kluczowe przy tym jak ta szkoła będzie wyglądała i jaki obraz szkoły będzie na zewnątrz.
No właśnie, to chyba ważne też, jak się komunikują.
Czego to nauczyciel o sobie się nie dowie z internetu?
Takie bariery systemowe i tak dalej.
I z tym chyba nauczyliśmy się jakoś żyć.
Spotykamy się z takim brakiem szacunku do zawodu nauczyciela, to jest inna kwestia.
Z tym, że... Dość powszechne obecnie.
To to chyba jest najtrudniejsze w pracy, tak?
A nauczyciele, no być może dyrekcja, podejmują konkretne działania, jeśli spotykają się właśnie z nieprawdziwymi informacjami na temat swojej pracy, czy tak jak dziś mówimy, edukacji włączającej, podejmują jakieś kroki, żeby, no nie wiem, wytłumaczyć rodzicom, słuchajcie, to tak nie jest.
Są organizowane spotkania, chociażby na zebraniach z rodzicami, tylko znowu, ile tych rodziców przychodzi na takie zebrania w klasie, tak?
W jaki sposób szkoła może, no nazwijmy to, monitorować czy przeciwdziałać temu, by edukacja włączająca nie stała się pretekstem do obniżania wymagań czy obniżania jakości?
No bo rozumiem, że nauczyciel może bardziej skupić się w jednej, w drugiej klasie na tym uczniu wymagającym, a zostawić tę klasę.
Przede wszystkim obserwować dzieci, obserwować ich trudności.
To może warto zastanowić się, czy właśnie, czy ta szkoła jest dla tego dziecka, dla dobra jego.
Żeby popatrzeć na to dziecko, na jego trudności, co dla niego konkretnie będzie najlepsze.
A nie na siłę na przykład chcieć, żeby było akurat w tej szkole, bo to jest szkoła najbliższa domu, szkoła rejonowa.
No tak, bo być może rodzeństwo chodzi też do tej szkoły.
Natomiast no, to są inne problemy.
A tu spotyka się pani z takim zarzutem, że no tak, szkoła to nic tylko spychologia i chcą się, nazwijmy to, pozbyć gorącego kartofla.
Przepraszam bardzo.
Jeśli jest to niezrozumienie właśnie problemów, no to zapewne takie głosy się słyszy.
A od rodziców słyszy pani, od rodziców, nazwijmy to, zdrowych, dobrze rozwijających się dzieci, że no to będzie redukcja, obniżanie poziomu, jeżeli takie albo inne dziecko w klasie mojego dziecka się pojawi?
Tak, słyszę takie głosy, jak najbardziej.
Często słychać to też w placówkach niepublicznych, gdzie rodzice wybierają tą placówkę właśnie ze względu na to, żeby uniknąć może takich problemów.
I nagle pojawia się ten problem i wtedy są głosy, ale ja chciałam, żeby moje dziecko było w klasie normalnej w cudzysłowie, tak?
Żeby nie było takich dzieci i co teraz?
Jak sobie z tym państwo radzą jako grono pedagogiczne?
Żeby faktycznie nie wyszło tak, jak oni mówili o tych swoich obawach, tak?
Że ten poziom zaniżania w danej klasie będzie niższy przez to konkretne dziecko.
Szkoła niepubliczna też ma trochę więcej możliwości.
No w różny inny troszeczkę sposób to prowadzić.
Jaką rolę w tym obszarze pełni to wsparcie psychologiczno-pedagogiczne?
Ta diagnostyka funkcjonalna, asystenci, ucznia, czy materiały metodyczne są wystarczające, czy dobrze wykorzystywane w pracy?
Natomiast myślę, że tak, bynajmniej ja w swojej pracy naprawdę spotkałam się z osobami, które są chętne do pracy, które naprawdę starają się maksymalnie wykorzystać i swoją wiedzę i swój potencjał, żeby jak najbardziej tym dzieciom przychylić nieba i żeby to wszystko jakoś funkcjonowało na tyle, na ile się da.
na nasze możliwości, tyle ile jesteśmy w stanie zrobić.
Nie spotkałam się z czymś takim, żeby psycholog czy pedagog dany działał celowo na niekorzyść dziecka.
Niektórzy mówią, że to tylko moda, że to kosztowny eksperyment czy tam w internecie, że i tak rodzice nie będą chcieli pomagać.
No jeśli stwierdzimy, że rodzice i tak nie będą chcieli pomagać, no to myślę, że to jest kluczowe zagrożenie.
No to nic tu nie zrobimy, tak?
Jeśli nie będzie współpracy rodzic-szkoła, rodzic-nauczyciel, to nic nie zrobimy, naprawdę.
No bo to nie jest tak, że dziecko, uczeń nie może być produktem.
Szkoła nie jest korporacją, gdzie my coś, nie wiem, powiemy, ustalimy, będzie jakaś hierarchia i tak dalej, każdy będzie robił, co do niego należy i to wszystko będzie działało.
Nie, tam bardzo potrzeba elastyczności, dostosowania,
Dobrej obserwacji, uważności, dokładnie.
Na zakończenie to też patrząc w przyszłość, co jako praktyk wieloletni pani by powiedziała tym, którzy spotykają się z taką dezinformacją, z fejkami dotyczącymi edukacji włączającej?
Co możemy zrobić?
Ja myślę, że przede wszystkim powinniśmy być otwarci i słuchać tego i widzieć to, co się dzieje.
Jeśli uczestniczymy w procesie edukacji własnego dziecka, jeśli jesteśmy obecni w szkole, współpracujemy, to wiemy, jak to wygląda.
Jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, to wszystko dla dobra dziecka, chociaż ciężko to przyjąć do wiadomości.
Emilia Skórecka, pedagog specjalny, nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, nauczyciel współorganizujący kształcenie, była wicedyrektorka i terapeutka.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
News Albo Fake News Krzysztof Sagan, Kuba Witkowski, Piotr Łodej.
Ostatnie odcinki
-
Czy Bruksela chcąc obniżyć koszty energii, kaza...
21.04.2026 04:50
-
"Pies z mikrofalówki" i inne fake newsy o zwier...
20.04.2026 04:50
-
Czy samorządy okradają właścicieli działek?
16.04.2026 04:50
-
Dezinformacja wokół "rewolucji w L4"
15.04.2026 04:50
-
Fejkowe narracje na temat misji Artemis II
14.04.2026 04:50
-
Rosyjska szczepionka na raka?
13.04.2026 06:50
-
Czy Rosjanie wynaleźli skuteczną szczepionkę na...
13.04.2026 05:00
-
Dwa pożary turbin wiatrowych napędziły fejki wo...
09.04.2026 06:50
-
Słaba jakość obrazu z misji Artemis II rodzi te...
08.04.2026 06:00
-
Fit fake newsy czyli mity na temat odchudzania ...
07.04.2026 06:20