Mentionsy

Mam parę uwag
Mam parę uwag
02.04.2026 07:40

Odcinek 135: "Projekt Hail Mary"

W sto trzydziestym piątym odcinku podcastu "Mam parę uwag" rozmawiamy o filmie "Projekt Hail Mary" (2026, reż. Phil Lord, Christopher Miller). W czym specjalizuje się reżyserski duet Phila Lorda i Christophera Millera? Co łączy, a co różni "Projekt Hail Mary" i "Marsjanina" Ridleya Scotta? Jakiego Ryana Goslinga oglądamy tym razem na ekranie? Czy sprawdza się pomysł na przeplatanie właściwej akcji retrospekcjami? O czym tak naprawdę jest to film – i dlaczego jest to przyjaźń? Rozmawiają Jakub Popielecki i – gościnnie – Małgorzata Steciak.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 46 wyników dla "Gosling"

Ryan Gosling opowiada wszystkim, że właśnie on tutaj, że to nie widzowie mają ratować kino, tylko to oni muszą robić takie filmy, żeby nam się chciało chodzić do kina.

Ryan Gosling.

Gdzieś coś mi się zaczęło pojawiać, że jakby nie lubimy już Ryana Goslinga, bo on jest w kółko taki sam, albo jest za smutny, albo coś.

Ryan Gosling emanuje taką fajnością, która nie jest taka przesadzona.

Chris Pratt ma coś takiego w sobie, że wydaje ci się, że on nie jest fajną osobą, że on jest taki właśnie, że on tutaj udaje na potrzeby filmu, że jest takim super cool kolesiem, z którym możesz pójść na piwo, a Ryan Goslingowi udaje się to sprzedać, że on faktycznie jest takim ziomkiem, z którym można sobie pogadać później i on jest taki twardo stąpający po ziemi i to też buduje jakoś tę postać, że wydaje mi się, że sprzedaje ten film, bo bardzo łatwo można by to było przefajnić i to by było już za dużo.

Ale to ciekawe, bo dla mnie akurat ta rola Goslinga w tym filmie jest przefajniona, absolutnie.

Bo ja z kolei o Goslingu mam taką refleksję, że to jest ciekawe, bo nie wiem, czy pamiętasz pierwsze pojawienie się albo pierwsze pojawienia się Ryana Goslinga.

Bo ta jego kariera przyszła z szereg różnych rozdziałów i wydaje mi się, że jest kilka takich różnych wcieleń Ryana Goslinga.

Ale też Gosling nie był chyba gwiazdą telewizji, on po prostu występował w różnych rzeczach.

Załóżmy, że to był drugi etap kariery Goslinga.

To już jest etap kariery taki, że Gosling zaczyna się zbliżać do mainstreamu i staje się takim Goslingiem ciachem.

Potem jest Gosling Ciacho, który tam pokazuje klatę i dobrze wygląda i jest przystępny.

I jeszcze jest ten Gosling taki późniejszy, ambitniejszy.

La La Land jest tak w pół drogi między tym Goslingiem stoickim, a Goslingiem ciachem, tak mi się wydaje.

Natomiast w ostatnim czasie wydaje mi się, że on znowu wraca tak jakby trochę do tego Goslinga wdzięczącego się, tak to nazwijmy.

I jakby czujesz, że on idzie w taki już bardziej hardkorowy arthouse, że Gosling właśnie sobie tak gdzieś flirtuje z tym mainstreamem, a jednocześnie jest tutaj jakaś taka szersza paleta.

Już nie podoba mi się teza, którą podszyta była twoja ostatnia wypowiedź, mianowicie taka, że Pattinson jest gorszy niż Gosling?

A Gosling tak jakby sprytnie i lawiruje.

Bo też pamiętam, iż a propos zarzutów pod adresem Goslinga, bo się pojawił zarzut w tym, jak on zaczął grać u Refna i potem w Blade Runnerze, ten taki stoicki wariant, że on jakby nie ma emocji, że to jest kamień na twarz w złym sensie.

To jest chyba najfajniejszy film o kosmosie, który też jest znowu o relacjach i o jakiejś depresji, o żałobie i jakby, no, Chazelle też super to wyreżyserował i jakoś tak bardzo, bardzo też czuję, że ten Gosling jest niedoceniony w tym filmie, bo może się wydawać właśnie, że to jest ta kamienna twarz, a tam po prostu się tyle dzieje, że to świetnie działa.

Nauka w tym filmie jest ciekawa na tych etapach początkowych, gdzie Gosling sam robi te eksperymenty, że jedzie do Ikei, czy tam innego Leroy Merlin.

Takie moje małe czopialstwo pod adresem tego filmu, bo przynajmniej to jest jakoś zdematyzowane, zdramatyzowane i sproblematyzowane, to w jaki sposób Gosling uczy się języka Rockiego.

Ale Rocky po prostu rozumie to, co mówi do niego Gosling.

Ja się złapałam w pewnym momencie na tym, że już bardziej właśnie od tego Goslinga mnie interesował Rocky, że jakby przerzucić trochę ciężar narracji na to, jak on widzi świat, jak działa ta jego społeczność i jak to wygląda.

Ale wciąż wydaje mi się, że on się trochę za szybko nauczył języka angielskiego i za łatwo rozumiał to, co mówi do niego Gosling, bo przecież ja rozumiem, że Rocky mógł zrozumieć tak jakby naturę języka.

W sensie, że to jest ewidentnie marionetka wykreowana na planie, z którą Gosling miał interakcję, bo to jest coś, czego się chyba nie da podrobić.

Żeby Gosling mógł mieć z kimś interakcję i plan był taki, że ten głos zostanie zastąpiony po fakcie głosem profesjonalnego aktora.

I to faktycznie się docenia, że jest takie, no jakby widzisz, że to jest prawdziwa scenografia wybudowana i ten Gosling się tam porusza.

Wiadomo, że to jakby to nie są te same filmy i tak dalej, ale jakby, że widać tam te okruszki różne inspiracji, czy też nawet pod kątem wizualnym tych niektórych właśnie jakichś tych podczerwieni, czy jak on robi te spacerki, że robi to naprawdę duże wrażenie wizualnie i jest to, no wiadomo, że też na pewno Goslingowi się lepiej grało, jak nie gadał do zielonej szmaty.

Ale faktycznie jest problem z tymi retrospekcjami, że już w pewnym momencie ta cała struktura nie do końca pracuje i wydaje mi się, że gdyby nie to, że Gosling jest tak dobry, jest na tyle zabawny i ta relacja z rokiem zaczyna nas przyciągać, to to by bardzo zaburzało odbiór.

Teraz wyjaśnię, bo to dorastanie do bycia bohaterem, to już poruszyłaś ten wątek, to wydaje mi się, że to jest ta rzecz, o której film mówi wprost, że jest, bo to parę razy pada i że Gosling tak jakby stał się bohaterem, został do tego zmuszony, ale się okazało, że jakby dorasta do tej roli.

Tam jest też taka rozmowa, Gosling rozmawia z którąś z osób z NASA, dlaczego ci astronauci decydują się lecieć na samobójczą misję i jakby pada rozwiązanie, odpowiedź, sugestia, że prawdopodobnie dlatego, że robią to dla kogoś, nie?

Więc to jest film o tym, że Gosling musi sobie znaleźć kogoś, dla kogoś stanie się poświęcić i w końcu w tym kimsie sroki.

Tylko że Gosling jest nam przedstawiony od razu jako ktoś, kto zupełnie nie ma problemu z nawiązywaniem relacji.

Sandra Hiller, która jest zimna, nieludzka i niedostępna i nawet ją Gosling zmiękcza, bo w końcu mu śpiewa piosenkę na karaoke.

No to jakby źle jest zasygnalizowany ten problem, tak mi się wydaje, który Gosling ma przepracować.

I Rocky tutaj podejmuje podobną decyzję, bo on też płaci czasem za to, że może pomóc Goslingowi, a potem Gosling też podejmuje tę samą decyzję.

Ale wydaje się, że Gosling już rozwiązał problem, wraca do domu, po czym się nagle okazuje, że nie, że jednak jeszcze.

Właśnie ja się zastanawiam, czy ten Gosling chce wrócić do domu, czy nie, bo jakby... Właśnie, po co on ma wracać do domu?

Zresztą to jest podobno jakoś zupełnie, prawie że zaimprowizowana scena, bo ona miała nie śpiewać w tym karaoke, ale widziałam jakiś taki materiał z planu, że Gosling opowiadał, że ona sobie często nuciła i właśnie wymyślili, że ona powinna totalnie zaśpiewać.

Tak jak ja powiedziałem wcześniej, czy ona to śpiewa dla Goslinga faktycznie?

W sensie, czy jesteś w stanie poświęcić Goslinga... Gosling jest wagonikiem.

Czy poświęciłabyś Goslinga?

Gosling czy ludzkość?

Że jak przychodzi co do czego, to ona wyśle Goslinga nawet wbrew Goslingowi w kosmos.

Że jakby Ryan Gosling znają jako swoją koleżankę z pracy, która jest właśnie bardzo profesjonalna.